AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Skandal

 

Pierwszy felieton, który opublikowałem na tym wortalu, poświęciłem Teatrowi Telewizji. Nosił tytuł Nekrolog. Trochę mnie przygnębił fakt, że znaczek „lubię to” kliknęły przy nim zaledwie trzy osoby, bo w moim odczuciu był to wyraz najgłębszego egzystencjalnego bólu po utracie ukochanej formuły artystycznej, formuły, która jest unikalna i wyjątkowo pojemna.

A że biedna? Będę się upierał, że najzdrowsze i najlepsze są kuchnie narodów biednych, a najlepsza sztuka to sztuka, która działa w ograniczeniu – wymuszonym lub zaplanowanym.

Jest takie piękne rosyjskie określenie „iz żyru biesitsia”, którego właściwie nie da się dobrze przetłumaczyć na polski („Biesi się od najedzenia”? „Wścieka się, bo się nażarł”? „Za dobrze mu, to szaleje”?), które coraz częściej pasuje mi do dzieł i programów artystycznych pojawiających się na rynku.

Wiadomość o reaktywowaniu redakcji Teatru Telewizji (nie śmiem sądzić, że również z powodu publikacji mojego Nekrologu) przyjąłem więc z nadzieją, mimo sygnałów, że reaktywacja trochę pozorna, bo zdaje się, że pieniędzy na produkcję nowych spektakli jak nie było, tak nie ma.

Z drugiej bowiem strony jest przecież jakieś minimum, po przekroczeniu którego nie można nic upichcić, nawet jeśli jest się bardzo pomysłowym kucharzem. „Ani cebulki, ani w co wkroić” – jak mówiła moja Babcia.

Wróćmy jednak do programów artystycznych, z którymi chciałbym nieśmiało trochę się pospierać. Wybitny i znakomity niemiecki reżyser, kompozytor, pedagog, Heiner Goebbels napisał ostatnio niezwykle ciekawy i inspirujący tekst 9 tez o reżyserii – badacz czy rzemieślnik. Sposób, w jaki łączy w tych tezach swoją teorię estetyczną z pomysłami na formowanie teatru przyszłości, wzbudza mój najwyższy podziw i odrobinę lęku zarazem.

Najpierw wytrąca „rzemieślnikom” i zwolennikom tradycyjnie rozumianego „rzemiosła” broń z ręki słusznym i mądrym sformułowaniem: „Każdy rodzaj warsztatu jest podszyty ideologią”.

Prawda. Tylko że każda rezygnacja z warsztatu też jest podszyta ideologią i zaraz pojawia się odrobinę kłopotliwe pytanie: Która ideologia jest wyrazem większego szacunku do człowieka? Czy ta, która elementy „czysto rzemieślnicze” ma w pogardzie, czy ta, która uwzględnia jakiegoś bardzo konkretnego człowieka, człowieka, który nie usłyszał, co do niego mówią, którego rozbolała głowa od szarpiących nerwy infradźwięków i który wyszedł ze spektaklu znudzony i zmęczony, przysięgając sobie, że nigdy więcej do teatru nie wróci?

Le Corbusier, którego tylko wojna uratowała od procesu sądowego z właścicielami zaprojektowanego przez niego nienadającego się do mieszkania domu (słynnej willi pokazywanej w wielu podręcznikach architektury), był, jak wiadomo, twórcą tzw. modulora, czyli wzoru człowieka składającego się z wielu wyrysowanych owali i elips, tak podobnego do realnej istoty jak Robocop do mnie. Architektura modernizmu na usługach rozmaitych ideologii (Le Corbusier stojąc na czele komisji budownictwa narodowego w rządzie Vichy, chciał zburzyć w całości tradycyjną zabudowę Algieru) przyczyniła się do wielu nieszczęść, ignorując wszystko, co nie było prostacko funkcjonalne i zgodne z odgórnym planem.

Modernistyczne ciągoty do uszczęśliwienia ludzi przy jednoczesnym odrzucaniu ich dość oczywistych, zakorzenionych w biologii organicznych potrzeb niosą w sobie cechy silnie totalitarne.

Także artysta, który pragnie swój przekaz zuniwersalizować i zrewolucjonizować, odrzucając tradycyjne elementy wypracowane przez poprzednie pokolenia, może oczywiście odnieść sukces, ale pytania o cenę zapłaconą przez jego (Ba! Właśnie kogo? Klientów? Odbiorców? Widzów? Słuchaczy? Pacjentów? Obserwatorów? Podwładnych?), powiedzmy, „partnerów w dialogu” nie pozostają bez znaczenia.

„Musimy sobie pozwolić na luksus artystycznych poszukiwań” – pisze Heiner Goebbels. Oczywiście, że sobie musimy pozwolić na luksus takowych poszukiwań, ale pytanie o końcowy cel tych poszukiwań nie jest pozbawione sensu. Technika poszerzania pola eksploracji zwykle sprzyja myśleniu twórczemu, ale drugim elementem, po tzw. rozszerzeniu mutacji, jest selekcja.

Dla Goebbelsa „prawdziwym dramatem” jest fakt, że wydawcy dramatów nadal drukują sztuki z postaciami i obsadą. Nie bardzo rozumiem, gdzie tu jest dramat. Jeśli Goethe albo Szekspir wymyślili, że to mówi Hamlet, a tamto Mefistofeles, to dlaczego współczesny autor nie ma prawa napisać utworu, w którym jedno mówi Goebbels, a drugie Sophia Loren. Niech już tam sobie ostatecznie reżyser dalej ustala płeć i wiek postaci, zamienia, łączy, rozdziela na głosy, ale przecie autor dramatu to też artysta swobodny i ma dla niego pewne znaczenie, czy wyobraża sobie, że to mówi oczko w pończosze, a tamto Malina Prześluga.

„Teatr nie potrzebuje wizjonerów. Nieważne co się dzieje na scenie. Nieważne nawet co się na niej wystawia. Ważne jest, co ukryte i co publiczność może odkryć na własną rękę”. W tym sformułowaniu pojawia się bardzo silna wiara, że komunikat pozawerbalny w teatrze jest ważniejszy niż ten, który otrzymujemy przy pomocy słów. Mnie się ten pogląd też bardzo podoba, co więcej – sam zawsze mam nadzieję, że publiczność odkryje na własną rękę to, co ukryłem w przedstawieniu. Tylko że słowa służą również do ukrywania myśli, o czym wielu niegłupich ludzi piszących dla sceny przez ostatnie cztery tysiące lat w rozmaitych językach dobrze wiedziało.

Wylanie tego dość interesującego, przez cztery tysiące lat gadającego dziecka wraz z performatywną kąpielą wydaje mi się zachowaniem zbyt pośpiesznym.

Irytuje się także Goebbels na często wypowiadaną przez jego oponentów kwestię: „To świetna historia”. Teatr może oczywiście znacznie więcej niż tylko opowiadać historię, ale Pan Cogito Zbigniewa Herberta mówiąc: „Powtarzaj stare zaklęcia ludzkości, bajki i legendy”, ma również swoje dobrze uzasadnione racje.

Heiner Goebbels jest artystą niezwykłym i jego poglądy, tak jak poglądy wszystkich wielkich artystów teatru: Stanisławskiego i Brechta, Grotowskiego i Grzegorzewskiego, Wyspiańskiego i Wagnera, mogą być inspirujące i zmuszać do myślenia.

Równocześnie jeżeli zgodzimy się (a trochę wygląda na to, że tego chce Goebbels), aby postawa wnikliwego badacza, który działa przy pomocy zaskoczeń, transgresji, kreowania „obecności” i „intensywności”, zastąpiła  całkowicie postawę rzemieślnika wyczulonego na ironię, dystans i dialog z przeszłością, również przy pomocy interpretowanych słów, rzemieślnika, dla którego tradycja może stanowić rodzaj trampoliny – to sądzę, że jednak coś stracimy.

Utarło się od mniej więcej stu lat, że miejsce artystów jest na lewicy, a rewolucja, transgresja i skandal oraz odrzucanie dorobku przeszłości to niejako jedyny stan, który przynależy postawie świadomego, zbuntowanego artysty. Przeklęci burżuje, zadowoleni z siebie mieszczanie nie rozumieją, że wszystko co było, jest passé, a liczy się tylko to, co jest obecnie.

Szarganie świętości prawie automatycznie przenosi nas do grona twórców rozumiejących więcej, schlebianie gustom tzw. szerokiej widowni to obciach i żenada. Mijający czas nie jest jednak łaskawy dla tak prosto i klarownie ustalonych podziałów.

Mało widziałem równie paskudnych obrazków jak postępowe „picassy” wymalowane na ścianie baru w pewnej niewielkiej miejscowości, a było to w latach 70., jeszcze za życia malarza. 

Ostatnio raz po raz ktoś „wyrabia sobie nazwisko”, stosując chwyty tak banalne i wtórne, tak epigońskie, że aż dziw bierze, jakim cudem szanujący krytycy dają się na to nabierać.

Bolesne zjawisko – epigońska awangarda.
Silenie się na oryginalność jeśli nie mamy w sobie takiej potrzeby, sprawia wrażenie dość żałosne.

„Wie pan – powiedział do mnie wiele lat temu dyrektor Zygmunt Hübner – zauważyłem, że niektórzy moi koledzy uznali, że teraz podobają się sztuki, których oni nie rozumieją, więc takie należy robić”. Po czym dodał bardzo smutno: „Starego psa trudno nauczyć nowych sztuczek”.

Nie wiem, dlaczego wszystkie te myśli nasunęły mi się w związku z tezami Heinera Goebbelsa, artysty niezwykłego, wcale nie skandalizującego, który zmierza do twórczej odnowy teatru w Niemczech poprzez publikację swoich dziewięciu tez, a którego Krajobraz z dalekimi krewnymi  bardzo mi się podobał.

Może dlatego, że autor – stawiając swoje tezy – zakłada, że droga, jaką obrał, jest jedyną właściwą i że poza tak pojmowanym teatrem performatywnym nie ma innej. Koniec z teatrem repertuarowym, koniec z opowiadaniem na scenie historii… Właśnie. Trochę tak, jakbyśmy wszystkim kazali być „Picassami”.

Nic na to nie poradzę, że mój ulubiony okrzyk to okrzyk, który wydaje z siebie Maksudow, alter ego i bohater Powieści teatralnej Michaiła Bułhakowa, udręczony próbami jego sztuki w teatrze Iwana Wasiliewcza (czyli K.I. Stanisławskiego): „W ogóle… żadnych teorii!”. Oraz zdanie: „Nie miałem żadnych wątpliwości, że ta teoria jest genialna, ale najwidoczniej moja sztuka do niej nie pasowała”. 

8-11-2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany j.m
    j.m 2015-08-02   23:41:34
    Cytuj

    I owszem, utarło się może, że artysta jest od lat stu, raczej lewicowcem - jednak dziś, ja nic "lewicowego" nie widzę w sztuce, która lansując modne tezy odwraca się od człowieka - a tak się utarło - a lansowanie kontrowersji, wypływanie na skandalach, czy odwracanie się od widza z uporem maniaka, nie oznacza nic 'społecznie zorientowanego'. "Artyści", którzy taką sztukę uprawiają, określają się 'lewicowo zorientowanymi' tylko dlatego, że krytykują ich (ze zrozumiałych względów) środowiska prawicowe. Uważam,(jako lewicowiec, zresztą) że obecnie w środowisku artystów i krytyków (zwłaszcza młodych) panuje dyletanctwo i hołdowanie 'neoepigonom' i retroawangardzie, która mając pretensję do nowości, jest spleśniała - bo i jej idee, to przede wszystkim jednak, brak programu, brak przesłania, konformizm i merkantylizm, a co za tym idzie, porażający brak odpowiedzialności społecznej za stan kultury. Na szczęście, głosów sprzeciwu jest coraz więcej - I owszem, modernizm miał swoje niezaprzeczalne wady, ale artysta, któremu wydaje się, że burzy wielkie budowle modernizmu, udaje się co najwyżej, kopać butem jakieś małe kioski, po czym nerwowo rozglądać się, czy już na miejsce dotarła telewizja.

  • Użytkownik niezalogowany j.m
    j.m 2015-08-02   22:50:59
    Cytuj

    a to się dzieje nie tylko w teatrze. Neoepigonizm, retro-awangarda, i poczucie, że tezy postmodernistów są czymś, na czym można cokolwiek zbudować. A społeczeństwo coraz bardziej odwraca się plecami.

  • Użytkownik niezalogowany e.bloom k.
    e.bloom k. 2013-11-10   12:54:16
    Cytuj

    ja się zgadzam - autor porusza wiela ważnych dla teatru , a bardziej może dla widza - odbiorcy, kwestii. W tekście jednak nie padło magiczne słowio - klucz jakim jest INSCENIZACJA. Niewłaściwie używany język sztuk wizualnych ( instalacja, wideo, performance itd, itp ) często jest protezą scenicznego przekazu , a czasem ma pokryć błędy w sztuce reżysera i aktorów. W zamyśle inscenizatorów tzw "pomysły" formalne nadają realizacji tą nowatorską formę. Język sztuk wizualnych to ważna forma scenicznej narracji. Jednak reżyser, który ma ambicję bycia też scenografem to często osoba, której ani nie czuje ani nie rozumie formy wizualnej i jej znaczenia.Brakuje też studiowania formy wizualnej. Zatem posługuje się nią jak przywołany w tekście p, Woktyszki "dekorator od pikassów" - wie , że coś jest na rzeczy, ale miesza to ze sobą w sposób dyletancki.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2013-11-09   12:09:16
    Cytuj

    "Utarło się od mniej więcej stu lat, że miejsce artystów jest na lewicy, a rewolucja, transgresja i skandal oraz odrzucanie dorobku przeszłości to niejako jedyny stan, który przynależy postawie świadomego, zbuntowanego artysty..." Ponieważ ta rewolucja już się dokonała (ale "wojna kultur" trwa), to dziś miejsce artysty jest po stronie widowni, żeby nie powiedzieć harmonii przeciwko chaosowi. Lewica się skompromitowała - i kompromituje nieustannie - więc miejsce człowieka jest gdzie indziej.