AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

16 sekund

Fot. Karol Budrewicz  

Johnny, bohater jednego z opowiadań Stefana Themersona, wspomina nauki swojego ojca: „Pamiętaj, jak chcesz coś zrobić i nie jesteś zupełnie pewien, czy to dobre, policz do trzech. Jeżeli nadal masz ochotę to zrobić, policz jeszcze do pięciu. Jeżeli nadal chcesz to zrobić, policz jeszcze raz do ośmiu. I jeżeli nadal chcesz to zrobić, to rób to!”.

Johnny miał ten problem, że jego ciało było szybsze od jego duszy. Widział kamień, podnosił go i ciskał w okno. Rejestrował, że chciał to zrobić dopiero wtedy, kiedy szyba była już stłuczona. Impuls nie przechodził mu przez duszę (mózg?). Koniec końców, niepomny ojcowskich nauk, zamordował Johnny w pokoju hotelowym poderwaną ledwo co dziewczynę. Johnny nie policzył do trzech. Nie odczekał i nie policzył do pięciu. Nie westchnął i nie policzył do ośmiu. Johnny, sprowokowany przypadkowym gestem dziewczyny (zarzuciła sobie sukienkę na głowę rozkładając przy tym nogi), nim zdał sobie sprawę, czy tego chce czy nie, zamordował. Ciało Johnnego zamordowało.

Mogłoby też zdarzyć się tak, że nawet po odliczeniu do trzech, pięciu i ośmiu, ciało Johnnego dokonałoby tego samego przy pełnej akceptacji mózgu.
Bo ta sukienka na głowie!
Bo te nogi!
Przypuśćmy jednak, że tych 16 sekund mogło być błogosławionym czasem dla duszy (mózgu?) Johnnego, na przemyślenie skutków i przyczyn w kategoriach nagrody (przyjemność wynikająca z mordu) i kary (prokuratorski okrzyk – na śmierć go!). Warto założyć, że mimo obrazu zarzuconej sukienki na głowę i rozłożonych nóg, dusza przywołałaby Johnnego do stanu pierwotnej łagodności czy też, jak chce Themerson, do stanu Cnoty Pierworodnej przypisanej człowiekowi, wbrew powszechnemu mniemaniu, że z natury jesteśmy źli i do tego obarczeni Grzechem Pierworodnym.

Jakkolwiekby na to nie patrzeć, owe 16 sekund, zawsze jest dobre. Chwytając za kamień i trzymając go w zaciśniętej dłoni, mamy czas, żeby utwierdzić się w przekonaniu o słuszności impulsu i niezaprzeczalnym pragnieniu stłuczenia szyby w oknie czy też, żeby dojść do wniosku, że rzucanie i tłuczenie nie ma najmniejszego sensu.

Przyglądając się sobie, a poprzez siebie, przyglądając się wszystkim innym, nauki ojca nieszczęsnego Johnnego powinny być nieusuwalnie wklejone w pulpity wszystkich naszych urządzeń elektronicznych służących do oglądania i pisania. Siedzimy gorliwie podłączeni do interfejsu i co chwila pojawia się impuls, żeby cisnąć kamieniem. Zapewne o wiele uboższe w skali emocji byłyby te nasze interfejsy, gdybyśmy po każdym przeczytanym tekście o wydarzeniach okołotearalnych liczyli do trzech, do pięciu i do ośmiu. Czy zdarzyłoby się tak, że nastałaby cisza Edenu z koranicznych sur? Czy umieralibyśmy z nudów w kontemplacji Prawdy i Piękna? Ale jest, jak jest. Nie liczymy do trzech, do pięciu, nie mówiąc już o kolejnym odliczaniu do ośmiu. I umieramy z nudów w hałasie nieustająco tłuczonych szyb?

Na przykład ja… Dwa miesiące temu przejrzałem wieńczącą sezon ankietę publikowaną w piśmie „Teatr” pod hasłem „Najlepszy, najlepsza, najlepsi” i nim zdołałem zarejestrować, czy chcę to skomentować, już moje dłonie chwyciły za maszynę z interfejsem i palce zaczęły ciskać kamienie w fejsbukowe okna:

„Szanowni Redaktorzy miesięcznika „Teatr”!
Po zapoznaniu się z kolejnym podsumowaniem sezonu dokonanym przez Krytyków Teatralnych mam wielką prośbę, aby w przyszłości usunąć kategorię „teatr tańca”. Poczucie zażenowania przekracza granice…”

I już za chwilę pojawiły się lajki, i przyklaśnięcia, i klepanie po plecach, i przesyłanie newsa. A ja, po niewczasie zaczerwieniłem się lekko zawstydzony, że znowu mnie poniosło.

Ale czy poniosło? A co by było, gdybym znał wówczas zasadę 16 sekund? Rzuciłbym tym emocjonalnym „nigdy więcej”? Przemyślał ten świerzbiący impuls, by przyłożyć w wirtualny policzek?

Niewiele trzeba, żeby jeszcze raz wprowadzić się w podobny nastrój. Wystarczy wziąć do ręki wrześniowe numery pisma „Teatr” z ostatnich lat, dotrzeć w  podsumowaniu „Najlepszy, najlepsza…” do kategorii teatr tańca, spojrzeć na te „nie śledzę”, „za mało widziałem”, wczytać się w sarkastyczny brak zainteresowania, policzyć i zauważyć, że ledwie dwoje czy troje coś jednak widziało (z klucza ideologicznego lub religijnego), a czworo z czternastu w ogóle coś pisze, żeby jeszcze raz poczuć ten impuls…

„Jak chcesz coś zrobić i nie jesteś zupełnie pewien, czy to dobre, policz do trzech.” Jeden, dwa, trzy… Czas, żeby ze sobą porozmawiać…

Chłopie, ale skąd takie emocje? Pracujesz w teatrze szmat czasu, widzisz od zawsze afisze i plakaty, na których wymieniani są twórcy danego tytułu. I jest tam:
- reżyser(ka),
- scenograf(ka),
- kompozytor(ka),
- choreograf(ka),
a ostatnio nawet reżyser(ka) świateł. Ale czy kiedykolwiek słyszałeś, żeby na jakimkolwiek festiwalu teatralnym czy też w nagrodach wieńczących sezon uhonorowano kogoś za ruch sceniczny? No właśnie – nie słyszałeś. I pewnie do końca swojego życia nie usłyszysz. Choreograf jest dla teatrologów, blogerów, wydawaczy sądów krawcem fastrygującym sceny ruchowe. Tylko dlaczego na afiszu pod reżyserią i scenografią nie dopisuje się ślusarni, malarni czy też perukarni? Tradycja? Hmm…
Tradycyjnie wpisywany na afisz i tradycyjnie ignorowany jako współtwórca teatru…

No, tylko wziąć kamień i cisnąć w szybę!!!

„Jeżeli nadal masz ochotę to zrobić, policz jeszcze do pięciu.” Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć… Może trochę metodologicznie? Naukowo?

Tak sobie myślę, że gdybym był teoretykiem (badaczem? naukowcem?) zajmującym się zjawiskami teatralnymi, to zbierałbym uważnie wszelkie dane, próbował nie przeoczyć żadnego z faktów. I zastanawiałbym się, dlaczego coś jest takie, a nie inne. Co wpływa na formę lub też decyduje o specyficzności zjawiska. A skoro w naszym teatrze od dekady ruch sceniczny do przedstawień kreują – afisze teatralne sugerują, że jednak są to Twórcy – przede wszystkim osoby związane z nurtem określanym skrótowo teatrem tańca, to chyba bym sobie nie pozwolił, żeby nie zbadać, w jakim stopniu ich indywidualne realizacje wpływają na to, co widzimy na scenach tzw. teatru dramatycznego. I skoro wszyscy mi znani teoretycy, badacze, blogerzy, wydawacze sądów zainteresowani są teatrem współczesnym (z jednym wyjątkiem w postaci Nieprawdopodobnej Pani Temidy, która pragnie Teatru Innego), to nie mogę pojąć, jak można nie buszować po tych zakamarkach, które zasilają teatr nowym językiem ciała, eksperymentem narracyjnym i konstrukcjami kompozycyjnymi.

Chłopie, co się dziwisz? Żyjesz w kraju religijnym. Nawet ci, którzy oznajmiają, że nie są religijni zachowują się tak, jakby koniecznie chcieli mieć boga. Przecież teatr nasz to taki kościół, gdzie lud się zbiera po to, by poprzez słowa i gesty kapłanów (zespół aktorski) spotkać się z głosem Pana Reżysera / Pana Reżyserki (ta ostatnia forma językowa zapisana z premedytacją…). A jak już nie z Panem to z równie potężnym czystym dźwiękiem jakiejś Okresowej Idei. Pan Reżyser, lub też Czysty Głos Idei, sam w sobie się płodzi i sam z siebie się rodzi. Czasami zapłodni go inny wielki reżyser lub idea teatralna zza gór i lasów, ale jako że oni z daleka, to wiadomo – jakoś to ujdzie. A jeżeli ma zapładniać jakiś choreograf zza gór i lasów to tylko… Pina Bausch.

No nie, nie wytrzymam! Gdzie jest kamień?!!!

„Jeżeli nadal chcesz to zrobić, policz jeszcze raz do ośmiu.”
Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem…

Ale jak rzucisz tym kamieniem w bogu ducha winne pismo „Teatr”, i jeszcze, jak nie daj boże trafisz, to wszyscy, którzy z tym pismem nie są uczuciowo związani, przyklasną, zalajkują, poklepią po plecach, puszczą newsa w obieg. A przecież pismo „Teatr” jako jedno z pierwszych publikowało recenzje z przedstawień tzw. teatru tańca. Pismo „Teatr” zaryzykowało wprowadzenie do podsumowań sezonu tę kategorię. Kilka lat temu myślałem, że to jakiś początek przemiany, że doprowadzi to do jakiejś nowej rozmowy, że poszerzy się spektrum teatru. Teraz tracąc nadzieję, nie pozostaje nic innego, jak wziąć kamień w rękę…

Policzyłem tyle, ile było trzeba, i nadal mam ochotę to zrobić.

Drodzy Redaktorzy Pisma „Teatr”, usuńcie z podsumowań sezonów teatralnych o nazwie „Najlepszy, najlepsza, najlepsze” kategorię teatr tańca. Większość wpisów w tej rubryce uwłacza osobom, które kreują tę intrygująca i inspirującą mnie formę teatru. Moje poczucie zażenowania przekroczyło granice.

A Wy, drodzy Państwo, którzy piszecie, blogujecie i wydajecie sądy o teatrze, spróbujcie przełamać swój lęk przed niewiedzą i spróbujcie obejrzeć minimum dziesięć przedstawień z tańcem w tle rocznie. I jeśli poczujecie, że impuls wywołany obrazem sukienki zarzuconej na głowę i rozłożonymi nogami pcha Was do zamordowania tego spektaklu, to policzcie do trzech, a potem do pięciu, a w końcu jeszcze raz do ośmiu. I jeżeli nadal będziecie chcieli to zrobić, to zróbcie to, bo prawdopodobnie ten oglądany przez Was spektakl w istocie był do dupy.

***
Do Szymona Kazimierczaka
Redakcja Miesięcznika „Teatr”

Drogi Szymonie,
namawiałeś mnie, żebym napisał w tej sprawie do Waszej Redakcji. Jakoś nie mogę przemóc mojej niechęci do listów otwartych publikowanych w prasie. Zwykle patrzę na nie ze zdziwieniem i podejrzewam, że ich autorzy mają nieczyste sumienie albo też zawyżony poziom samooceny. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że ten powyższy felieton, na który sobie pozwoliłem, naraża mnie na podobne odczucia u czytelników. Zakładam jednak, że felietonowe pitu-pitu i pewien poziom autoironii stępią odrobinę ostrza obosiecznej broni.

27-11-2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany wrrr
    wrrr 2013-11-29   10:19:03
    Cytuj

    Hm, a ja tu żadnego ataku nie widzę. Może dlatego, że mam poczucie, iż trzeba na nowo stworzyć krytykę. Widzę w tym konstruktywne rozważanie i wahanie. Kłopot z krytyką jest kilku wymiarowy: od braku znajomości tego, co się dzieje, braku oglądu, przez brak wrażliwości, po wewnętrzne polityki redakcji i rozgrywki personalne. I jeszcze obumieranie drukowanych recenzji i nie przyswajanie wirtualnych nośników.

  • Użytkownik niezalogowany ZK
    ZK 2013-11-27   17:16:00
    Cytuj

    A ja właśnie tak ten tekst rozumiem - nie jako atak na miesięcznik, tylko jako atak na krytykę. Zresztą słuszny. I nie tyczy się to tylko "teatru tańca", ale też teatru lalek, teatru dla dzieci, pantomimy, teatru muzycznego, teatru offowego itd.

  • Użytkownik niezalogowany Szymon Kazimierczak
    Szymon Kazimierczak 2013-11-27   16:09:58
    Cytuj

    Leszku, Zadaniem ankiety było wyłonienie najbardziej interesujących wydarzeń w minionym sezonie, natomiast co tu kryć – w przypadku kategorii „teatr tańca” ujawniła ona, że krytycy się tą dziedziną słabo interesują. Jest to też jakaś informacja, choć oczywiście nie tego byśmy sobie życzyli. Zaproponowałem Ci na naszych łamach wypowiedź w tej sprawie, ponieważ podzielam Twoją opinię i sądziłem, że dyskusja na ten temat mogłaby być sensowna. Myślę też, że nie ma co rzucać kamieniami w miesięcznik - nie dlatego, że sam nie chciałbym dostać po głowie, ale dlatego, że kłopotem nie jest sama kategoria "teatr tańca", tylko krytyka, która po prostu nie ogląda spektakli tanecznych i w efekcie nie ma na ten temat nic do napisania w ankiecie. Bardzo bym sobie życzył, żeby Twój felieton wywołał stosowną reakcję. Serdecznie, SK