AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Dawno, dawno temu podróżowaliśmy

Fot. Karol Budrewicz  

Jechaliśmy lub lecieliśmy z miejsca na miejsce i oddychaliśmy powietrzem lżejszym lub zmysłowo gęstszym, słyszeliśmy języki mniej lub bardziej zrozumiałe, ale zawsze brzmiące jak nieznana piosenka, patrzyliśmy z zachwytem lub z przekąsem na tubylców i na ich tubylcze traktowanie spraw małych i dużych. Zawsze można było powyzłośliwiać się czy też nadmiernie poekscytować, choćby tym, jak nalewali wino do kieliszka, piwo do kufla, jak szykowali kolbę z kawą do espresso. Wbrew pozorom wszyscy i wszędzie robili to inaczej. Jedni pieścili kieliszek, a inni butelkę. W niejednym świecie bariści tańczyli, ich ruchy biegły po liniach miękkich i obłych, i kochało się tę kawę, nim skosztowało się, tak bardzo się kochało, że kiedy już przychodził czas, by skosztować, to nie zauważało się, co się piło. I nie miało to żadnego znaczenia. Było się w raju. Ale bywały też bolesne niespełnienia. Przejeżdżał podróżny granicę pomiędzy jednym światem a drugim i spotykał baristę kanciastego, ba! niechlujnego, którego dzieło nieudolnie imitowało kawę i wtedy podróżny myślał, że wolałby nigdzie z domu nie wyruszać, a nawet jeśli to praca zmuszała go do wyprawy ku innym światom, to i praca sama w sobie stawała się przykrą koniecznością.

Dawno, dawno temu zbierało się pamiątki.

Na przykład ręczniki hotelowe. Pakowało się ów ręcznik do walizki przed opuszczeniem hotelu. I nikt nie myślał, że podróżnych skłaniało ku temu skąpstwo niepozwalające wydać kilku złotych na zakupy w okolicznej IKEI. Wiadomo było, że taki ręcznik, użyty po powrocie do domu, pozwalał podróżnemu po domowej kąpieli wcierać wspomnienia w skórę, podrażniać zmysły tajemnicami i doznaniami ze światów, które się nawiedzało. Lub te popielniczki spadające do otwartych plecaków ustawianych pod kawiarnianymi stolikami w krajach, gdzie słońce pozwalało siedzieć, popijać i popalać na ulicach i na placach tyle dni w roku, ile się tylko chciało. Potem te pamiątkowe popielniczki, trzymane czule w dłoniach, pomagały podróżnym zapomnieć, że pali się wśród porywów lodowatego wiatru i deszczu, w kapciach, na balkonowych wybiegach dla nałogowców. Leniwe słońce pochwycone przez popielniczkę przywracało ciału pamięć owych nieuchwytnych, jakże ekscentrycznych przyjemności.

Dawno, dawno temu, to znaczy dawniej niż dawno, lubiliśmy opowiadać o swoich podróżach.
 
W czasach analogowych, kiedy dobre aparaty fotograficzne mieli jedynie japońscy podróżni i kiedy to nie było człowieka, który nie ubawiłby się widokiem azjatyckiej gromadki, drepczącej nogami lekko pokrzywionymi przez czas i kulturę niechętną ukrzesłowieniu, gromadki strzelającej fotę za fotą wszystkiemu, co się nie rusza i nie drgnęło od setek lat – złośliwi komentowali, że bez tych tysięcy fotografii nikomu nie udowodnią, że istnieją takie kuriozalne światy, jak Polska – w tamtych analogowych czasach, kto soczyściej opowiadał o swoich podróżach, ten mógł liczyć na to, że całą noc będzie pił za darmo. Z jakimi wypiekami na twarzy słuchałem historii jednej z moich przyjaciółek o jej hiszpańskiej przygodzie! Pojechała w hiszpańskie światy na dwa tygodnie z zamiarem nicnierobienia. Pierwszego dnia jej wytęsknionej wilegiatury, kiedy leżała sobie z piaskiem pod brzuchem, patrząc na metodyczne ruchy fal seledynowego morza, wyskoczyły z krzaków trzy wielkie czarne psy, podbiegły do niej i wbiły swoje kły w jej ledwo co zaczerwienione słońcem pośladki. Jakże fascynujące, pełne bólu po stracie niedoszłych rozkoszy plażowania były opowieści mojej przyjaciółki! Słowa o kolejnych 13 dniach hiszpańskiej podróży soczystością swoją dorównywały pamiętnikom heretyków i czarownic, spisanym w przerwach pomiędzy torturami ordynowanymi przez funkcjonariuszy Świętej Inkwizycji.

Dawno, dawno temu podróżowałem.

Nie snułem opowieści. Nie umiałem w barwnych słowach opisać wzruszenia asymilacją przyjaznych, stale tych samych zapachów chwytanych podczas pierwszych odwiedzin w autobahnowych rasthausach albo oddać zachwytu, któremu uległem w Udine na widok lodziarki-gigantki, żywcem wyjętej z Filmów Felliniego, czy też ubrać w słowa tego niewiarygodnego rozciągnięcia czasu, którego doznałem, spadając z podestu sceny w Sztokholmie, lub też zaniku czasu pomiędzy byciem na scenie a odnalezieniem się pomiędzy stojakami na nuty w orkiestronie przeskalowanego w wymiarach teatru w Charleston. I wstydziłem się opowiadać o bojowym rynsztunku montażystek w brytyjskich teatrach – po rozpoznaniu wszystkich narzędzi doczepionych do pasów biodrowych oko moje, z chłopięcym podziwem, studiowało szwy ich czarnych podkoszulków na ramiączkach i wyrazistych bicepsów z wykwintnymi tatuażami. Nikt nie uwierzyłby, że mogłem z czułością dotykać idealnie równej sceny teatru w Utrechcie, gdzie umęczyłem się, szukając choćby jednej rysy na scenicznych deskach, a na pytające spojrzenie tamtejszego brygadzisty odpowiedziałem krótkim „U la la!”. I były też powiewy wiatru na tyłach teatrów, gdzie pali się na wygnaniu, tak inne w parkowej Kilonii od tych na 34-ej w Nowym Yorku, inne w ogrodzie w New Delhi, a jeszcze inne gdzieś na estońskiej prowincji.

Dawno, dawno temu nie robiłem zdjęć z podróży.

Aż do dnia, kiedy zauważyłem, że potrafię przywołać woń tygodniówki alkoholowej, która unosiła się nad reżyserem świateł w Lublanie, kierunek zejścia do garderoby ze sceny w NRW w Dusseldorfie, szorstkość skóry dłoni moich afrykańskich tancerzy w Zimbabwe, kulisy Kings Theatre w Edynburgu, barwę światła w pokoju hotelowym w Palermo, a nie potrafię przypomnieć sobie łóżek, w których spałem. To tak, jakby zapominało się o świcie imienia kochanki/kochanka, która/który utulili Cię wieczorem do snu. Pamięć nie jest bezgraniczna, sprawy, rzeczy, ludzie nieopowiedziani w myślach znikają na zawsze, tak jak choćby twarz kobiety na lotnisku w Awinionie, która na każde pytanie dotyczące mojego lotu z francuskich światów do kraju odpowiadała, krótko: „Strajk”. Ale czym jest ta jedna zacietrzewiona w boju o prawa pracownicze twarz wobec setek przespanych i zapomnianych łóżek?

Dawno, dawno temu zacząłem fotografować moje podróżne łóżka.

Od tego „dawno” do „teraz” („teraz” wydaje się być synonimem końca wszystkiego) uzbierałem 406 łóżek. Już po kilku miesiącach kolekcjonowania zauważyłem zdumiony, że fotografie biją na głowę hotelowe ręczniki i popielniczki przypadkowo wpadające do plecaków. Krótko mówiąc – patrzę na łóżkową pamiątkę i zaczyna się seans pamięci. Spójrzmy na tę fotografię.

61. My bed in Praha / AMU Hotel – Akademia Sztuk Scenicznych, 22.09.2010

Paździerzowy podest w pastelowej barwie, materac, niezasłana pościel. Fotografia jak zawsze zrobiona o świcie, zaraz po porannej toalecie. Cienie na podłodze przypominają, że świeciło słońce. To był wybitnie ciepły koniec września. Schody prowadzące do hotelu wydawały się być rozgrzane do białości. Cała Praga ociekała potem i wczesnojesiennym zmęczeniem. A my, Teatr Dada, żegnaliśmy się z naszymi Kilkoma Błyskotliwymi Spostrzeżeniami. To pożegnanie miało miejsce w Klubie Roxy. Wchodziło się po drewnianych, lekko łukowatych schodach na pierwsze piętro. Na piętrze scena i foyer z barem. Scena niewielka i można było przypuszczać, że ta niewielkość zdusi rozpasanie Kilku Błyskotliwych Spostrzeżeń. Ale kiedy już zaczęliśmy grać, to było tak, jakby metrów kwadratowych przybyło. Na scenie było równie gorąco, jak na ulicach Pragi. Lubię, jak jest gorąco. I kiedy raz jeszcze spoglądam na tę podrzędną fotografię z paździerzowym podestem do spania, to zaczynają wracać i nakładać się na siebie wszystkie wcześniejsze podróże do Praskich światów. 2003 rok i magiczne spotkanie z Thomasem Hauertem. Zawierzyłem mu, a on poprowadził mnie w nowe rejony odczuwania tanecznych euforii. W tym samym Klubie Roxy, na tej samej scenie, improwizowaliśmy wspólnie. Wystarczyło kilka chwil z jego wrażliwym i rozwibrowanym ciałem, żebym chciał tańczyć z nim bez końca, opowiadać stwarzające się a vista historie, zapominać o historiach. Żyć. I wciska się w opowieść rok 1990. Praski rynek w lipcowym słońcu. Może trzydzieści osób na rynku i wszyscy siedzący pod pomnikiem Jana Husa – było to w czasach przed-turystycznych, czyli leniwie i cicho. Ja, pod jedną z bram jakiegoś pustostanu, maluję twarz, zakładam kostium mojego czarnego arlekina, gram mój uliczno-mimiczny program. Po chwili wszyscy wylegujący się pod pomnikiem Husa przychodzą pod moją bramę i rozsiadają się na rozgrzanym bruku. I spędzamy ze sobą godzinę. Biją brawo na koniec i dają parę groszy. Wystarczy na włóczęgę po Pradze i bilet do Wiednia. Ale tego samego dnia wieczorem, kiedy czuję już, że nogi schodziłem, wdeptuję w kolejny zaułek, a tam dziewczyna z gitarą. Śpiewa. Śpiewała tak, że smutek, cały smutek świata spłynął na mnie, obmywał mnie, oczyszczał mnie. A kiedy skończyła i zniknęła, to ten smutek zamienił się w jedno zdanie: żyjesz, życie jest piękne.

Dawno, dawno temu podróżowaliśmy dla tych kilku słów, w poszukiwaniu tego jednego zdania: życie jest piękne.

PS Fotografia pochodzi z „kolekcji” o tytule My beds are everywhere, którą autor felietonu konsekwentnie prowadził od lutego 2009 roku w ramach fejsbukowej wymiany danych osobowych. W związku z pandemią, której końca nie widać, nie ma pewności, czy kolekcja ulegnie powiększeniu.

01-04-2020

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: