AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Ostrożnie z młotem

 

Motto:
Ślepej wierze źle z oczu patrzy.
Stanisław Jerzy Lec

Przedziwne, niepokojące, wewnętrznie sprzeczne poglądy Fryderyka Nietzschego stały się wyjątkowo zagadkowym elementem współczesnej kultury europejskiej.

Jeszcze niedawno Leszek Kołakowski taktownie i z dużą dozą cierpliwości polemizował z tą powracającą modą na poglądy autora Tako rzecze Zaratustra, wskazując zagrożenia drzemiące w dezynwolturze intelektualnej Nietzschego.

Kołakowski po prostu sygnalizował niebezpieczeństwa wynikające z sytuacji, kiedy umysły proste i skłonne do działania potraktują serio koncepcję nadczłowieka, komunikat o śmierci Boga czy błyskotliwy zwrot: „Idziesz do kobiety, nie zapomnij bicza”.

Zapewne obwinianie Nietzschego o propagowanie faszyzmu to przesada, ale usprawiedliwianie pewnego typu radykalizmu i tworzenie sprzyjającego klimatu dla działań ostatecznych łatwo zamienia się w „czyn”.

„Mdła demokracja”, „mieszczański humanizm” nadal budzą niechęć w osobach poszukujących ujścia dla nadmiaru emocji i drzemiącej w nich agresji, resentymentu i poczucia krzywdy.

Wprawdzie przyzwolenie na sponiewieranie drugiego człowieka osobnik spragniony odwetu potrafi znaleźć wszędzie, nawet w Ewangelii, jednakże pewne teksty i uogólnienia sprzyjają postępkom niegodnym, podczas gdy inne – jak sądzę – mogą je powstrzymywać.

Mimo że słyszałem już (i to podczas kazania!), jak opowieść o miłosiernym Samarytaninie zamieniła się w żarliwy manifest antysemityzmu, nadal śmiem twierdzić, że ktoś, kto będzie trzymać się zasad: „Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”, „Kto w ciebie kamieniem, ty w niego chlebem”, „Mnie pomsta, ja oddam, mówi Pan”, ma nieco mniejsze szanse na krzywdzenie ludzi niż ktoś kierujący się moralnością panów, czyli rewolucyjną.

Rewolucyjną w tym sensie, że pozwalającą na ocenianie, a nawet pośpieszne skazanie i karanie drugiego człowieka za to, że jest odpadkiem historii, wiórem podczas rąbania drew, przeszkodą na drodze do świetlanej przyszłości, niewiernym, pomyłką ewolucji lub po prostu kibicem innej drużyny piłkarskiej.

„Czy pan w Gródku Jagiellońskim był?” – pytał wujaszek w monologu Edwarda Dziewońskiego. Po czym pytany dostawał w twarz niezależnie od odpowiedzi.

Powód zawsze da się znaleźć.

Tomasz Mann w Doktorze Faustusie bardzo wytrwale usiłował zrozumieć zło, które zalęgło się w kulturze niemieckiej w czasach hitleryzmu, i ustami doktora Serenusa Zeitbloma mówił, że nie należy służyć społeczności kosztem prawdy, bo na dłuższą metę krzywdzi się społeczność.

Nietzsche, filozofujący młotem filozof, nie najlepiej przysłużył się również teatrowi. Jego podział źródeł sztuki powielany w nieskończonej liczbie prac i rozważań humanistycznych, a wykorzystujący dwóch greckich bogów, Dionizosa i Apolla, jako patronów dwóch możliwych sposobów uprawiania sztuki, ciąży na nas do dnia dzisiejszego.

Trywializując – albo harmonia, jasność, doskonałość, spójność, ład i apollińskie piękno proporcji matematycznych, symetria (przez Nietzschego określana jako „estetyka głupców”), albo dionizyjski pęd do życia, płodności, twórczego przekraczania granic oraz nieco chaotyczne i orgiastyczne miotanie się („trzeba mieć w sobie chaos, aby zrodzić spadającą gwiazdę”).

Jak każda ostra i przejrzyście wyrażona dychotomia, podział ten pozostawia niewielkie pole dla innych bardzo ważnych i fundamentalnych dla sztuki pojęć.
A przecież istnieją i są bardzo istotne!
Aby pozostać w tradycji filologii klasycznej, wystarczy przyporządkować te pominięte wartości trzeciemu greckiemu bogu – Hermesowi.

Każdemu przeciętnie obytemu z grecką mitologią człowiekowi Hermes kojarzy się z frazą „Posłaniec bogów. Bóg kupców i złodziei”.

Jednak Hermes to przede wszystkim psychopomp i kombinator. Psychopomp to ten, kto przeprowadza dusze do innego świata. Łączy zaświaty ze światem. „Hermes przeszedł” – mówiono w starożytnej Grecji, kiedy nagle ludzie zgromadzeni w jednym miejscu odczuwali wspólnie jakieś chwilowe drżenie, ogarniało ich poczucie – jak by powiedział Witkacy – metafizycznej dziwności.

Czy jakiekolwiek dzieło sztuki, jakikolwiek spektakl teatralny wywołujący w uczestnikach zdarzenia ten rodzaj uczucia może być uznany za bezwartościowy? Sądzę, że wręcz przeciwnie, że obecnie w rankingu uczuć, które wywołuje sztuka, momenty metafizycznej dziwności stoją bardzo wysoko. Nie orgiastycznego uniesienia przynależnego dionizjom, tylko właśnie głębokiego i krótkotrwałego zdumienia paradoksalnością i nieuchwytnością bytu.

A zdolność do kombinacji? Rodzaj zachwycającego oszustwa, cudu w teatrze, magiczności, wprowadzającego nas w błąd efektownego popisu? Zdarzenia jednocześnie odsłaniającego niewidoczny początkowo sekret i dającego pokaz umiejętności? Choćby demonstracja sztuki aktorskiej polegającej nie tylko na gładkim i prawidłowym podaniu tekstu i nie tylko na pełnej – przepraszam za wyrażenie – „bebechowatości”. Przykłady – Łomnicki grający Arturo Ui. Gajos grający rolę Bacha. Tyniec grający głupca na kolacji.

Błyskotliwa, efektowna, złodziejska sztuczka?

Radość czerpana z zaskoczenia metaforą teatralną, sztucznością sięgającą do istoty prawdziwego kłamstwa? Wdzięk paradoksu, wdzięk Hermesa, młodzieńczego bożka ze skrzydełkami u nóg.

Apollińskie wartości bywają nudne, dionizyjskie bywają odrażające. A herm… no właśnie, jakie? Nie hermeneutyczne przecie, bo to całkiem inna para kaloszy. Hermesyjskie? Hermesowe?
Wydają się mieć pewną siłę. Są uwodzicielskie, choć nieuchwytne.

Znacznie mądrzej i znacznie wnikliwiej piszą o tych problemach prawdziwi filozofowie, jak na przykład profesor Iwona Lorenc w swojej znakomitej książce Minima aesthetica, ale język tych studiów dla praktyków życia teatralnego bywa dość hermetyczny. (Heidegger napisałby herm-etyczny i byłoby tak głęboko jak w studni artezyjskiej).

Praktyk, czytając Heideggera, Lyotarda, Derridę, Levinasa, Ricoeura, Gadamera i innych równie ważnych myślicieli, ma (sądzę wyłącznie po sobie, nie po znakomitej autorce dramatów i teoretyczce Annie Burzyńskiej i nie po wybitnym teoretyku i dramaturgu Tomaszu Kubikowskim) poczucie lekkiego dyskomfortu i zagubienia. Z drugiej strony zdaje sobie sprawę, że na estetyce Paulo Coelho czy na podręczniku Syda Fielda daleko nie zajedzie. Szuka więc jakiegoś trwalszego fundamentu, jakiegoś w miarę sensownego światopoglądu, który wspierałby jego twórczość. Zwłaszcza jeśli pamięta książkę Gombrowicz filozof i poważnie traktuje to, co chce powiedzieć jako autor.

I wtedy łatwo ulec urokowi Nietzschego. Co dziwniejsze, ani jego panpoetycka retoryka, ani widoczna jak na dłoni naiwność, ani groteskowy antyfeminizm nie są słabością, a siłą wzmacniającą oddziaływanie tego myśliciela.
Podoba się, bo rąbie prosto z mostu i wali jak młotem.

Jednak spragnionym inspiracji bardziej wyrafinowanej, poszukującym wykładni światopoglądu „hermesyjskiego”, a jednocześnie przyswajalnego, jako wakacyjną lekturę polecałbym raczej Myśli nieuczesane Stanisława Jerzego Leca.

17-09-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: