AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Nowy gatunek

Fot. Karol Budrewicz  

Bo świat taki się stał. Tak powiedziała Jaśminowa Panienka na zakończenie swojej mikropowieści, której nie przytoczę, bo nie pamiętam. A nie pamiętam, bo nie zrozumiałem. Pewnie była to opowieść z krainy mojej córki, z Kokardenii, która jak wiadomo jest światem wymarzonym, do którego nie wszyscy i nie zawsze mają dostęp.

Ale ta czy inna kraina, ten czy inny świat, zastanowiło mnie, że nie powiedziała „taki jest”, a właśnie „taki się stał”. Czyli jest zmienny, dynamiczny. Niby oczywiste, ale chyba na co dzień mówimy i myślimy, że jest, a nie, że się staje.

To „jest” przypomniało mi o kamiennej twarzy, o której pisałem ostatnio. Miałem z nią jeszcze kilka spotkań, osobistych też. I były to spotkania nazwijmy je „pozytywne”. Biorę to określenie w cudzysłów, bo sam do końca nie jestem pewien, czy można tu mówić o dobrych stronach. Ale spróbuję.

Wszystkie te zdarzenia miały miejsce w teatrze, jestem więc usprawiedliwiony. Choćby tylko przed sobą. A to najważniejsze. Znam choreografa, który na jednym z towarzyskich spotkań kazał pomacać się pod kolanem, a potem sprawdzić u siebie, bo tam, gdzie wszyscy mają ścięgno łączące udo z kolanem, on tego nie miał. Było zerwane. „Bolało?” – pytam. „Strasznie”. „A kiedy to się stało?” „W trakcie próby. Pokazywałem coś aktorom” – mówi – „i nagle czuję, że coś tam pęka. Przerwałem na chwilę…” „I co” – dopytuję – „koniec próby, karetka?” „Nie” – mówi – „próbę poprowadziłem do końca. Przecież nie mogłem im pokazać, że się nie nadaję”. Upór i konsekwencja godne… No właśnie, czy godne i czego godne. Chyba że założymy, że traktował aktorów na próbie jak publiczność na spektaklu. Bo to rozumiem. Bo przeżyłem.

Na jednym ze spektakli muzycznych chodziliśmy jak roboty na dość wysoko wzniesionym podeście, śpiewając piosenkę; kilka kroków do przodu, twarzą do kierunku i kilka kroków w tył, nie patrząc, gdzie idziemy. Stałem ostatni. Idąc do tyłu nagle straciłem grunt pod nogami i runąłem… Jak wskoczyłem z powrotem na podest, nie pamiętam, w każdym razie znalazłem się tam w mgnieniu oka i jak gdyby nigdy nic dołączyłem do reszty, mając nadzieję, że nikt niczego nie zauważył. Moja nadzieja moją tarczą, ale publiczność miała pewnie niezły ubaw.

Trochę mniej śmiesznie było, kiedy w roli Harmoniusza miałem za zadanie z trąbką w ręku, uciekając przed Gargamelem, przebić się przez kartonowy ekran. Robiłem to tak zwanym szczupakiem, rozwalałem ekran ręką i głową, leciałem w powietrzu, zwijałem ciało, robiłem przewrót na twardych dechach (ach, gdzie ta sprawność, gdzie ta brawura), a za mną wybuchała petarda. Tylko że raz pirotechnik się pospieszył i „za” zmieniło się w „pod”. Ogień buchnął wprost na moje spodnie, a że były z jakiegoś sztucznego tworzywa, czegoś w rodzaju nylonu, pod wpływem gorąca zaskwierczały, skurczyły się, powypalały i dzieciakom ukazał się nagle smerf Spaloniusz.

Śmieszne? No właśnie, jak dla kogo. Wszystko zależy od punktu widzenia. Wiem. Banał. Ale przynajmniej zdarzenia prawdziwe.

A przechodząc do sedna… Albo jeszcze nie. Skaczę tu sobie z tematu na temat, od jednego zdarzenia do drugiego, od jednej małej myśli do drugiej. Nie trzymam przesadnie dyscypliny, ale próbuję coś powiązać, połączyć, zbudować jakąś całość. Udaje się to mniej lub bardziej, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że ja takiego powiązania, takiej całości potrzebuję.

I tu będzie to sedno. Jak postrzegamy świat i jak potem próbujemy go opowiedzieć? Na scenie widać to bardzo wyraźnie. Otóż śmiem twierdzić, że na moich oczach wyrósł nowy gatunek człowieka. Od razu czynię zastrzeżenie, że nie chcę i nie oceniam tego faktu w kategoriach lepszy lub gorszy. Zwyczajnie – inny. Postrzegający świat wyrywkowo, fragmentarycznie. Kawałek tu, kawałek tam. I mogą to być zupełnie różne kawałki: tu symfonia, tam stacja kolejowa, tu szpagat, a tam lotniskowiec. Podczas gdy ja starałbym się wykonać jakąś figurę łączącą te fragmenty, nowy człowiek w ogóle tego nie potrzebuje. Nie potrzebuje nie dlatego, że to go odrzuca, że to powiedzmy niemożliwe – nie. Nie potrzebuje, bo w ogóle nie odczuwa potrzeby, żeby łączyć.

Znajduje to swoje odzwierciedlenie w przedstawieniach teatralnych. Cieszę się, kiedy nowy człowiek bierze na warsztat dramat, który ma początek, środek i koniec. Cieszę się, bo jeśli zdecyduje się nie naruszyć tego porządku, mam szansę coś zrozumieć mimo skoków w obrazach, zmieniających się co dwie minuty, niekonsekwentnych koncepcjach reżyserskich. Gorzej, kiedy fragmentaryczność jest opowiadana przez fragmentaryczność. Wtedy, przyznaję, nie rozumiem nic.

Ale jeszcze raz podkreślam, że nie opisuję tego, by oceniać, czy to dobre, czy to złe. Dla mnie inne i nie do pojęcia. Nie umiem tego pojąć.

Dla nowych ludzi, z tego co słyszę, całkiem normalne i zrozumiałe. Muszę im wierzyć na słowo. Bez zastrzeżeń. Nie dlatego, że nie trafiają do mnie ich argumenty, ale dlatego, że takich argumentów nigdy nie słyszałem. Może dlatego, że nie ma w takim opisywanym przeze mnie postrzeganiu świata żadnej potrzeby argumentacji. „Mówię, że tak jest, i to wystarczy. Ty możesz powiedzieć, że tak nie jest, i to też wystarczy. Nie ma sporu, bo niby o co”.

Ma to swoje konsekwencje. W życiu teatralnym choćby takie, że nie ma gruntu, na którym można wspólnie stanąć. Każdy na swojej wyspie i nikt nikogo nie zaprasza w odwiedziny. A nawet gdyby taki cud się zdarzył, to i tak nie byłoby miejsca. A to wyklucza jakikolwiek rzeczowy spór o przedstawienie. Można tylko coraz bardziej podnosić głos i rację zazwyczaj będzie miał ten, kto najgłośniej krzyczy.

Jest tu też niestety duże pole do nadużyć. „Nic nie rozumiem, więc uważam, że to wielkie” – to jeszcze pół biedy. Tak mówi często odbiorca i niech będzie, że to jego prawo. Gorzej jest, gdy twórca, który jest dawniejszej konstrukcji, ale chce pokazać, że jest nowym człowiekiem, bierze się za coś, żeby udowodnić. Prócz niezrozumienia mam wtedy jeszcze świadomość, że chce się mnie oszukać. I siedzę tak i patrzę…

I dziękuję za bardzo.

10-03-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: