AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Z nadzieją, że zadziała

Konrad Imiela, fot. Szymon Szcześniak  

Magda Piekarska: Działa teatr czy nie działa?

Konrad Imiela: Teatr jest spotkaniem artystów z publicznością, na żywo – taki jest sens jego istnienia. Działa instytucja artystyczna o nazwie Teatr Muzyczny Capitol, w której mimo wszystko dużo się dzieje. Ale w tym fundamentalnym sensie teatr nie działa.

Za szybą siedzi aktor, przed nią gromadzi się widownia. To dowód, że nawet dziś, w pandemii, jest możliwe żywe spotkanie artysty z publicznością, nawet jeśli towarzyszy mu szyld Teatr nie działa.

Bezczynny aktor zestawiony z napisem Teatr nie działa okazuje się prowokacją, bo działa dość mocno, mimo że pozornie nic się nie dzieje. Odbiór przeszedł moje oczekiwania. Są widzowie, którzy codziennie towarzyszą aktorom przez półtorej godziny, stojąc na zimnie, siedząc na ziemi. Gdyby nic im to nie dawało, nie przychodziliby co wieczór. Niby nic się przecież przez te półtorej godziny nie zmienia, a jednak ktoś, kto siedzi za szybą jest inny na początku happeningu i na jego końcu. Rozmawiałem z dziewczyną, która przychodzi pod teatr codziennie, powiedziała, że dla niej fascynująca jest obserwacja osobowości artystów – z jej perspektywy jest tak, jakby znaleźli się pod lupą, obnażeni. Dzieli ich od widzów szyba, ale gdyby nie ona, byliby na wyciągnięcie ręki. W dodatku znajdują się na białym tle, które nie rozprasza wzroku, przez co każdy szczegół, grymas twarzy, najdrobniejszy ruch jest doskonale widoczny. I ta potrzeba odkrywania osobowości aktora bywa fascynująca. Poza tym, może nawet przede wszystkim, widzowie przychodzą, żeby okazać solidarność.

Powiedzieć: nie będziesz siedział/siedziała sam/sama? I jeszcze, że teatr jest potrzebny? Że tęsknimy?

Teatru potrzebują obie strony, widzowie artystów, artyści widzów. W Capitolu rozmawiamy wciąż o tym, że tęsknimy za widownią i tej tęsknoty nie są w stanie zaspokoić działania w sieci, bo one odbywają się przecież bez żywego udziału widzów. Bardzo nam brakuje tego spotkania na żywo, fluidów latających między sceną a widownią, od których my, aktorzy, jesteśmy uzależnieni.

Czym jest ten przepływ?

To wymiana energetyczna. Niesłychane, że wychodzimy na scenę i jeśli zapomnimy o sobie, skupimy się na przekazie, kontakcie z publicznością, zaczynamy bardzo szybko czuć widownię. Wiemy, kto dziś przyszedł do teatru, co tej publiczności trzeba dać, co jest jej potrzebne. Oczywiście większe możliwości dostosowania spektaklu do konkretnej widowni mamy w formach bardziej otwartych, mniejsze w tradycyjnym musicalu. Kiedy, na przykład, grywam mój autorski koncert Wrażliwość na olśnienie w normie, pierwsze słowa kieruję do publiczności dopiero po dwóch piosenkach, muszę najpierw wyczuć, do kogo mówię. To się może wydawać magiczne, ale naprawdę, nawet jeśli nie słychać żadnych odgłosów z widowni, po dziesięciu minutach czuję, kto tym razem przyszedł do teatru i jak z nim rozmawiać. Nie jestem w tym odosobniony, aktorzy tak mają, choć niektórzy bardziej skupiają się na kontakcie z partnerami na scenie niż z widownią. Ten rodzaj spotkania daje im największą satysfakcję. Pamiętam, jak kiedyś Krystian Lupa rzucił w bufecie, chyba podczas prób do Immanuela Kanta, że dla niego mogłoby nie być premiery, że sens pracy wyczerpuje się w próbach. Ja nie wyobrażam sobie teatru bez widza. W przypadku spektakli nagrywanych, transmitowanych, tego elementu spotkania z publicznością boleśnie brakuje.

A podczas akcji Teatr nie działa?

Tego jeszcze nie wiem, dowiem się, kiedy sam 23 grudnia usiądę za szybą. Jednym z elementów happeningu jest to, że każdy artysta po swoim działaniu nagrywa krótki film, w którym opisuje swoje wrażenia zza szyby. Gromadzę te relacje, chcę zmontować je w film podsumowujący całą akcję i widzę już, jak mocno to działa na aktorki i aktorów, do tego stopnia, że od kilkorga usłyszałem, że jest to jedno z najmocniejszych ich doświadczeń w teatrze. Może trochę dlatego, że dziś mało kto funduje sobie półtorej godziny odcięcia od wszystkiego, bycia w jednym miejscu, unieruchomienia, co samo w sobie jest szokiem dla organizmu, a do tego dochodzi ten podskórny kontekst zamknięcia oraz obecność widzów. Aktor patrzy na nich przez siebie, bo w szybie odbija się jego wizerunek. Bardzo kontemplacyjne, medytacyjne doświadczenie. Do tego wszystkiego jest też ta bardzo symboliczna szyba, którą chciałoby się rozbić. Jesteśmy z widzami, ale jednak cały czas za szybą, oni z kolei przez szybę doświadczają teatru, trochę tak jak od początku pandemii, kiedy jedyny kontakt z nim mieli przez „szyby” komputerowych ekranów, ale jednak intensywniej.

Teatry, działając w Internecie, próbują sprowokować jakąś interakcję, namawiając nas, widzów, na komentowanie w trakcie oglądanych spektakli. Ale to trochę tak, jakby się rozmawiało podczas spektaklu.

Trochę się tego obawiam. Boję się, że zaczniemy przeformatowywać nasze instytucje w stronę sieci, przyzwyczajać widzów do oglądania spektakli na ekranie komputera. To niebezpieczny mechanizm. Mam taką anegdotę: w gronie czterech kumpli spotykamy się od lat co tydzień na brydża. W marcu pojawił się lęk przed pandemią, znaleźliśmy więc stronę w sieci i zaczęliśmy grać za jej pośrednictwem. Przyzwyczailiśmy się, bo to szalenie wygodne. Teraz, kiedy moglibyśmy spotkać się na żywo, jakoś ciągle coś któremuś z nas nie pasuje i grywamy wyłącznie online… A przecież brydż to też spotkanie towarzyskie! Sieć nas rozleniwia i coraz bardziej izoluje.

Dlatego powinniśmy cały czas dawać znać opinii publicznej, decydentom, naszym widzom, że teatr w swej istocie nie działa. Najważniejsze jest, żebyśmy grali przedstawienia, niezależnie od tego, czy będziemy to robić dla pięćdziesięciu, czy dla dwudziestu pięciu procent widowni. Powinniśmy się skupić na graniu. Nawet jeśli kolejne miesiące będą dla nas ekonomicznym wyzwaniem, trudno – będziemy grali i dopłacali do tego. Akurat Lazarus, nasza ostatnia premiera, jest idealnym spektaklem na ciężkie czasy – na scenie jest zaledwie jedenaścioro aktorów i siedmioosobowa orkiestra.

Teatr nie działa to manifest, demonstracja. Ale trudno wyobrazić sobie, żeby akcją przejęli się ludzie odpowiedzialni za paradoksalną sytuację, w której działają kościoły i galerie handlowe, a teatr nie. Żaden z ministrów przed szybą Capitolu nie stanie.

Gdy wymyślałem Teatr nie działa, najistotniejsi byli dla mnie ludzie, którzy są przypadkowymi przechodniami, tacy, którzy nie chodzą do teatru. Moim marzeniem jest, żeby któregoś wieczoru początkowo nikogo nie było pod teatrem i żeby nagle zatrzymał się przy szybie ktoś w drodze z zakupów w pobliskiej galerii. Ktoś, kto zauważy, że w witrynie teatru siedzi aktor. Może sprowokujemy chwilę zadumy nad losem artystów w pandemicznie zamkniętym teatrze, gdy obok działają wielkie sklepy i kościoły, chwilę zastanowienia nad potrzebą kontaktu z kulturą. Akcja jest oczywiście gestem wykonanym w stronę decydentów i naszych widzów, ale tym najważniejszym adresatem jest przypadkowy przechodzień. Chodzi przecież o to, żeby przypominać o sobie, uświadamiać ludziom, w jak kuriozalnej sytuacji się znaleźliśmy. Utrzymanie restrykcji sanitarnych w teatrze jest możliwe i skuteczne. Kiedy pomiędzy pierwszym a drugim lockdownem graliśmy spektakle, wszyscy widzowie karnie stosowali się do zasad – nosili maseczki, trzymali dystans, dezynfekowali ręce i wypełniali oświadczenia o stanie zdrowia. Są badania zrobione na zlecenie teatrów niemieckich, z których wynika, że teatr jest, co może zaskakiwać, bardzo bezpieczny. Choćby przez wymogi związane z wymianą powietrza, z wentylacją, ryzyko zachorowania jest bardzo mało prawdopodobne.

A jak było z twoim zachorowaniem?

Nie sądzę, żebym zaraził się w teatrze.

Nie tylko ty w Capitolu zachorowałeś.

Tak, pandemia nie ominęła naszego teatru, ale to wynika z tego, że nie ma w tej chwili w Polsce zespołu, który można by odciąć od świata. Żaden nie działa wyłącznie we własnym gronie, nasi aktorzy grają gościnnie w innych teatrach, inni pojawiają się gościnnie u nas. Teraz akurat nikt nie choruje, ale przez kilka miesięcy ciągle ktoś zgłaszał pozytywny wynik testu. Chyba we wrześniu wielu artystów z obsady musicalu Pretty Woman z krakowskiego Variete zachorowało w trakcie prób. Rozjechali się po Polsce do innych obowiązków, nieświadomi roznoszenia wirusa. Pewnie kilka osób z Capitolu też nieświadomie zarażało innych. Wymiana w zespołach, spotkania w środowisku teatralnym, częste i wymuszone przez pracę wyjazdy – to wszystko są elementy naszej pracy. Nawet po otwarciu teatrów ten sezon zapowiadał się upiornie, co chwilę nasze plany wisiały na włosku, byliśmy zmuszeni trenować się w szybkich zastępstwach. Pamiętam, jak w przeddzień grania Mocka jeden z aktorów poinformował, że ma pozytywny wynik testu, próbę, w której podzieliliśmy się jego rolami, odbyliśmy w dzień przedstawienia. Kiedy indziej musieliśmy odwołać dwa tygodnie z Gracjanem Panem, tutaj rola była zbyt duża, żeby przygotować szybkie zastępstwo. Podejrzewam, że tak będzie wyglądał cały sezon – nawet po otwarciu teatrów nie będziemy wiedzieć, czy obudzimy się zdrowi i czy uda się nam zagrać. To jednak nasz problem, nie widzów. Oni są bezpieczni. Nic mi nie wiadomo o sytuacji, w której widz zaraziłby się w teatrze.

A jak zapamiętałeś początek pandemii?

Byłem przekonany, że szybko się skończy. Że zamkniemy się na kilka tygodni i wrócimy do pracy. Dlatego do ostatniego momentu nie odwoływaliśmy Przeglądu Piosenki Aktorskiej, byliśmy przekonani, że damy radę, że nie będzie tak źle. To podczas tego pierwszego lockdownu wymyśliłem Teatr nie działa, ale ponieważ było to pod koniec maja, kiedy wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że zaraz wrócimy do grania, schowałem go do szuflady. Nie spodziewałem się wówczas, że tak szybko przyjdzie moment, kiedy będę mógł go stamtąd wyciągnąć.

W międzyczasie zachorowałeś i to ciężko. Nauczyłeś się czegoś dzięki pandemii, jeśli w ogóle można mówić o jakichkolwiek korzyściach z tego doświadczenia?

Na pewno zdałem sobie sprawę, jak nieobliczalna jest to choroba. To było dla mnie nowe. Zwykle słyszysz: potrwa to tydzień, dwa, potem minie. A tu? Trudno dowiedzieć się, co cię czeka, na co zwrócić uwagę. Poza tym w chorobie miałem tak dziwne i fascynujące wizje, sny, że postanowiłem je spisać w skondensowanej formie, zbliżonej bardziej do wierszy niż do prozy. Nagrałem dwunastominutowe słuchowisko, można je znaleźć na Soundcloud. Niewykluczone, że wykorzystam to artystycznie w przyszłości.
 
Długo nie miałem świadomości, że mój stan jest poważny. Nie miałem problemów z oddychaniem, może dlatego, że płuca są moim narzędziem pracy. Miałem zaawansowane zapalenie płuc, wysoką gorączkę, ale nie miałem duszności. Dopiero moja żona zaniepokoiła się, że oddycham w nocy szybko i płytko. Wezwałem pogotowie po dziewięciu dniach chorowania w domu i na Koszarowej okazało się, że jest ze mną źle. Dobrze, że teraz reklamuje się pulsoksymetry, urządzenia do pomiaru saturacji, dzięki nim można ocenić swój stan. Parę miesięcy temu chorzy byli bardziej zagubieni.

A potem opublikowałem post na Facebooku, dzięki któremu dowiedziałem się, że wcale nie jestem chory, że jestem opłacanym przez nie wiadomo kogo statystą, sfotografowanym przez człowieka w krótkich spodenkach. To uświadomiło mi, ilu jest koronasceptyków gotowych na takie teorie. A ja naiwnie chciałem, jako osoba publiczna, dać świadectwo pandemii, żeby ostrzec innych. Mój wysiłek nie poszedł jednak na marne, bo po tym, jak namawiałem do oddawania osocza, dostałem podziękowania ze stacji krwiodawstwa: ponoć kilka osób pojawiło się tam zachęconych moim wpisem.

To doświadczenie miało też dla mnie wymiar zderzenia z krańcowymi stanami. W szpitalu dowiedziałem się, że jestem w stanie zagrożenia życia i musiałem wziąć tę opcję pod uwagę. Trzeba było sobie tę ewentualność w głowie ułożyć, spokojnie, na zimno, bez paniki przeanalizować sytuację. W dodatku okno sali, w której leżałem, wychodziło na kaplicę prosektoryjną, codziennie widziałem, jak wynoszą tam tekturowe trumny. Mój sąsiad z sali umarł przez covid. To wszystko ustawia priorytety, pokazuje, co jest ważne w życiu. Kiedy kilka lat temu dostałem w łeb na wrocławskiej ulicy Kościuszki, trafiłem do szpitala pokiereszowany, ale ze świadomością, że ocalałem. A tu usłyszałem, że może się to źle skończyć. Wyszedłem ze szpitala po dziesięciu dniach i byłem tak słaby, że kwadrans spaceru wystarczał, żebym się słaniał na nogach. Zrozumiałem, jak kosztowny jest dla organizmu stres – jedna rozmowa telefoniczna dotycząca trudnej decyzji o odwołaniu serii spektakli spowodowała, że traciłem siły. Dziś mogę powiedzieć, że wróciłem do formy, moje płuca nie są może jeszcze w idealnej kondycji, czeka mnie kontrolna tomografia, ale czuję się o niebo lepiej. Przyjemnie było słyszeć, jak lekarze i pielęgniarki z Koszarowej wspominali piosenkę, którą dla nich nagraliśmy w Capitolu.

Może to jest temat na musical – o bohaterskich lekarzach, chorych, ale i foliarzach snujących spiskowe teorie. Widzę tu rolę dla Edyty Górniak albo może raczej dla kogoś, kto ją sparodiuje.

Możliwe, tylko czy kiedy to wszystko się skończy, będziemy chcieli oglądać takie historie? Powstaną spektakle na ten temat, już powstają. W teatrze interesują nas najbardziej relacje między ludźmi, a mam wrażenie, że pandemia je w znacznym stopniu upośledza. Chociaż w moim przypadku pobyt w szpitalu zaowocował dobrą, nową znajomością. Jak wspomniałem, mój pierwszy towarzysz ze szpitalnej celi nie przeżył starcia z koronawirusem, ale potem dołączył do mnie nowy kompan. To dość znana we Wrocławiu postać, renomowany, świetny lekarz. Byliśmy skazani na siebie dwadzieścia cztery godziny na dobę i świetnie nam się gadało, byliśmy tak ciekawi siebie, swoich doświadczeń, że postanowiliśmy kontynuować tę rozmowę już po rekonwalescencji. Taka fajna, mocna znajomość ze szpitalnej celi. Właśnie w miniony weekend wraz z żoną byli u nas na kolacji „ozdrowieńców”.

Wiesz już, kiedy będziesz mógł zmienić hasło w witrynie na Teatr działa?

Z jakiegoś powodu restrykcje dotyczące instytucji kultury obowiązują do 27 grudnia, zakładam więc, że noc sylwestrową spędzimy w teatrze. Zaplanowaliśmy na ten wieczór dwa spektakle Mocka, a choć zazwyczaj bilety na sylwestra znikają już w październiku, w ciągu jednego dnia po ogłoszeniu repertuaru, tym razem wiele biletów wciąż jeszcze czeka w kasie. Wszyscy czekają na konkrety. Nie snujemy przypuszczeń, zachowujemy się, jakby od 28 grudnia teatr miał zacząć grać przedstawienia. Za chwilę będziemy sprzedawali repertuar na styczeń.

Czy teatr po pandemii się zmieni?

Nie będzie problemu z powrotem widzów do teatru, choć często pojawiają się obawy, czy widzowie nie przesuną się do online’u. Jasne, pojawia się lęk o bezpieczeństwo, ale ta wygoda związana z siedzeniem na kanapie przed domowym ekranem nie powinna być tu przesądzająca. Wciąż słyszę od znajomych spoza środowiska, jak tęsknią za teatrem, więc jestem raczej optymistą, wierzę, że jak tylko będziemy mogli, sprzedamy sto procent miejsc, widzowie wrócą. W czasie pandemii mocniej przyglądamy się sobie, swoim potrzebom. Może zdamy sobie sprawę z potrzeb kulturalnych przez to, że nie możemy ich w pełni realizować? Oczywiście dostrzeżemy też więcej możliwości funkcjonowania w sieci, ja jednak stawiam tu raczej na okołorepertuarowe, edukacyjne, promocyjne działania, między innymi dziewięcioodcinkowy serial Jak działa teatr, który będzie można zobaczyć już w lutym. Jeśli chodzi o spektakle, nie robimy transmisji, wierzymy, że zaczniemy wkrótce grać. Zarejestrowaliśmy Gracjana Pana z myślą o prezentacjach na festiwalach Interpretacje i Boska Komedia, właśnie powstaje płyta z piosenkami ze spektaklu, robimy naprawdę sporo.

Jaki będzie rok 2021 w Capitolu?

Będziemy musieli zacisnąć pasa. Mamy informację z miasta, że dotacja na rok przyszły będzie taka, jak na bieżący, ale ponieważ ponad czterdzieści procent naszego budżetu stanowią wpływy ze sprzedaży biletów, musimy liczyć się z tąpnięciem. Nawet jeśli pod koniec grudnia teatr się otworzy, nie łudzimy się, że będziemy mogli grać od razu dla widowni wypełnionej w stu procentach. Już teraz musimy szacować straty, obawiam się, że na jesienną premierę na dużej scenie nie będziemy mogli sobie pozwolić, co oznacza, że jedyną w przyszłym roku będzie Alicja w reżyserii Martyny Majewskiej, przeniesiona z czerwca 2020 na czerwiec 2021 roku. Nie wiem, czy będzie jakikolwiek ministerialny program wsparcia na przyszły rok. Z Funduszu Wsparcia Kultury najpierw przyznano nam dwa miliony, teraz tę kwotę zmniejszono do miliona sześciuset tysięcy złotych i nikt tej decyzji nie uzasadnił.

A co pandemia oznacza dla aktorów Capitolu?

Ci etatowi już dostają za ten okres rekompensatę, wypłacamy im ją ze środków własnych teatru, teraz pokryją ją pieniądze z ministerstwa. Co miesiąc otrzymują osiemdziesiąt procent swoich ubiegłorocznych honorariów za wyjście na scenę, do tego oczywiście pensje. Nieetatowi są w dużo gorszej sytuacji, choć staramy się im pomagać, zatrudniając ich chociażby w naszym serialu, w którym pojawiają się tancerze, muzycy, aktorzy kontraktowi. Pomagamy im też w staraniach o postojowe, ale zdajemy sobie sprawę, że są pozbawieni tych wszystkich zabezpieczeń, jakie daje etat.

Za Teatr nie działa Capitol wypłaca honorarium?

Nie, tutaj umawiamy się na bezczynność, więc od początku nie było wątpliwości, wszyscy rozumieją, że za nicnierobienie nie dostaną pieniędzy. To akcja artystyczna na marginesie repertuaru. Chociaż oczywiście rozumiem, że dla wielu może to być ciężką pracą. Mamy w zespole osobowości dynamiczne, które nie mogą usiedzieć w miejscu, choćby Bartek Picher. Patrząc na niego, czułem, jak nosiło go w środku. Każdy podchodził do tego inaczej, ale wielu deklaruje, że jest to doświadczenie, które chcieliby powtórzyć.

Może pod szyldem: Teatr działa?

Pod tym szyldem będziemy pracować już na naszych scenach. Pobierając wytęsknione honorarium.

23-12-2020

Konrad Imiela – aktor, wokalista, reżyser, dramaturg. Absolwent wydziału aktorskiego wrocławskiej PWST, od 2006 roku dyrektor Teatru Muzycznego Capitol, gdzie wyreżyserował Śmierdź w górach (wraz z Cezarym Studniakiem), Dżob (wraz z Mariuszem Kiljanem), Trzy wesołe krasnoludki, Rat Pack, czyli Sinatrę z kolegami, Trzech muszkieterów, Polską wodę i Mocka. Czarną burleskę. Ma na koncie kilka płyt, z których ostatnia, Wrażliwość na olśnienie w normie zawiera piosenki z autorskiego recitalu pod tym samym tytułem.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: