AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Inne historie: Evviva l’arte!

 

Jest rok 1967. Biesiaduję ze Stulkiem Hebanowskim w „Smakoszu”, zostaję przedstawiona w salonie państwa Satanowskich i zapoznaję się z fenomenem niejakiego Żużu.

W drugiej połowie lat sześćdziesiątych do Poznania zaprosił mnie Jerzy Zegalski. Miałam wyreżyserować u niego w Teatrze Polskim Szaloną Julkę Jana Augusta Kisielewskiego. Zaraz po rozpakowaniu torby w Hotelu Zacisze, gdzie zakwaterowani byli wszyscy „gościnni” twórcy, poszłam na rozmowę do baru „Smakosz”. Zegalski był chwilowo nieobecny, ale w „Smakoszu” czekał na mnie z zimną wódeczką i śledziem na dwoje kierownik literacki teatru Stanisław Hebanowski: dla przyjaciół Stulek. Kiedy poznałam go w Poznaniu, miał już dobrze po pięćdziesiątce, był reżyserem z doskoku, na co dzień zajmował się tłumaczeniami sztuk Marivaux, Corneille’a, Eurypidesa i Sofoklesa. Przede wszystkiem jednak – rozmawiał z artystami.

To był naprawdę wybitny człowiek teatru, szanowany przez wszystkich Wielkich w Polsce i miejscowe władze także. Jego ojciec, też Stanisław, znany architekt, w XIX wieku zaprojektował budynek Teatru Polskiego. Stulka znałam wcześniej z opowiadań Zygmunta Malanowicza, który do Nowej Huty, gdzie reżyserowałam Ifigenię, trafił właśnie z Poznania.

Hebanowski był bardzo wysoki, bardzo chudy, arystokratycznie „przerasowany”, taki siwy pan z lekko nieskoordynowanymi ruchami. Uroczy. Niestety, niezbyt wyraźnie mówił, a w miarę wypitych kieliszków prawie nie można go było zrozumieć. Jednak mówić nie przestawał i o dziwo, w stanie całkowitego upojenia alkoholowego mówił mądrzej niż na trzeźwo, jak twierdzili (rozumiejący go mimo tych utrudnień!) doświadczeni i wierni słuchacze. Stulek wiedzę miał przeogromną, a erudycję przetykał anegdotami.

Nikt, kto wtedy, w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, nie mieszkał w Poznaniu, kto nie pracował w teatrze i nie prowadził gier intelektualnych w restauracji „Smakosz”, nie zrozumie tego, jak wielki wpływ miał na nas Stulek. Toteż moje osobiste doświadczenia pozwalają mi podzielić Poznań tamtego czasu na „przedstulkowy”, „pełnostulkowy” i „postulkowy”.

W okresie pełnostulkowym życie artystyczne miasta koncentrowało się na linii Teatr – bar „Smakosz”. „Smakosz” był jak na tamte czasy dość eleganckim lokalem usytuowanym naprzeciwko teatru, po drugiej stronie ulicy. Przed wojną mieściła się w tym miejscu restauracja „Hartwig – Kantorowicz”, teraz, w wolnej ojczyźnie, czyli po 1989 roku, przerobiono go najpierw na fast food, potem została już tylko przestrzeń „for sale”.

Droga z gabinetu kierownika literackiego do „Smakosza” zajmowała góra dwie minuty, nic więc dziwnego, że Stulek pewnego dnia po prostu się tu przeniósł. A w ślad za nim podążyli jego przyjaciele i przeróżni interesanci. Jeden stolik był non stop zarezerwowany dla nas. To znaczy dla ludzi z Teatru Polskiego. Siedzieliśmy przy piecu. Stulo pilnował stolika, ale przede wszystkim prowadził rozmowy na temat Sztuki z ludźmi potrzebującymi jego rad. Stulo nie pracował wcale w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Stałymi gośćmi „Smakosza” byli: Rysio Gardo, kompozytor, kierownik muzyczny teatru, Zbyszek Bednarowicz z Grochowych Łąk, scenograf, twórca kolorystyki całego poznańskiego Starego Miasta (uwielbiał kolor „fiolet-róż”), profesor Jerzy Ziomek, historyk literatury (strukturalista) z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, i wreszcie Żużu.

Żużu to był poznański Franz Fiszer. Naprawdę nazywał się Józef Zembrzuski, dobiegał akurat sześćdziesiątki i był powszechnie lubianym… aktorem? nie, raczej bon vivantem. Bohaterem i twórcą wielu anegdot. To Żużu tłumaczył się ze swojej aktualnej bezżenności, twierdząc, że się rozwiódł, bo „między nim a jego piękną żoną była zbyt duża różnica płci”. Kiedyś, w głębokim PRL-u, Żużu tajemniczo wyszeptał, że udało mu się załatwić wakacje na Lazurowym Wybrzeżu. Nikt oczywiście mu nie wierzył. Żużu porobił zakłady, prosząc, żeby niedowiarki tego i tego dnia, jak będzie wracał z ekskursji, czekały na niego na dworcu Poznań Główny przy pierwszej kasie. I tak się stało. Najpierw Żużu wynajął dorożkę i zapełniwszy ją kuframi i walizkami przejechał przez miasto w kierunku dworca, kłaniając się na wszystkie strony, tu i tam machając słomkowym kapeluszem, żeby wreszcie po dojechaniu do celu oddać do przechowalni bagaże i ukryć się na jakiś czas w domu. Kiedy nadeszła pora powrotu, chyłkiem dostawszy się na dworzec, odebrał bagaże z przechowalni, włożył kapelusz słomkowy i czekał, wyzywająco oparty o blat kasy… Trochę przyjaciół teatralnych i nie tylko teatralnych stawiło się o właściwej godzinie. Widząc opalonego make-upem Żuża, zadziwieni rzucili się do powitań. A on krzyczał z daleka: „Widzicie? Żużu nie kłamie, Żużu nie kłamie!”. O Żużu opowiadał mi jeszcze Adam Hanuszkiewicz, który przyjaźnił się z nim, kiedy mieszkali z Zośką Rysiówną w Poznaniu. Uwielbiał go i potrafił godzinami słuchać jego anegdot, które zamiast puentą kończyły się zwykle radosnym rechotem i zacieraniem rąk.

„Smakosz!” Za sprawą Stulka nastąpiła idealna symbioza knajpy ze sceną. Oczywiście w wielu teatrach tak bywa, że rządzi w nich bufet. Dopiero w bufecie żyje się naprawdę, aktor zamiast na scenie rozkwita na zapleczu. „Smakosza” z drugiej połowy lat sześćdziesiątych nie da się jednak porównać z żadnym teatralnym bufetem z jakąś panią Gienią za ladą. W naszej arstystyczno-gastronomicznej mekce przechadzali się kelnerzy ubrani prawdziwie po kelnersku. Wiedzieli, co i jak się podaje do stołu, umieli się wytwornie wyrażać. Przypominam – działo się to w siermiężnych czasach gomułkowskich! Skąd więc ta niezwykła uprzejmość „obsługi lokalu gastronomicznego”? My wszyscy z teatru byliśmy przecież goli jak święci tureccy, trudno więc było kelnerom liczyć na napiwki, ale najwyraźniej bawiło ich, że to my, ich znajomi, artyści, zamawiamy śledzia na cztery osoby jako zakąskę do zimnej połówki i póki Stulek nie był jeszcze całkiem pijany, staramy się zachować przedwojenne maniery i tytuły, krojąc tego śledzia na cztery równe części: „Tak jest, pani reżyser!”, „Proszę bardzo, panie literacie, panie profesorze…”. Więc oni też zwracali się do nas bardzo elegancko. To było miłe i jednocześnie zaskakujące, bo w „Smakoszu” pojawiał się jakby dalszy ciąg teatru. Wszyscy coś tu grali, coś udawali. Jedni, że wiedzą, jak się nie je ryby nożem, drudzy popisywali się, chcąc zrobić frajdę Stulkowi, że mają w małym palcu francuską ortografię.

To Stulek pomógł mi w obsadzeniu Szalonej Julki. I prawie natychmiast poznał z Danką Balicką-Satanowską, która właśnie niby to przypadkiem wpadła do „Smakosza”, przyjrzała mi się i od razu zaprosiła do domu. To było dobre wejście w poznański świat teatru, bo Balicka funkcjonowała wtedy w Poznaniu jak nie przymierzając Nina Andrycz w Warszawie. Nina miała za męża samego premiera Cyrankiewicza, tego, co to groził odrąbywaniem rąk podniesionych na władzę ludową, i dlatego wszystko było jej wolno. Z kolei mężem Danusi był Satanowski senior, dyrektor Teatru Wielkiego, człowiek z partyzancką przeszłością. Jednym słowem, na tym terenie ktoś znany i szanowany, i jak to się w Poznaniu mówiło: „postaciucha”. Satanowski reżyserował też za granicą, był jak na tamte czasy zamożny, więc bywanie na salonach u państwa Satanowskich nobilitowało. A poza wszystkim innym Danka była naprawdę utalentowana; kiedy zaczęłyśmy współpracować przy Julce, była świeżo po głośnym ogólnopolskim sukcesie w Bazylissie Teofanu Micińskiego, sztuce odkrytej przez Stula Hebanowskiego.

Tam, u Satanowskich, w pięknie urządzonym salonie, siedział gdzieś w okolicach fortepianu i w kółko kręcił się na stołku Jurek Satanowski, syn starego Satanowskiego z pierwszego małżeństwa, który pomieszkiwał w ich domu, jeśli nie był aktualnie „w drodze”. To znaczy w objeździe z zespołem klezmerskim, z którym w okolicznych miejscowościach grywał po rozmaitych knajpach. Jurek był cały w kędziorach i chyba (daruj mi Jurku, jeśli to nieprawda) w młodzieńczych pryszczach. Był studentem polonistyki, specjalizującym się (tajnie?) w Gombrowiczu, ale tak naprawdę biło w nim serce muzyka, tyle że nie całkiem dokształconego. Od tamtego czasu do dziś zrobiłam z Jurkiem ponad sto spektakli, teatrów telewizji, seriali i filmów. Szybko okazało się, że bez Jurka ani rusz. Świetnie mi się z nim dogadywało, lubiłam jego smętne, drżące dźwięki i dodatkowo rozmowy o tekście, o aktorstwie, o plastyce. Jurek już w niedługiej przyszłości okazał się prawdziwym człowiekiem teatru. To rzadki wypadek, kiedy kompozytor tak szanuje słowo.

Tego samego dnia, kiedy go zobaczyłam, jak się kręcił koło fortepianu, dostałam od Danki wyjątkowy prezent. Rajstopy! Moje pierwsze rajstopy! Nie, to nie żarty, to wtedy było naprawdę zdarzenie warte odnotowania. Danka miała ich całe stosy, bo Satanowski senior przywoził jej ze świata suweniry, o których się w Peerelu nawet nie śniło: na przykład szczoteczkę do malowania rzęs, majtki jednodniówki, chrupki chleb…

Tymczasem jesienią roku 1967 o godzinie dziesiątej rano po raz pierwszy zebrali się w foyer Teatru Polskiego wszyscy aktorzy, których za przyzwoleniem Zegalskiego i po obejrzeniu paru spektakli obsadziłam w swojej Szalonej Julce. Oprócz Danki znałam jeszcze dobrze Kazia Borowca i Olka Iwańca, bo obydwaj przyjechali tu za Zegalskim z Białegostoku, gdzie już wcześniej reżyserowałam… Obsada Julki była ogromna i prawie cała od razu z czegoś niezadowolona, bo u Kisielewskiego są tylko cztery duże role i pełno epizodów. Aktorzy przydzieleni do tych ostatnich twierdzili oczywiście, że zasługują na coś więcej. Słuchałam cierpliwie ich argumentów, próbowałam poznać nowych kolegów, mając cały czas w pamięci wspomnienie sceny buntu zasłużonego dla teatru w Białymstoku aktora przeciw brudnym spodniom od piżamy. Nie mogłam wtedy przewalczyć, żeby zagrał swoją rolę w takim kostiumie, który go ośmieszy, odbierze cały szacunek w mieście i kawiarni EMPIKU. Odwiedzał ją codziennie w południe, bo tam zbierała się cała białostocka „Francja-elegancja”. Wiedziałam już, że w Poznaniu nie mogę popełnić podobnego błędu, muszę uważać.... Żeby nie dać sobie wejść na głowę! Żeby tylko…

Danka okazała się niezwykłą, pełną temperamentu i woli walki aktorką, ratowała mnie w trudnych chwilach, pomagali mi też starzy przyjaciele Borowiec i Iwaniec, a atmosferę salonu fin de siècle’u budowała już samą swoją obecnością seniorka Teatru Polskiego Pelagia Rolewicz-Ziembińska. Dałam jej u Kisielewskiego rolę niejakiej pani Chomińskiej.

Byłam zadowolona z tego przedstawienia.

Kiedy w 1973 roku wróciłam do Poznania po zakończeniu dyrekcji w Kaliszu, nie poznałam miasta. Wszystkich jakby wymiotło. Bo to był już okres postulkowy. Stulo wyjechał objąć fukcję kierownika literackiego Teatru Wybrzeże w Gdańsku, potem zdał eksternistyczny egzamin reżyserski i został legendarnym dyrektorem tej sceny. Umarł Rysio Gardo, a Zbyszek się ożenił. Staszek Zamecznik wrócił na ASP do Warszawy, Zegalski wyjechał do Katowic, a Romka Kordzińskiego, który został dyrektorem Teatru Polskiego, podmienił na koniec Mikołaj Grabowski. Tak zmienił się „mój” Poznań! Tęskniłam za tym starym, ze Stulkiem w „Smakoszu”… Tak – Poznań i poznański teatr bardzo się potem zmieniły. A może to ja już byłam inna?

Stulek nie umarł ani na scenie, ani w kawiarni. Stało się to na dworcu kolejowym w Gdyni w 1983 roku. Ławka na peronie to też dobre, „teatralne” miejsce na śmierć. Wybierał się akurat na próby do Szczecina, gdzie od jakiegoś czasu pracował nad Czekając na Godota. I się doczekał.


Redakcja: Łukasz Drewniak 

20-02-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (5)
  • Użytkownik niezalogowany Stefan Drajewski
    Stefan Drajewski 2015-02-24   22:06:13
    Cytuj

    Stulek Hebanowski był wnukiem Stanisława Hebanowskiego, budowniczego Teatru Polskiego w Poznaniu, synem Bogumiła (właściciela Brzóstkowa k. Jarocina)

  • Użytkownik niezalogowany Łukasz Drewniak
    Łukasz Drewniak 2015-02-22   18:07:33
    Cytuj

    Szanowni Państwo! Bardzo dziękuję za obywatelską czujność w lekturze cyklu felietonów pani Izabelli Cywińskiej. Jak tłumaczyła pani Iza w pierwszym odcinku złożyły się nań historie nieopowiedziane w jej książce Dziewczyna z Kamienia, która ukaże się niedługo nakładem Agory. Nie jest to oczywiście praca naukowa o teatrze Izabelli Cywińskiej i epoce ani też monografia teatralnego Poznania. Izabella Cywińska napisała autobiografię, w której jednym z głównych wątków-tematów jest sprawa pamięci, pamiętania siebie, świata, kolejności zdarzeń, myśli i czynów. Jej bohaterowie są prezentowani w czasowej i egzystencjalnej zbitce, pigule. Izabella Cywińska spotyka ich, kreśli szybki syntetyczny portret i od razu żegna, uśmierca, pozwala im odejść w przeszłość. Jakby cały człowiek, jego dzieło i charakter był tylko krótkim rozbłyskiem w jej życiu i na jej drodze. Tak też przedstawiła w tym felietonie Stanisława Hebanowskiego. Analizując zdanie, na które wskazała jedna z Czytelniczek, że „Danka (Balicka) była (…) świeżo po głośnym ogólnopolskim sukcesie w Bazylissie Teofanu Micińskiego, sztuce odkrytej i wyreżyserowanej przez Stula Hebanowskiego” nie miałem wątpliwości, że chodzi jej o dwa zdarzenia jedno z lat sześćdziesiątych, drugie z końca siedemdziesiątych, bo w czasie, o którym wspomina w podstawowej narracji, Hebanowski jeszcze nie reżyseruje (jego sporadyczne „współprace reżyserskie” z tego okresu nazywa pani Iza „reżyserowaniem z doskoku”, do którego to określenia notabene purysta też mógłby się przyczepić) a za chwilę wyraźnie informuje, że dużo, dużo później Hebanowski zdał egzamin eksternistyczny z reżyserii i zaczął reżyserować w prowadzonym przez siebie Teatrze Wybrzeże. W zakwestionowanym przez Czytelniczkę zdaniu jest więc co najwyżej intencja oddania zasług Hebanowskiemu w przywróceniu tej sztuki Micińskiego polskiemu teatrowi a nie ma mowy, że reżyserował ją zamiast Marka Okopińskiego. Zgadzam się, jednak, że ten fragment można zrozumieć opacznie, że to Hebanowski był reżyserem wersji, w której grała Balicka, więc poprawię zaistniałą niezręczność. W przypadku drugiego błędu Pani Iza ani tym bardziej ja się nie mylimy. Jej poznańska inscenizacja dramatu W sieci Jana Augusta Kisielewskiego nosiła pełny tytuł Szalona Julka (W sieci), premiera odbyła się 30 grudnia 1967 roku. Na próbach, o których mowa w felietonie, reżyser i aktorzy musieli używać hasła Szalona Julka. Trzeci sugerowany błąd jest już absolutnie moją winą. W materiale otrzymanym od pani Izy Cywińskiej „stoi jak byk”… Mikołaj Grabowski. I tak wynika z kontekstu. Nie wiedzieć dlaczego, w mojej obróbce tekstu przekształciłem go w Eugeniusza Korina (sic!). Może tego dnia rozmawialiśmy, czemu odchodząc do Ministerstwa właśnie temu twórcy powierzyła Teatr Nowy i ja go nagle tu w jej felieton machinalnie wpisałem? Może podświadomie usunąłem nazwisko Grabowskiego, bo jako aktywny krytyk zwyczajnie wstydzę się, że nie widziałem jeszcze jego ostatniego Wesela z Radomia i Min polskich z Torunia i tak przed samym sobą ukrywam problem? Pojęcia nie mam. W każdym razie jest to moja a nie autorki pomyłka freudowska i biorę za nią całkowitą odpowiedzialność. Przepraszam Pani Izo, dziękuję czytelnikom za wychwycenie błędu. W pewnym sensie „nie popisałem” się, albo jakoś mi się tak „nadpisało”. Łukasz Drewniak

  • Użytkownik niezalogowany przecinek
    przecinek 2015-02-20   18:33:27
    Cytuj

    Kordziński przestał być dyrektorem Polskiego w 1981 roku, a zastąpił go Grabowski. Korin do Poznania zjechał dopiero zastąpić na stanowisku dyrektorskim Szanowną Autorkę. Oj, redaktor tekstu się nie popisał.

  • Użytkownik niezalogowany Joanna
    Joanna 2015-02-20   15:20:31
    Cytuj

    A ta "Szalona Julka" to chyba jednak "W sieci"...

  • Użytkownik niezalogowany Maria Dworakowska
    Maria Dworakowska 2015-02-20   13:42:12
    Cytuj

    Wspomnienia są wspaniałe ale "Bazylissę Teofanu" w Poznaniu w 1967 reżyserował MAREK OKOPIŃSKI. Stanisław Hebanowski był autorem adaptacji, a w Gdańsku w 1978 Bazylissę reżyserował.