AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Słoń i kot, czyli paradoks o wolności

Fot. Karol Krukowski  

Uroda prostych pytań. Dlaczego świat jest, jaki jest? Dlaczego jestem inny niż wszyscy? I skąd w ogóle jestem? Odpowiedzi budzą zaufanie, że we wszystkim, co istnieje, jest jakiś wyższy sens. Wiedza pozwala uwierzyć w mądrość procesów ewolucji oraz w to, że człowiek ułożył sobie stosunki z naturą najrozsądniej, jak mógł. A jednak pod podszewką tej harmonii szczerzą zęby przykre dysonanse. Bo dojrzałość zdobywa się za cenę bolesnych doświadczeń, a sztuka życia w grupie polega również na przyswojeniu mechanizmów przemocy.

Spektakl Jarosława Kiliana Co krokodyl jada na obiad? uwodzi migotliwością filozoficznych ambiwalencji. Z jednej strony pozwala kontemplować oszałamiające piękno natury i podziwiać panujący w niej ład, z drugiej zaś – prowadzi w głąb dość przerażającej wiedzy o tym, co może się kryć za złudzeniem bezpiecznego i przyjaznego świata. Najdziwniejsze jednak, że jest to przedstawienie dla dzieci.

Na scenie manewrują wielkie, drewniane rzeźby zwierząt umieszczone na ruchomych platformach. Wyposażono je w mechanizmy stwarzające pewne możliwości animacji, niemniej uderza bezwładność i surowość tych monumentalnych form zaprojektowanych przez świetnego ilustratora, Józefa Wilkonia. Aktorzy w kontakcie z nimi stają się trochę bezbronni, nie mogąc się schować za żadną z rutynowych technik. Ta chropowatość znacząca relację człowieka i formy oraz widoczny wysiłek fizyczny związany z operowaniem kilkusetkilogramową bryłą litego drewna okazały się nieoczekiwanymi walorami. Ów trud w kreowaniu scenicznego świata nabiera szczególnego znaczenia w spektaklu, który chce być baśniową wariacją na temat Księgi Genesis, czyli opowieścią o początku wszystkiego.

Oprócz drewnianych rzeźb uruchomiono cały arsenał technik lalkarskich, które pomagają wyczarować na scenie obraz dziewiczej bujności natury. Przez scenę suną egzotyczne zwierzęta, górą fruwają ptaki, płachty tkaniny imitują wzburzone tonie rzeki Limpopo i płomienie pierwszego ognia przed jaskinią pradawnych ludzi. Jesteśmy w świecie Kiplinga. Jarosław Kilian zaadaptował na scenę opowiadania Słoniątko i Kot, który zawsze chadzał własnymi drogami pochodzące z tomu Takie sobie bajeczki. Bohaterem pierwszej z nich jest ciekawski słonik zamęczający pytaniami wszystkie napotkane zwierzęta. Droga do wiedzy okazuje się jednak wyboista, bo zamiast wyjaśnień, dlaczego żyrafa ma cętki, a struś nie lata, zewsząd sypią się siarczyste klapsy. Jeszcze gorzej ma się sprawa z dręczącą słonika tajemnicą, co krokodyl jada na obiad, bowiem zanim rzecz się wyjaśni, dociekliwe zwierzątko omal nie ląduje na talerzu krwiożerczego gada jako danie główne. Lekcja jest raczej przykra: świat nie jest tak przyjazny, jakim się wydaje, a błędy drogo kosztują.

Lekcja jest raczej przykra: świat nie jest tak przyjazny, jakim się wydaje, a błędy drogo kosztują. Na tym jednak nie koniec kłopotów. Słonikowi wyrasta wielgachna trąba, co wprawia go w rozpacz, bo nagle staje się odmieńcem niepodobnym do własnych wujów, ciotek i kuzynów. Dopiero mądry wąż objaśnia mu rozmaite zalety nowego organu i pomaga oswoić się z innością. Byłby to zapewne bardzo pożądany wychowawczo happy end, gdyby nie finał baśni, w której słonik odkrywa, że trąba może służyć również do okładania nieuprzejmych krewnych, zaś demonstracja siły budzi wyraźny respekt wśród zwierząt. To z kolei lekcja darwinizmu stosowanego, ilustrująca, w jaki sposób hierarchia, oparta na dominacji gatunków silniejszych, porządkuje świat natury. Przemykającą przez moment wątpliwość, czy to przesłanie odpowiednie dla dzieci, rozwiewają dobiegające z widowni radosne głosy zachęty: „dowal mu!”. Najwyraźniej milusińscy też już wiedzą, że przemoc umacnia autorytet w grupie.

W części drugiej mamy opowieść o poskramianiu natury przez człowieka. Widzimy, jak z hasających po lesie dzikusów tworzy się zalążek struktury społecznej. Rodzi się prymitywny język jako narzędzie porozumienia, potem jaskiniowy Adam wraz z pragnącą bardziej zorganizowanego życia Ewą rozpalają pierwsze ognisko. Wreszcie krystalizują się pierwotne formy kooperacji w rodzinie: on dostarcza tworzącemu się domostwu zwierzyny łownej, ona buduje gospodarstwo, oswajając dzikie konie, krowy i psy. Cywilizacyjna misja bez wątpienia spoczywa tu na barkach kobiety, która jawi się trochę jako wcielenie gospodarskiej zapobiegliwości, a trochę jako mityczna pramatka pielęgnująca instynkt życia. Jej wysiłkom w poskramianiu dzikich zwierząt bacznie przygląda się kot. To zwierzątko inteligentne, by nie powiedzieć – cwane. Koci dylemat polega na tym, w jaki sposób zapewnić sobie ciepły kąt i miskę mleka, nie tracąc przy tym wolności. Ostatecznie wszystko kończy się dobrze: dzikie zwierzęta zostają udomowione i uczą się wzajemnej akceptacji, zaś kot wytargowuje od ludzi określone świadczenia, zachowując przy tym swobodę chadzania własnymi drogami. Ale ów happy end – podobnie jak w części pierwszej – ma swoje gorzkie dno. Staje się bowiem jasne, że włączenie zwierząt w obręb ludzkiej cywilizacji opiera się na dość bezwzględnej transakcji: opieka za wolność. Widzowie o wyostrzonej wrażliwości ekologicznej mogą sobie dopowiedzieć, co ten deal będzie oznaczał dla zwierząt poddawanych przez całe wieki przemysłowej eksploatacji. Ale to problem o szerszym zasięgu, znany również w świecie ludzkim. Fakt, że w określonych warunkach godzimy się na ograniczenie swobód w zamian za gwarancje bezpieczeństwa należy przecież do najbardziej eksponowanych paradoksów współczesnej demokracji.

Rzecz jasna, Kipling nie o tym prawi, jednak przenikliwość, która każe kociemu indywidualiście sprzedać własną niezależność najdrożej jak to możliwe, może stanowić przystępną prolegomenę do refleksji nad dialektyką wolności. To oczywiście bonus dla rodziców i opiekunów, którzy z tych egzotycznych baśni mogą wywieść opowieść o grozie, jaka wyziera czasem z pułapki prostych pytań.

Dzieciom jednak nic nie psuje zabawy. Akcja toczy się wartko – może nawet zbyt wartko – podskakując beztrosko między pędzącymi na łeb, na szyję numerami. Tu piosenka goni strzęp dialogu, tam znów muzyczno-ruchowy dżingiel ściga się z dynamiczną zbiorówką. Widowisko skrzy się efektami, mnoży niespodzianki, zaskakuje sytuacyjnie. Spora w tym zasługa animatorów, którzy po minionym sezonie, raczej ubogim w formy lalkowe, wreszcie mogą rozwinąć skrzydła. Aleksandra Mazoń, uwijając się w ciemnym trykocie pomiędzy ciężkimi rzeźbami Wilkonia, zręcznie szkicuje osobowość ciekawskiego słonika i dramat niechcianej trąby, by po przerwie – zmieniając tylko drewnianego partnera, stać się nieufnym i przebiegłym kotem. Należy przy tym zaznaczyć, że nie jest to kot z gatunku przymilnych pluszaków, lecz rasowy drapieżnik o dwoistej naturze: potrafi groźnie prychnąć, kiedy trzeba, i kokietować wdziękiem miękkich ruchów, by wkraść się w łaski jaskiniowej kobiety. Dość powiedzieć, że mała widownia z niecierpliwością oczekuje, kiedy wreszcie to kapryśne, miauczące cudo ułoży się wreszcie z przyszłą gospodynią i dołączy do domowego zwierzyńca.

Nieźle prezentują się również Marta Kwiek i Marek Koziarczyk w rolach ludzkich praszczurów. Heroiczne dzieje początków cywilizacji opowiedziano tu w dowcipnym, niemal komiksowym skrócie, improwizując nawet coś w rodzaju pierwotnego języka. Intrygowały zwłaszcza wynalazki lingwistyczne Marty Kwiek. Jej dziarska i gospodarna pra-kobieta okazała się istotą nad wyraz muzykalną, zaklinającą dzikie siły natury melodyjnym zaśpiewem o egzotycznym brzmieniu. Zupełnie nie wykorzystano natomiast postaci Bajarza-Szamana. Jacek Radomski, unieruchomiony z boku sceny w fantazyjnym kostiumie, przypomina gadające drzewo, które wyrzuca z siebie od czasu do czasu partie tekstu wiążące w całość poszczególne sceny. Gdyby Kilian znalazł lepszy pomysł na tę postać, może spektakl złożyłby się w spójną całość. W obecnym kształcie rozpada się jednak na dwie rozłączne opowieści.

Można by zgłosić nieco zastrzeżeń do scenariusza przedstawienia, bajki Kiplinga inkrustowano bowiem tekstami różnego pochodzenia, nie wyłączając Fredry. Ten rozgardiasz zupełnie nie służy sprawie, podobnie jak niefrasobliwość kompozytora, Joszko Brody, który do ciekawych rytmów i brzmień, ubarwiających życie egzotycznej dżungli, dorzucił lekką ręką skoczne tańce spod polskiej strzechy. Pewnie miało być uniwersalnie, a wypadło śmiesznie. Muzyka źródeł to worek pojemny, co nie znaczy, że się w nim wszystko kojarzy ze wszystkim.

Spektakl Wrocławskiego Teatru Lalek zachęca do myślenia. Nie jest filozoficznym przedszkolem w rodzaju Świata Zofii Josteina Gaardera. Chwaląc ciekawość świata, równocześnie daje do zrozumienia, że proces zdobywania wiedzy może być kosztowny. W każdym razie i zwierzętom, i ludziom zdarza się tego dotkliwie doświadczyć na własnej skórze. Nie jest to również ekologiczna baśń z morałem. Według Kiplinga i kulturą, i naturą rządzą podobne, dość bezwzględne prawa. Żeby nie stać się ich bierną ofiarą, trzeba je zrozumieć.

8-11-2013

galeria zdjęć Co krokodyl jada na obiad, reż. J. Kilian, fot. Karol Krukowski Co krokodyl jada na obiad, reż. J. Kilian, fot. Karol Krukowski Co krokodyl jada na obiad, reż. J. Kilian, fot. Karol Krukowski Co krokodyl jada na obiad, reż. J. Kilian, fot. Karol Krukowski ZOBACZ WIĘCEJ
 

Wrocławski Teatr Lalek
Rudyard Kipling
Co krokodyl jada na obiad?
adaptacja i reżyseria: Jarosław Kilian
scenografia: Józef Wilkom i Inez Krupińska
muzyka: Joszko Broda
obsada: Jolanta Góralczyk, Marta Kwiek, Aleksandra Mazoń, Krzysztof Grębski, Marek Koziarczyk, Jacek Radomski, Marek Tatko
premiera: 19.10.2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: