AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Życie jest ruchem

Doktor nauk humanistycznych, krytyk teatralny, członek redakcji portalu „Teatralny.pl”. Pisze dla „Teatru”, kwartalnika „nietak!t”, internetowego czasopisma „Performer” i „Dialogu”. Współautor e-booka Offologia dla opornych. Współorganizuje Festiwal Niezależnej Kultury Białoruskiej we Wrocławiu.
A A A
Bardzo zła sukienka, Kolektyw Złej Sukienki,
fot. Bartek Babicz  

„Człowieku, ucz się tańczyć, bo cóż będą z tobą robić aniołowie w niebie”. Te słowa św. Augustyna mogłyby się stać mottem do pierwszej edycji wrocławskiego Rusza Festiwalu. Wątpię jednak, czy taniec współczesny za jakimś niebem jeszcze tęskni.

Rusza Festiwal jest przekształceniem festiwalu Cyrkulacje, który dwa lata temu rozdzielił się na wiosenne Żywe Kultury Ruchu i jesienne Zjednoczone Stany Tańca. Pierwszą imprezę organizuje Stowarzyszenie Inicjatyw Twórczych „Momentum”, drugą zajmuje się Fundacja Da Się. Czyli de facto mamy do czynienia z kontynuacją i transformacją edycji jesiennej.

Zmiana nazwy miała przynieść też zmianę formuły, jednak do znaczących metamorfoz jak się wydaje nie doszło. I dobrze. Poprzednie wydania rozsądnie stawiały na otwartość, interaktywność oraz akcentowały szerokie pole zainteresowań programowych. Trudno o lepsze podejście w sferze współczesnego tańca i szeroko rozumianego performansu. Nie wszystko się udawało, ale kierunek był prawidłowy. Zresztą jak i cel, czyli wypełnienie „luki, jaką jest brak interesującej oferty dla środowiska tanecznego w stolicy Dolnego Śląska, ale również powrót do bogatej tradycji ruchu w tym mieście”.

Nowością tegorocznej edycji była współpraca z Akademią Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta. Większość wydarzeń miała miejsce w jej salach i pracowniach. Do odnowionej szaty graficznej festiwalu, bardziej minimalistycznej, z jawnym ukłonem w stronę nowych mediów, pasowała Galeria Neon w nowym budynku Akademii na placu Polskim. Szkło, beton, białe ściany i ogromne przestrzenie. Nic nie odciąga uwagi, wszystko wyprane na ile to możliwe z podtekstów, znaków i symboli. Idealne miejsce dla tańca postmodernistycznego, dla obserwacji czystego ruchu. Prawdziwe laboratorium.

Bez zmian pozostała koncepcja, wedle której esencję festiwalu stanowią jego uczestnicy. Dlatego kluczowymi elementami imprezy były treningi, zajęcia i warsztaty. Znani tancerze, ludzie teatru i performerzy chętnie dzielili się własnym doświadczeniem dosłownie od rana do wieczora, bo pierwsze ćwiczenia zaczynały się już o dziewiątej. Podszkolić się można było w ramach pięciu różnych, jak określili to organizatorzy, „boxów”: Room Performance, Ścieżka Przyjemności z Teatrem Dada, Choreografia i instynkt, Otwarte lekcje oraz Światło/Film/Montaż. Już sama ta wyliczanka wskazuje na różnorodność przedstawionych form ruchu oraz dróg i podejść do jego badań. Zarówno praktycznych, jak i teoretycznych, bo festiwal ma również kształcić krytyków tańca czy przynajmniej pomagać o tańcu mówić i pisać, co w ostatnich czasach staje się istnym wyzwaniem.

Bez zmian pozostała koncepcja, wedle której esencję festiwalu stanowią jego uczestnicy. Wśród nauczycieli znalazły się prawdziwe sławy. Na przykład izraelski choreograf Irad Mazliah, wrocławskiej publiczności znany z Nurtu OFF tegorocznej edycji PPA. Irad nie tylko ukończył Sadna Dance School w Izraelu, ale jest też dyplomowanym instruktorem pilatesu i w swoich warsztatach śmiało korzystał z tej techniki. Natomiast Leszek Bzdyl i Katarzyna Chmielewska, założyciele Teatru Dada von Bzdülöw, w ramach swoich autorskich modułów kładli nacisk na technikę, improwizację i kompozycję, aby „świadomość ciała, rytmu, ekonomii tańca i kreatywność indywidualna pozwalały efektywnie i swobodnie uczestniczyć w procesie twórczym”.

Mimo wszystko nie podejmuję się ocenić tej części festiwalu. Każdy przyszedł na warsztaty z własnymi oczekiwaniami, ambicjami i zdolnościami. Dlatego też poszczególni uczestnicy, mimo pracy zespołowej, mogli albo poczuć się rozczarowani albo przyjemnie zaskoczeni. Przekonałem się o tym, rozmawiając z innymi ćwiczącymi i podsłuchując, jak komentują zajęcia między sobą.

Jednak oprócz treningów festiwal przygotował ofertę i dla szerszej publiczności, która docenia wygodną pozycję obserwatorów. Mam na myśli wydarzenia towarzyszące: spektakle, instalacje, imprezy taneczne, pokazy filmów oraz wykłady. Chciałby więcej napisać o tych ostatnich, bo byłem z nich szczególnie zadowolony. Za główną gwiazdę pierwszego dnia uważam Mirosława Kocura z wykładem Źródła sztuki performera. Pan profesor dobitnie udowodnił, że prawie wszystko może być performansem i prawie każdy – performerem. Przy czym zrobił to jakby na dwa sposoby – za pomocą argumentów oraz samym sposobem ich prezentacji. Bo to był z jego strony prawdziwy performans. Pouczający, intrygujący, śmieszny, ironiczny i bardzo dynamiczny. One-man show. Pod koniec szczerze zazdrościłem studentom kulturoznawstwa, którzy mają semestralny karnet na takie występy, a książka profesora Źródła teatru znalazła się na szczycie mojej listy obowiązkowych lektur. 

Z podobnym zachwytem następnego wieczoru słuchałem dr hab. Marii Kostyszek. Moce artystyczne samej przyrody: żywioł apolliński i dionizyjski. Autonomia, separacja, spotkania. Skomplikowany tytuł i nie mniej skomplikowana i pełna napięć historia dwóch różnych nurtów myślenia i wrażliwości. Kontemplacja, ład i umiarkowanie przeciwko upojeniu i chaosowi. Obiektywizm i intelekt kontra mroczne siły natury i skrajne emocje. To wszystko na tle myśli Fryderyka Nietzschego, nadal aktualnej, nawet pod względem współczesnych badań nad ruchem. Zresztą filozof ten uwielbiał metaforykę taneczną.

Czy filozof może mówić o tańcu? wyraźnie przenosi akcent na płaszczyznę perfomatywną. Wchodząc do wspomnianej już Galerii Neon, słyszymy cichą melodię akustycznej gitary. Gra tytułowy filozof, dr Juliusz Grzybowski. Za chwilę przyzna się że sam skomponował ten utwór, ale jeszcze nie wymyślił zakończenia. Następnie odłoży instrument i zacznie swój improwizowany wykład. Niespiesznym krokiem będzie przemierzał salę, opowiadając o Ajaksie i Hektorze, Afrodycie i teatrze jako labiryncie, żeby na koniec nieśmiało przyznać się, że „było za poważnie”. Podczas całego występu za jego plecami Witold Jurewicz prowadził własne badania nad możliwościami ludzkiego ciała. Chodził, tańczył, gimnastykował się, biegał. W żaden sposób nie próbował ilustrować padających wypowiedzi, jednak jego obecność nadawała słowom jakieś dodatkowej, niedookreślonej głębi. Jak się domyślacie, wyraźnej odpowiedzi na postawione pytanie Grzybowski, jak prawdziwy filozof, nie udzielił.

Mniej dwuznaczna była Marta Ziółek w performansie Solo o końcu choreografii. Zaczęła od zabawy czarną kędzierzawą peruką, żeby szybko przejść do historii współczesnego tańca. Robiła to dynamicznie i hasłowo. Czasami były to tylko nazwiska, kierunki i jakieś znaczące wydarzenia, do których za refren służyła fraza „kiedy myślę o końcu choreografii…”. Za pomocą podobnej mieszanki, tylko że ruchów, artystka jakby zmagała się z własnym ciałem, z niemożliwością pełnego i wyczerpującego przekazu. „Czy taniec jest murzynem wśród sztuk?” – pyta pod koniec i ogłasza koniec choreografii.

Nie chciałbym skończyć tak pesymistyczną nutą, więc wspomnę o jeszcze jednym wydarzeniu. Bardzo zła sukienka – krótki, zabawny, pozbawiony narracji spektakl o trzech dziewczynach w długich kolorowych sukniach. Ewelina Zielonka, Małgorzata Rostowska i Karolina Brzęk przez prawie całą godzinę bawią się, udają, wygłupiają, z niejakim zadziwieniem odkrywając możliwości własnego ciała. I to wszystko pod tekst piosenki Łono zespołu Domowe Melodie. „Lepiej się pomódl do siebie/ Jak to ci będzie w tym niebie/ Co sobie sama zgotujesz/ Z kim zjesz?/ Z kim zżyjesz?”. Szkoda, że przedstawienie rozkręca się dopiero pod koniec i potrzebuje życzliwie nastawionej widowni. Na szczęście innej na festiwalu nie było.

17-10-2014

Rusza Festiwal we Wrocławiu, 26-30 września 2014 r.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: