AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

K/215: Cenzura

#chybanieja, mat. Festiwalu Nowe Epifanie  

1. Rzeszów – miasto wolności
W sprawie operacyjnej pod kryptonimem „Rzeszów – miasto wolności” od samego początku niewłaściwie zdefiniowano ciemiężyciela teatru boleśnie zaangażowanego. Kwestia zatrzymania premiery Pawła Passiniego i Artura Pałygi #chybanieja tak naprawdę – i tu was zaskoczę – nie obciąża ani konta kurii, ani prezydenta Ferenca. Jedyną odpowiedzialność za gest cenzorski ponosi dyrekcja Maski – Monika Szela i Jacek Popławski. I trzeba to wyraźnie powiedzieć, zamiast rzucać gromy na obłudę Kościoła Katolickiego, powrót cenzury i kunktatorstwo ponoć lewicowego włodarza stolicy Podkarpacia. Zastanówmy się raczej, dlaczego szefostwo teatru nie zdało egzaminu w krytycznym momencie. I czemu to właśnie Szeli i Popławskiego powinny dotyczyć apele i potępienia Gildii Reżyserek i Reżyserów Polskich oraz Unii Dyrektorów Teatrów.   

W Polsce AD 2019 nie ma szalejącej cenzury, są tylko ludzie, którzy z różnych powodów się boją. Boją się, że stracą pracę, że sponsor będzie niezadowolony, że organizator wezwie na dywanik, że brzydko o nich napisze część konserwatywnych lub nacjonalistycznych mediów. I tyle. Wedle mojej wiedzy nie istnieje żadna ustawa czy przepis pozwalający z urzędu na prewencyjne zatrzymanie dzieła, zwłaszcza w trakcie powstawania. Nawet zamiar popełnienia przestępstwa nie jest jeszcze przestępstwem. Nie ma czegoś takiego jak „myślozbrodnia”. Gdyby było – żylibyśmy w państwie totalitarnym i to na długo przed erą PiS-u.

Zakaz grania kontrowersyjnego scenicznego tytułu, który godzi w wartości, prowokuje do waśni narodowościowych i religijnych, obraża i szczuje, może wydać nie organizator, pracodawca dyrekcji i organ finansujący bieżącą działalność teatru, tylko polski sąd po rozpatrzeniu zasadności wniosku prokuratorskiego i opinii biegłych. Przerabialiśmy te kwestie z okazji Klątwy w Powszechnym. No i musi, do cholery, takie dzieło powstać! Mieć premierę, widzów, recenzje. A o tym, czy powstanie, czy dojdzie do premiery, decyduje nie prezydent czy biskup, dziennikarz, rzecznik, choć pewnie by chcieli, ale dyrektor teatru.

To dyrektor może odwołać premierę z dziesiątków powodów – pod pretekstem niedotrzymania warunków wstępnych przez realizatorów, z powodu niezadowalającego przebiegu prób, obaw o ostateczny kształt artystyczny, buntu aktorów, etc, etc... Dyrektor może nawet zdjąć tytuł mówiąc po prostu: „A bo mi się koncepcja sezonu zmieniła”, i jeśli tylko zapłaci poszkodowanym artystom, generalnie nie ma sprawy, jest w prawie. Tak są konstruowane umowy i na tym polega jego funkcja w placówce. Sęk w tym, że dyrektor przez sam fakt swojego dyrektorowania bierze na siebie całą odpowiedzialność za końcowy efekt prób lub ich brak. Jego jest decyzja o niedopuszczeniu do premiery, tak samo jak jego była decyzja o tym tytule i tych realizatorach. Więc wkurza mnie pomstowanie Passiniego, Pałygi i dziennikarzy na lokalną władzę i lokalnych hierarchów, podczas gdy dyrektorzy Szela i Popławski umywają ręce i schodzą z linii strzału. A przecież tylko oni mogą formalnie zdjąć spektakl z repertuaru, pozbyć się zawczasu niewygodnej premiery. Nikt inny.

Tymczasem, jak donoszą prasa i Passini, Jacek Popławski zakomunikował w zeszły czwartek zespołowi hiobową wieść o tym, że prezydent Ferenc przerywa próby, spektaklu nie będzie, bo interweniowała kuria. I od tego momentu właściwie na temat Jacka Popławskiego zapada cisza. Znika ze sprawy, znika z instytucji. A przecież to nie prezydent prowadzi Teatr Maska, tylko on. A jeśli nie on, bo jest dyrektorem artystycznym, to dyrektor naczelna Monika Szela. Czyli pani Monika Szela zlikwidowała premierę, po czym błyskawicznie poszła na urlop, żeby nie odpowiadać na trudne pytania. Uniknąć odpowiedzialności. Udało się, według relacji lokalnych dziennikarzy i opinii na przykład Witka Mrozka w „Gazecie Wyborczej” jest niewinna, odium cenzorskie spada wyłącznie na Ferenca i kurię.

Hola! Urzędnicy mają prawo do formułowania różnych stanowisk, wyrażania obaw, nawet krytyki dotyczącej drogi, którą zmierza podległa im placówka, ale tylko tyle. Po to są urzędnikami od kultury, czyli także organem kontrolnym, żeby wywierać naciski, podpowiadać dyrekcji, co trzeba robić, żeby organizator był zadowolony. I już. Naciski to jeszcze nie cenzura. Prośby i namowy – także nie. Cenzura, a raczej autocenzura zaczyna się w Polsce wtedy, kiedy zatrudniony przez organizatora dyrektor rezygnuje z własnej autonomii i bierze naciski za polecenia i decyzje. Przypomnę: szefem Teatru Maska nie jest prezydent Ferenc, ale Monika Szela i w drugiej kolejności – Jacek Popławski. Ferenc tylko wynajął ich na określony czas pracy, na misję, żeby w imieniu władz lokalnych i dla miast prowadzili teatr. Nie wiem, jak wyglądają umowy Szeli i Popławskiego, ale chyba nie ma tam listy konkretnych tytułów do realizacji i zakazu zatrudniania takich, a nie innych twórców, tym bardziej wyliczenia niewygodnych tematów.

Przecież to się nie zmieniło: obowiązkiem dyrektora teatru jest obrona wybranych i zatrudnionych przez niego artystów przed naciskiem sił zewnętrznych (urzędników, organizacji religijnych, partii politycznych, mediów, grup widzowskich), zapewnienie im komfortu pracy. Dyrektor jest jak lekarz pierwszego kontaktu, akuszer i parawan. Dyrektor buforuje. Izoluje artystę do czasu premiery. Do tego momentu tylko on jest widzem, kontrolerem i sparingpartnerem w dyskusjach o spektaklu. Przyjęło się to, zwłaszcza po krachu instytucji kierownika literackiego. Dyrektor może zadawać pytania, kręcić nosem, żądać poprawek, pogrzebać przy montażu spektaklu. Zamówił dzieło na określony temat, zgodził się na założenia wstępne, więc teraz dogląda roboty. Chce takiego, a nie innego efektu. On i tylko on odbiera gotowy spektakl.

Takie mamy prawa i obyczaje w polskim teatrze. Dlatego dyrektor zarabia więcej niż ktokolwiek w placówce, dlatego podejmuje niewygodne lub słuszne decyzje jednoosobowo. I ponosi za nie odpowiedzialność cywilną i karną. Nagradzamy go potem, mówiąc o teatrze Iksińskiego, kadencji Igreka, autorskim stemplu Zeta.

W Rzeszowie ten dobrze przez lata funkcjonujący model postawiono na głowie: w sytuacji granicznej część dyrekcji uciekła, część przyznała się do niesamodzielności w podejmowaniu decyzji o tym, co dzieje się w instytucji, którą niby kieruje. W tej chwili wychodzi na to, że Teatrem Maska kieruje de facto nawet nie prezydent Ferenc, tylko jego rzecznik prasowy, pan Maciej Chłodnicki. Ferenc milczy, mówią póki co tylko usta Saurona. Popatrzcie na to, jak na bardzo niskim szczeblu odbywa się ta komunikacja z artystami! Nie bez przyczyny swego czasu jedną z większych obelg wobec człowieka było zawołanie: ech, ty rzeczniku...

Moim zdaniem nie ma prawnej i fizycznej możliwości wstrzymania tak samo prób, jak i eksploatacji spektaklu przez samego organizatora, a nie dyrekcję teatru. Bo co może organizator? Wstrzymają przelew na czynsz i gaz, pensje pracownicze? Wyśle Straż Miejską na scenę? Odholuje auto Artura Pałygi? Odstąpi teatr marszałkowi? W rzeczywistości nad Maską nie wisi żadne widmo cenzora. Jest tylko, nawet niewyartykułowana publicznie, groźba nieprzedłużenia umowy dyrekcji, co najwyżej widmo dyscyplinarki. Warto dla czegoś tak marnego zgadzać się na utratę dobrego dyrektorskiego imienia w środowisku? Owszem, można łazić po mediach i salonach i płakać, jak to zła władza i wstrętna kuria osądziły zawczasu, skazały i ukarały, ale przecież to będzie nieprawda. Dyrekcja Maski ocenzurowała się sama.
 
Monika Szela i Jacek Popławski nie zdali tego egzaminu z dyrektorskiej niezależności, co dyskwalifikuje ich na przyszłość jako kierowników jakichkolwiek placówek artystycznych. To znaczy dyskwalifikuje ich z naszego punktu widzenia. Każda władza lokalna byłaby bowiem tak uległymi dyrektorami zachwycona. Bo ich strach o stanowisko, brak kręgosłupa moralnego i odwagi cywilnej będzie można jeszcze nie raz wykorzystać.

Nie oburzajmy się na Kościół czy ludzi prezydenta. Skoro mogli, to zadziałali. Gdybym miał taką władzę jak Ferenc nad jakąkolwiek sceną, też pewnie by mnie kusiło, żeby zasugerować, by nie grano na niej jakiegoś koszmarnego moim zdaniem spektaklu. Mógłbym próbować zakulisowych nacisków. Byłoby to wredne, ale generalnie mniej szkodliwe niż postępowanie dyrektora, którego ostatecznie namówiłbym na ten krok. Problem nie tkwi w tym, który naciska, lecz w tym, który naciskom ulega. Dlatego żal mi Passiniego i Pałygi, ale nie szefów teatru, których uważam za czarnych bohaterów tej awantury, łamiących dobre obyczaje i niezależność polskich scen.

Boże, przecież nawet jak Michał Merczyński i Jan Klata odwoływali odpowiednio pokazy Golgota Picnic na Malcie i krakowską premierę Nie-Boskiej komedii. Szczątków Olivera Frljicia, robili to na własne konto, mówili, że to jest ich odpowiedzialna, przemyślana decyzja, bo będą w pierwszym przypadku uliczne zamieszki, w drugim – spektakl skłóci zespół. Przypomnijmy – w Rzeszowie Monika Szela milczy, pojechała na urlop, Jacek Popławski przekazał zespołowi decyzję prezydenta. Sprawa załatwiona?

Jakoś mnie to w kontekście rzeszowskim i szczególnie Maski nie dziwi. Podkarpackie to krajowy lider testowania rozwiązań użytecznych. Parę dobrych lat temu nowy pisowski marszałek odwołał pod wątpliwym pretekstem Remigiusza Cabana, dyrektora Siemaszkowej, już po decyzji o przedłużeniu mu kadencji przez jego poprzednika. Słabo albo wcale wtedy nie protestowaliśmy, bo Caban nie był z progresywnego i środowiskowego rozdania. Potem wybuchła pierwsza afera z Maską. Szefem artystycznym lalkowego teatru był wtedy Jerzy Jan Połoński, naczelną oczywiście Monika Szela. Maska służyła jako zaplecze księgowe i logistyczne dla wymyślonego i prowadzonego przez Anetę Adamską z offowego Teatru Przedmieście festiwalu Źródła Pamięci. Maska była oficjalnie współorganizatorem, ale wszyscy wiedzieli, że za ideę, program i gości odpowiada Adamska. I nagle robi się skandal – okazuje się, że Maska chce wymanewrować pomysłodawczynię cenionego przeglądu, przejąć patronów, termin, środki. Sama składa wnioski do Ministerstwa, Jerzy Jan Połoński wskazuje, że chce budować festiwal we współpracy z Pawłem Passinim. Maska używa nazwiska reżysera w kontekście tej afery, bo to może być nowy kurator Źródeł Pamięci, wyreżyseruje coś, poprowadzi warsztaty. Obrona Adamskiej i piętnowanie machinacji Maski odniosły skutek. Miasto pogodziło teatr lalkowy z offowym, kontynuowano współpracę na zasadach partnerskich, Połoński – kozioł ofiarny(?) – odszedł, widmo wrogiego przejęcia zostało zażegnane. Choć nieufność wobec instytucji pozostała, przynajmniej we mnie. Teraz, kiedy czytam, że pracujący w Rzeszowie od półtora miesiąca Pałyga, Passini i Moński nie mają podpisanych umów, że wszystko odbyło się na gębę, podejrzewam od początku złą wolę części dyrekcji. Jak to jest możliwe, że łamie się lub nagina prawo pracownicze? Że poważna miejska instytucja zatrudnia de facto na czarno grupę artystów, a teraz będzie się antydatować umowy lub wszystko skończy się w sądzie pracy?

Jest jeszcze jedna możliwość – może nie mamy do czynienia z działaniami cenzorskimi, tylko zwyczajnym konfliktem między dyrektorami? Jacek Popławski kontraktuje reżysera na spektakl, którego idea od razu nie podoba się Monice Szeli, bo pani dyrektor jest stąd, wie, jak zostanie przyjęta premiera, dlatego od początku kontestuje projekt, opóźnia podpisanie umów, zostawia sobie furtkę na niepłacenie, licząc się z taką, a ni inną reakcją lokalnych władz. Odium błędu spada na Popławskiego, Szela może opowiadać: ja się w to nie chciałam mieszać, od początku sabotowałam ten szalony, obrazoburczy projekt. Tak, smutne, że koszty tych wewnątrzteatralnych gierek ponoszą potem artyści.

Można się zastanawiać, czy Popławski, zapraszając Passiniego i Pałygę, grał ponad stan? Czemu akurat spektakl o pedofilii w Masce, w Rzeszowie? Naprawdę w tym miejscu trzeba było zacząć taką rozmowę? Czyli najpierw była odwaga, a potem jej zabrakło? Przypuszczam, że Jacek Popławski należy do tej nowej generacji dyrektorów teatrów lalkowych, którym ból sprawia szefowanie scenie dla dzieci i młodzieży, nie szanują takiego repertuaru, szukają dorosłego widza, marzą o poprowadzeniu „poważnego” teatru. Pozycjonują więc teatr tak, by pisał o nim nie tylko branżowy magazyn lalkarstwa i szkolne gazetki ścienne, ale Witek Mrozek i Michał Centkowski. Bądźmy widoczni, nowocześni, kontrowersyjni. I idą w tę stronę, choć pewnie ani widza, ani przekonania w zespole nie ma, że to słuszna droga. Takie przynajmniej miałem wrażenie po grzecznym skądinąd Romeo i Julii Bogusława Kierca: zdezorientowana młodzież na widowni, a aktorzy zagubieni hermetycznością konceptu reżyserskiego. Popławski zapewne uznał, że w trzecim sezonie więcej mu wolno, może zaryzykować, zbić kapitał nie w Rzeszowie, a w całym kraju. Pewnym precedensem mogły być losy projektu Lwów nie oddamy Katarzyny Szyngiery, odważnej i odnoszącej festiwalowe sukcesy produkcji Teatru im. Siemaszkowej, firmowanej przez dyrektora Jana Nowarę. Myślę, że gdyby nie parasol ochronny dobrze postrzeganego przez PiS dyrektora, taki rewizjonistyczny spektakl w Rzeszowie nie byłby możliwy. Nowara wkupił się w łaski prawicowych widzów i decydentów realizacją hagiograficznego widowiska o ks. Popiełuszce. Zarzucić mu zdrady i jątrzenia nie sposób. Może Popławski chciał sprawdzić, czy też mu wolno? I wtedy cios przyszedł nie ze strony PiS-u, tylko lewicowego Ferenca. Popławski zapomniał, że w prowincjonalnych ośrodkach etykiety partyjne mają znaczenie drugorzędne. Wszyscy dogadują się z Kościołem i między sobą.   
 
I jeszcze o dwóch perwersjach związanych z rzeszowską aferą. Pierwsza to argument podniesiony przez rzecznika prezydenta, że zatrzymują spektakl nie tylko z powodu podjęcia tematu pedofilii w Kościele, ale także dlatego, że osoby pochodzenia żydowskiego mogą poczuć się obrażone. Jezu Chryste, a Ormianie nie? A kościół asyryjski? Czemu o nich nie upomniał się pan Maciej Chłodnicki?

Serio, znacie jakieś interwencje gminy żydowskiej dotyczące spraw religijnych poruszonych na scenie? Bo ja nie. Gmina reaguje co najwyżej wtedy, gdy pojawia się akcent antysemicki w przestrzeni publicznej. Nie ma w Polsce antysemickich spektakli. Tymczasem pan rzecznik posunął się nawet do stwierdzenia, że przedstawienie w Masce mogło mieć wydźwięk antysemicki. Naprawdę? Spektakl Passiniego miałby taki być? To tak jakby zarzucić antysemityzm Woody Allenowi.

I perwersja druga. Z punktu widzenia uważnych obserwatorów życia teatralnego zerwanie przez świecki urząd z powodów religijnych prób do spektaklu zamówionego przez festiwal Nowe Epifanie, programowanego przez światłych katolików i konserwatystów, jest czymś niebywałym. Ferenc zaszedł Dobrowolskiego i Klynstrę z prawej, godnościowej strony. I okazuje się, że nie wystarczy być oczkiem w głowie Wandy Zwinogrodzkiej, nie wystarczy zamawianie spektakli wyłącznie u sprawdzonych na poprzednich edycjach, taktownych twórców metafizycznych, jak najdalszych od jakichkolwiek herezji prowokacji jak Paweł Passini, by narazić się – i to oficjalnie ze strony lewicowego prezydenta! – na zarzut obrażania uczuć religijnych.

Rozumiem, że to, co się stało wokół premiery #chybanieja, jest ciosem dla Passiniego i jego zespołu. Zdesperowani artyści próbują ratować spektakl, zakontraktowaną i opłaconą wizytę na warszawskim festiwalu, ale w tej desperacji sugerują niebezpieczne precedensy: „Wszyscy byśmy chcieli, by ta wojna się skończyła. Wystarczy, żeby ktoś z ratusza się z nami skontaktował, przyszedł, zobaczył, jak pracujemy, i dopiero wtedy wydał decyzję” – mówi cytowany w artykule Mateusza Chmiela Artur Pałyga. Nie wierzę, że to Artur powiedział. Naprawdę, Artur, chcesz, żeby to była praktyka teatralna? Wizyty kontrolne urzędników, czy wszystko idzie dobrze? Kto miałby wam mówić, że jest OK, że nikogo nie obrażacie? Pan rzecznik, księgowa z ratusza czy pani od PR? Czy sam prezydent powinien was poklepać po ramieniu, czy raczej wystarczą urzędnicy niskiego szczebla?

I jeszcze raz zacytujmy – w celach polemicznych – Pawła Passiniego z drugiej ręki: „Kasowanie go (spektaklu) przed premierą jest po prostu nieuczciwe. Powinno to działać na takiej zasadzie, żeby wcześniej, zanim aktorzy nie będą mieli możliwości pojawienia się na próbach, znalazł się ktoś, kto powie, że był i widział spektakl na etapie przygotowań, i coś mu się nie spodobało. A takimi ludźmi jesteście właśnie wy i nikt przed wami”. Paweł powiedział to do dziennikarzy zaproszonych na specjalny pokaz gotowych fragmentów spektaklu.

Nie, Pawle, tak to nie powinno działać. Dziennikarze nie są od chodzenia na próby stolikowe i pierwsze sceniczne i nie jest ich zadaniem alarmowanie, czy dzieje się coś złego. Naprawdę chcesz, Paweł, wpuszczać na próby dziennikarzy lub innych? Będziesz im pokazywał, jak reżyserujesz, jak prowadzisz aktorów, jak interpretujesz tekst? To ma być ta dobra praktyka? Transparentność warsztatu pracy? Człowieku, otwierasz furtkę do zamiany autocenzury w rzeczywistą cenzurę! Bo potem w innym mieście, inny urzędnik lub dziennikarz spyta dyrektora, czy może przyjść na próby w interesie społecznym, bo przecież w Rzeszowie wpuszczają...

Passini i Pałyga w swoim staraniu o dokończenie premiery doszli niestety do ściany. Potem mogą już tylko poprosić rzecznika prezydenta Ferenca, Macieja Chłodnickiego o osobiste dokończenie zaczętego przez nich spektaklu. Niby wiem, co przechodzicie, w co was wmanewrowano, ale jednak czuję wstyd.

2. Coming out posła Marka Jakubiaka
Bojkotowałem swego czasu piwo Ciechan, patrzyłem podejrzliwe na dystyngowanego biznesmena o husarskich ciągotkach, wchodzącego do polskiego parlamentu ramię w ramię z narodowcami od Kukiza. Bo najgorsi, najbardziej niebezpieczni nacjonaliści i ksenofoby zawsze działają w kamuflażu. Na przykład tradycji, elegancji, stateczności, szarmanckiego zachowania. Wąsaty pan z sygnetem i apaszką był, miał być, antidotum na Artura Zawiszę, ministra Andruszkiewicza, szefów Młodzieży Wszechpolskiej. Tymczasem ten polityk orbitujący wokół ruchów narodowych błysnął ostatnio wypowiedzią-protestem: czemu my, Polacy, mamy płacić za Teatr Żydowski? Niech płaci Netanjahu, niech płaci Izrael, niech Żydzi z zagranicy płacą! Szybko zareagowała Gołda Tencer, przedstawiła historię kierowanej przez siebie placówki, przypomniała, że jest polską i żydowską artystką. Czytając jej list, czułem się zażenowany, że takie fundamentalne sprawy trzeba przypominać, że Tencer musi odpowiadać na ukryty w wypowiedzi polityka antysemityzm. Czy Jakubiak naprawdę uważa, że za wybryki ministra Katza i premiera Netanjahu musi oberwać Teatr Żydowski? Przeszkadza mu nazwa, narodowość czy repertuar tej sceny? Domyślam się tylko, że nie jest to nienawiść do teatru, to tylko odprysk jakiejś innej, nazwijmy to delikatnie, obsesji Jakubiaka. I martwię się, że za chwilę podchwycą te skrzydlate słowa jacyś radni, jacyś internetowi blogo-hejterzy. Konflikt dyplomatyczny z Izraelem skończy się napiętnowaniem Żydowskiego Teatru w Polsce. Czy Jakubiak nie rozumie, że takie słowa są/mogą być tylko uwerturą do zwykłego szczucia? Z riposty posła wynika, że nie rozumie. Oskarża Tencer, że nie broniła Polski przed szkalowaniem ojczyzny przez izraelskie media i polityków. Mnie też jest przykro, że Gołda Tencer nie dyskutuje w naszym interesie z politykami w Jakucji i że nie walczyła pod Monte Casino.

Swoją drogą szaleństwo narodowe Marka Jakubiaka tropiącego obce lobby kulturowe można by twórczo rozwinąć. W Krakowie chodzimy do Teatru Słowackiego – słusznym wydaje się więc postulat, żeby płacili za jego utrzymanie sąsiedzi ze Słowacji. W Białymstoku działa, panie pośle, słynny Teatr Węgierki – bratankowie z Fideszu, a może nawet sam Orban winni go wziąć od razu na swój żołd. Polski podatnik nie ma żadnego interesu w opłacaniu i chodzeniu do teatru, w którym tylko udaje się, że aktorzy mówią po polsku. Aha, na Wybrzeżu powstał panie pośle, Gdański Teatr Szekspirowski, Szekspir był Anglikiem, gra się tam dużo elżbietańskiego repertuaru, więc w zgodzie z tą logiką powinni go finansować Anglicy. W ogóle zaleca się, by krajowe Teatry Polskie grały wyłącznie polski repertuar, a Teatry Nowe – nowy. Teatry Współczesne – współczesny. W rozróżnienie repertuaru nowego od współczesnego należy zaangażować najwybitniejszych polskich językoznawców. Teatrom Starym zostawiłbym oczywiście repertuar stary, czyli klasyczny. Panie Marku, niech Pan aspiruje, nie byłoby lepszego ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wreszcie zasiadłby na tym stanowisku ktoś narodowo zorientowany.

25-02-2019

Zobacz też Ps do K/215

Komentarze w tym artykule są wyłączone