AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

A dlaczego nie?

Fot. Karol Budrewicz  

„Nie dowiemy się, jak wyglądał spektakl, który mógłby powstać…”. Jak to dobrze sobie przypomnieć, że sprawy spokojnie toczyć się mogą bez nas! Piękne to i straszne zarazem. Ale w czasie wyjechania było tylko piękne.

Bo byłem wyjechany. To bardzo ładne określenie. Bynajmniej dla mnie, że tak powiem, by zakończyć całkowitym odjazdem. Byliśmy wyjechani wszyscy: żona, córka i ja. I przyjeżdżamy, a tam śnieg i zima pełną gębą. Coś niebywałego. Jaśminowej Panience podobało się wszystko na tyle, że aż Kokardenia przeniosła się w te góry na czas naszego pobytu, a Lwiątko (przyjaciel i doradca) skakał po dachach budynków. A ukoronowaniem zachwytu było zdanie, które usłyszeliśmy pewnego pogodnego, mroźnego wieczora. Patrząc na cieniutki, ale mocno błyszczący sierp księżyca, Jaśminowa powiedziała: „Taki księżyc to uśmiech nieba”.

Ale nie wszystkim było do śmiechu… Teraz będzie o teatrze. Najpierw o teatrze życia, a później o życiu albo nawet życiu teatru. Czyli o nieporozumieniach.

Moja żona drugiego dnia ostrego zjeżdżania na nartach poprzez upadek na lewą nogę, ratując życie nieudolnemu narciarzowi zjeżdżającemu przed nią (piękne zdanie, piękna wersja), na całą resztę pobytu wykluczyła się z uprawiania tego sportu, doprowadzając do tego, iż to ja musiałem podjąć dalszy trud wypoczynku i korzystać ze sprzętu, ucząc się podstaw kierowania dwoma niesfornymi deskami na utrapienie przypiętymi do stóp, co z kolei… Podsumowując – noga żony była opuchnięta. Czyli „słolen”, jak podpowiedział znajomy, który zna angielski bez zaglądania do słownika. Ale zaraz dodał, że to i tak pewnie nic nie da, bo on już niejednokrotnie próbował.   

Jako odpowiedzialny i przede wszystkim troskliwy mąż… Już widzę, jak żona zareaguje na te słowa – ale to już moje zmartwienie… Tak więc jako troskliwy itd. idę do apteki, żeby kupić maść na opuchliznę i na złagodzenie bólu. „Maj łajf has słolen leg” – zaczynam i widzę, że rzeczywiście nic. Zaczynam więc pokazowy teatr tańca pod tytułem człowiek z opuchniętą nogą – narty, szus szus, bum i noga teraz baaam, no taka bania. Pani w aptece po obejrzeniu całego spektaklu popatrzyła na mnie z uśmiechem i powiedziała: „Niśt fersztejen”. A byliśmy we Włoszech! No to chyba zgłupieliśmy już oboje, pomyślałem i mówię: „Chodzi o maść taką, jak na przykład…”. I tu wymieniłem nazwę, a ona pokiwała głową i podała mi wyciąg z rumianku, co poznałem po obrazku na opakowaniu. No przecież! Pismo obrazkowe. I rozglądam się i jest. Narysowana noga, a nawet obrzęk narysowany jako takie niebieskie strzałki odchodzące od kości widocznej pod skórą i mięśniami. „Aaa” – zrozumiała pani aptekarka i podała mi maść o nazwie, którą już kiedyś słyszałem. Przeszczęśliwy dzwonię do żony i pytam, czy taka właśnie maść, o takiej właśnie nazwie może być? Może być. W krótkich słowach zwierzyłem się jeszcze, jak trudno było się porozumieć. Kończymy rozmowę. Pani w aptece zadowolona, że pomogła, ja również spokojny, że mamy to za sobą i nie trzeba już żadnych słów między nami… Dzwoni telefon. Żona, więc odbieram i słyszę: „Tylko powiedz tej pani, że nie rozgrzewająca, ale chłodząca, słyszysz, chłodząca, a nie rozgrzewająca, powiedz tej pani”. Powiem. Zaraz powiem…
            
Jako troskliwy mąż idę jeszcze do sklepu, bo z zebranych wcześniej od znajomych porad lekarskich dowiedziałem się, że na spuchniętą nogę czy rękę pomaga też okład z octu winnego, czyli, że się tak wyrażę – z aceto. No i tak właśnie się wyraziłem. W tym sklepie nie byłem po raz pierwszy, dlatego patrzono tu na mnie życzliwie i kiedy poprosiłem o „aceto balsamiko”, miły pan od razu poprowadził mnie do właściwej półki i zaczął zachwalać produkty – ten jest wspaniały, ten jeszcze lepszy, a najlepszy jest ten… Że ile? Dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści euro? Za maść, za lekarstwo zapłaciłem dziesięć…
 
No dobrze, to może powiedz mi kolego, do czego to „aceto balsamiko” ma służyć? Zrozumiałem jego pytanie, mimo że ja do niego po polsku, a on do mnie po włosku. Po raz drugi tego samego dnia i tej samej godziny odegrałem mój teatr tańca, że żona, że narty, że noga, że okłady… „Aha! – powiedział przemiły Włoch –  ale «perke balsamiko»?”. No właśnie. Wziąłem zwykły ocet winny za jeden euro… A druga puenta jest taka, że zamiast zwykłego kwaśnego octu w pokoju mógł jednak unosić się zapach balsamico.
  
Wróciliśmy cali i zdrowi. Kokardenia znowu jest na swoim miejscu, czyli w wyobraźni, sprawy potoczyły się bez nas, z wyjazdu pozostały wspomnienia i „perke”. Dlaczego? I od razu po powrocie dostałem odpowiedź. A dlaczego nie?

Czytam oto taką wiadomość (cytuję z moimi skrótami i podkreśleniami, a ciekawych całości odsyłam do ogłoszeń na e-teatrze i strony Instytutu Teatralnego): „15 stycznia w Instytucie Teatralnym pokazana zostanie Nie-Boska komedia. Powidok – projekt odnoszący się do spektaklu, którego Olivier Frljic nie zrealizował w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie”. I trochę dalej: „Nie dowiemy się, jak wyglądał spektakl, który mógłby powstać…”.

Otóż popierając i idąc za ciosem, wyznam, że znam pewnego dramatopisarza, który nie napisał dramatu. Z przyczyn konfliktu ideologicznego i politycznego. Zbuntowały się postaci i odeszły, twierdząc, że to jakaś tragedia. I temu dramatopisarzowi zostało w szufladzie kilka fragmentów tekstu oraz „kilka dziennikarskich paszkwili oraz ślady minionego wstrząsu”. Ogłaszam zatem, że 30 lutego w Instytucie Tragicznym odbędzie się spotkanie z owym dramatopisarzem.

O spotkaniu (dostosowując do własnych potrzeb fragmenty ww. ogłoszenia IT):

Co pozostaje z nienapisanego tekstu? Gdzie rozgrywa się rzeczywisty dramat? Jaki ślad zostawia tragedia, której nie było i jakie wnioski można wyciągnąć z takiego zdarzenia? Gdzie zaczyna się dramat, a gdzie się kończy? Czytając tekst, jesteśmy przyzwyczajeni do odnoszenia się wyłącznie do ostatecznego efektu. Lecz przykład Nie-napisanej tragedii. Szczątków wskazuje, że w taki sposób możemy z łatwością pominąć to, co wydarza się w polu politycznym, społecznym i instytucjonalnym w trakcie samego procesu. Spróbujemy zarysować mapę napięć, punktów zapalnych i kwestii spornych, które zaistniały w trakcie pisania i których echa są wciąż obecne. Bo: „Wszystkim się zdawało, że Wojski gra jeszcze, a to echo grało”. Wstęp jest wolny. W przypadku dużego zainteresowania stanie duży telebim.

A znam jeszcze pewnego kompozytora, który…

Dziękuję za bardzo

13-1-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: