AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kołonotatnik 55: Krytyka spekulatywna

Andrzej Duda, kandydat na Prezydenta RP  

1.
Dziś wyjątkowo nie będzie o żadnym spektaklu. Spektakle biją się właśnie w mojej głowie w jakiejś wyjątkowo zatłoczonej i awanturującej się kolejce: „Pan tu nie stał, teraz ja!”. Guzik. Teraz będzie o czymś innym.

2.
Kim jesteśmy? Echem bohaterów kreskówek, które zobaczyliśmy w dzieciństwie. Z Tajemnicy szyfru Marabuta Macieja Wojtyszki, filmu straszniejszego od wszystkich horrorów świata, na którego namiętnym oglądaniu upłynęła mi końcówka lat siedemdziesiątych, zapamiętałem do dziś właściwie tylko jedną scenę. U Pućka bibliotekarza bawi z wizytą reżyser Gluś, siedzi przy stoliku i coś czyta, notuje. Obaj są jakimiś groteskowymi stworkami, uczłowieczonymi hipo-słonikami, bodajże fioletowo-szarymi. Nieważne, kim są, ważne, gdzie się znajdują. Biblioteka. W kadr wchodzi półka z książkami, regał ciągnący się na całą długość pokoju, od góry do dołu wypełniony woluminami. Puciek opuszcza na chwilę pokój, może robi herbatę w kuchni, nagły rumor, gaśnie światło, a kiedy znów się zapala, wszystkie książki leżą na podłodze. Glusia nie ma! Przysypało go? Puciek zaczyna szukać Glusia. Przekopuje kanały, tunele i chodniki w książkowej lawinie. Nic. Książki nie chcą powiedzieć, czy ktoś jest pod nimi, czy nie. Są jak szlam naniesiony do pokoju zalanego przez powódź, jak sterta kamieni z usuwiska, co wyłamała drzwi, nasypała się przez okna i komin. Puciek nie ustaje w wysiłkach. Nurkuje w książkach w jednym końcu pokoju i wyłania się w drugim. Jeszcze jeden tunel i jeszcze. Z północy na południe, z zachodu na wschód. Glusia dalej nie ma. Bibliotekarz zmienia więc algorytm poszukiwań. Zaczyna układać książki z powrotem na półkach, rozumując logicznie, że kiedy ustawi ostatnią na swoim miejscu, na podłodze zostanie już tylko Gluś: znajdzie go, przywracając wszystko do stanu sprzed katastrofy. Więc układa, układa. Ułożył. Ale wtedy podłoga okazuje się pusta. Gluś zniknął. Książki go zjadły? Wyszedł z pokoju przed katastrofą? Został porwany? Nie pamiętałem nic więcej z tego animowanego serialu – niech mi to Maciej Wojtyszko wybaczy – ta scena wystarczała mi za cały film, długo nie potrzebowałem wiedzieć, ani kiedy wreszcie pojawi się Bromba, ani jak będą prowadzić śledztwo w sprawie Glusia Kajetan Chrumps i Kot Makawity. To były tylko imiona. Punkty fabularne. Po co znać finał i rozwiązanie? Groza, dreszczyk emocji i tajemnica pozostały na zawsze w tym jednym obrazie o kluczowym znaczeniu. W bibliotece Pućka. W porządku, który zamienił się w chaos. Ileż razy śniła mi się ta scena! Że śpię sobie, a wtem z moich regałów sypią się na mnie książki i grzebią mnie żywcem. W tym śnie był to bardzo przyjemny rodzaj śmierci. Taka śmierć, po której się nie umierało. Pod tą stertą istniało życie: jakby przykrywał mnie kobierzec z ruszających się, trochę zakurzonych, ale jednak pięknie pachnących książek. Ryłem w nich tunele przypominające te kopane przez Pućka w książkowym ciele. Do dziś po każdych porządkach lub remoncie mieszkania leży mi na podłodze taka sama sterta jak w Tajemnicy szyfru Marabuta. Celowo ją usypuję. A potem godzinami układam zrzucone książki jak filmowy Puciek. Czekam na niespodzianki: przypadkowo odkryte pozycje na stercie, książki, które wzięliśmy do ręki pierwszy raz po latach ze zdziwieniem, że to jednak mamy w zbiorach. Zapomniani autorzy, zblakłe tytuły. Układam i segreguję książki wedle tego samego od lat systemu, może niekoniecznie zgodnie z zaleceniami Umberto Eco, który powiadał, że w sercu biblioteki zawsze powinny stać pisma święte, dzieła teologiczne, a dopiero od nich koncentrycznie rozchodzić się inne, pochodne tematy i działy. Od religii przez naukę do literatury. Moja biblioteka nie przypomina jak u Eco układu słonecznego, jeśli już coś przypomina, to najbardziej mapę. Na przykład Starego Świata. Książki tworzą strefy narodowe i językowe – Rosjanie stoją razem, Francuzi razem, Niemcy razem. Jest też oś czasu: osobno starożytność, Grecja, Rzym i barbarzyńcy. I pęknięcie na gatunki: osobno teatr, szekspiriana w jednym miejscu. Żadnych porządków alfabetycznych, książki mają pasować do siebie formatem, grubością i tematyką. Łączę cywilizacje i dzieła zrodzone w izolacji. Rozdzielam pozycje autorów będących za życia w fundamentalnym sporze ideowym. Niech się nie gryzą za bardzo. W niezmiennym od lat bibliotecznym układzie idealnym zmieniają się właściwie tylko sąsiedztwa działów, tu możliwe są wszelkie emocjonalne przesunięcia i konfiguracje. Raz coś jest bliższe, raz dalsze, ułatwiam sobie dostęp, obniżam rejon półkowego występowania konkretnej kolekcji. Układając książki niemal bez końca – jak Puciek – liczę, że z identycznego, wciąż odnawianego i powtarzalnego układu zawsze wyłoni się jednak coś nowego, odkryję nieznany dotąd walor doskonałego systemu. I jeszcze jedno: przedłużam układanie, bo boję się widoku pustej podłogi. Nie, nie tego, że wszystkie miejsca już zajęte, a mi zostało jeszcze parę tomów i gdzie to teraz wcisnąć? Co zepsuć, co zaburzyć? To są w końcu tylko małe strachy. Ten prawdziwy, powracający lęk jest ściśle związany z serialem Wojtyszki. Wyobraźcie to sobie, uświadomcie grozę chwili – układam ostatnią książkę, spoglądam na podłogę, a tam leży odnaleziony cudownie Gluś. Ten sam, co w filmie. Skoro zniknął w filmie i nie pamiętam, jak się tam odnalazł, bo cała fabuła poza jedną sceną wyparowała z głowy, całkiem prawdopodobne, że w końcu znajdę jego, Glusia, w mojej rzeczywistości. Fikcją i realnością rządzą prawa nie do końca przecież zbadane! A jeśli istnieje, bo musi istnieć, między nimi jakaś równowaga? Zniknięcie kogoś lub czegoś w fikcji skutkuje pojawieniem się czegoś lub kogoś w realności.

Kiedy przed paroma dniami wróciłem wraz z córką do tego serialu, żeby pokazać jej to, czego się bałem, zorientowałem się, że całe życie budowałem sobie w domu dokładnie taką ścianę biblioteczną, jaka była w pokoju u Pućka. Dokładnie taką. I zawsze chciałem spać w pokoju, w którym są książki. I często śni mi się ten sen o zawaleniu biblioteki. O przysypywaniu. O drążeniu tuneli w książkach. Do dziś źle się czuję w mieszkaniach bez książek, bez nawet podręcznej biblioteczki. Odwiedzając kogoś, zaraz podchodzę do regału i dotykam grzbietów i obwolut. Wyrównuję linię. Książki muszą być. Nie żeby zaraz je czytać i wertować albo, nie daj Bóg, pożyczać… Książki, regały z książkami mają być jak scenografia, gotowa dekoracja tajemnicy, złowróżbna zapowiedź mających dopiero nastąpić niesłychanych wypadków.

Powrót do serialu Wojtyszki przypominał mi w końcu, co z niego zapomniałem. Że straszył w nim niejaki kameleon Super, nieuchwytny, podstępny stwór, przybierający postać każdego z bohaterów. Do dziś sceny z nim robią wrażenie. Co tu dużo mówić: sikaliśmy z córką ze strachu podczas internetowego seansu! Bo ten kameleon dręczył bohaterów jak zmora senna, przedrzeźniał ich, przywłaszczał sobie ich tożsamości, czynił zło na cudze konto. Skoro mógł być wszędzie, mógł być każdym, nic nie było pewne i stałe. Świat stawał się podejrzany i groźny. Przyjaciel lub ukochana może być wrogiem w kamuflażu. Nie ufaj nikomu! Nawet sobie, bo może on już jest tobą. Dziwne, że tego uczucia zagrożenia, jakie panuje w serialu Wojtyszki, nie zapamiętałem z dzieciństwa. Zapamiętałem inny strach, niesamowitość przyklejoną do zupełnie innego obrazu. Przez wszystkie te lata intrygował mnie, rozrastał się w mojej wyobraźni pokój z nieznanej przyczyny zasypany książkami, które spadły z półek. I bibliotekarz Puciek, który wbrew wszystkiemu, w ostatnim akcie desperacji, nie mogąc dociec, co się stało, najspokojniej w świecie je sobie układał. A może to jest jakieś rozwiązanie? Puciek intuicyjnie odkrył prawdę i drogę ratunku? Układanie książek odwraca uwagę od niebezpieczeństwa, stwarza iluzję porządku, panowania nad rzeczywistością. Niezmienność układu Biblioteki jest zaprzeczeniem zmienności kameleona Super. Ale przecież w filmie tuż przed ostatecznym zdemaskowaniem Super zmienił się właśnie w Pućka.

I znowu śni mi się ten sen. Sterta książek na podłodze. Sięga mi prawie do bioder. Podchodzę, patrzę w dół, próbuję odczytać tytuły z grzbietów i obwolut, odkryć konfigurację, w jaką się ułożyły, spadając z półek. A wtedy ta książkowa kołdra, osuwisko tomów zaczyna delikatnie drgać. Jakby naprawdę był pod nimi Gluś i próbował się wydostać.

3.
Wzmożenie etyczne znów w modzie. Koleżanka podesłała mi znaleziony na e-teatrze „list otwarty w sprawie przebiegu Ogólnopolskiego Konkursu im. Andrzeja Żurowskiego na Recenzje Teatralne dla Młodego Krytyka”. Autor Przemysław Skrzydelski daje w nim wyraz swojej konsternacji z powodu znalezienia się Michała Centkowskiego w gronie pięciu finalistów. Skrzydelski, stały recenzent bardzo cenionego w pewnych kręgach tygodnika „W Sieci”, nazywa ten wybór jury skandalem. Wraca do sprawy słynnego Rankingu 10 najgorszych spektakli 2014 roku, który Centkowski opublikował w „Newsweeku”. Młody krytyk zjechał w nim spektakl, którego nawet nie widział, a ocenił po samym plakacie i nazwisku reżysera. Skrzydelski wątpi więc w rzetelność kapituły, twierdzi, że o przekroczeniu etycznym Centkowskiego wiedzą wszyscy, czemu więc jest on traktowany tak, jak inni, uczciwi w domyśle młodzi krytycy? Co jeszcze robi w zawodzie? Czy dla Centkowskiego robi się wyjątek? Specjalnie się go promuje? Skrzydelski chce usunięcia Centkowskiego z grona finalistów, bo inaczej idea nagrody zostanie ośmieszona. I kończy swój list tak: „Jednocześnie oświadczam, że moje upominanie się o minimum profesjonalizmu nie jest podyktowane jakąkolwiek osobistą urazą do Pana Michała Centkowskiego (…) Oświadczam również, że ponieważ zaistniałą sytuację uważam za żenującą, oczywiście nigdy nie wezmę już udziału w czymkolwiek związanym z Ogólnopolskim Konkursem im. Andrzeja Żurowskiego oraz AICT, i żałuję, że w ogóle dowiedziałem się o jego istnieniu i wmieszałem w to swoje nazwisko”. List jest datowany na 4 maja 2015 roku. Mam z nim niejaki problem. Bo na poparcie swojego protestu Skrzydelski obficie cytuje moją krytykę tekstu Centkowskiego. Fakt, była to chyba jedyna poza felietonem Mariusza Bielińskiego i wpisami facebookowymi Jacka Poniedziałka publiczna wypowiedź na temat konsekwencji wygłupu młodego krytyka. Powiedzenie wprost, że Michał przegiął, zagalopował się, że nieświadomie dezawuuje sens uprawiania tego zawodu. Cóż, nie mam wpływu na to, kto mnie cytuje i w jakiej sprawie używa mojego tekstu i moich argumentów. Centkowskiego zaatakowałem, bo zorientowałem się, że nikt w tej sprawie nic nie powie. Starsi koledzy milczą, może lekceważąc autora i jego krótkie teksty, może w poczuciu bezradności, bo kiedy parę lat temu zaprotestowano przeciwko felietonowi Michała Kmiecika opublikowanemu na e-teatrze po śmierci Jerzego Jarockiego, niecałe środowisko poparło i zrozumiało ten protest. Były oskarżenia o gnojenie młodego buntownika, który miał odwagę powiedzieć to, co myśli o pokoleniu mistrzów. Kmiecik po tej sprawie usunął się na chwilę w cień, temat przepracował w spektaklu #dziady i dziś znów jest nadzieją młodego teatru i wschodzącym autorytetem. Zapytam cynicznie i prawem analogii: skoro Kmiecikowi się udało, czemu anatema miałaby spaść na Centkowskiego? Żyjemy w czasach krótkiej pamięci i relatywizmu. Jeden wybryk, błąd i głupstwo nie przekreśla i nie powinno przekreślać jako artysty lub autora człowieka, który zbłądził. Rozumiem, że Skrzydelski chciałby, żeby było inaczej. Damnatio memoriae, ostracyzm i te rzeczy. Centkowski napisał coś nieetycznego, więc jest głupi i nieważny. Nie szedłbym aż tak daleko. Może być tak, że autor wygłupu w „Newsweeku” jest równocześnie wnikliwym recenzentem, dobrze pisze, błyskotliwie analizuje. Co wtedy z nim zrobić? Czy jedno przekroczenie etyczne dezawuuje zaraz jego styl, świeżość myślenia? Tekst o teatrze jest w końcu tylko tekstem o teatrze, można go analizować w oderwaniu od osoby i moralności autora. Owszem, konserwatyści zaraz zawołają – a przypadek Zygmunta Baumana, a powojenne teksty Jana Kotta? Nigdy im nie zapomniano ich niegodziwości. Mimo późniejszych pism, tomów, ekscytacji. Zgoda, Centkowski od chwili ogłoszenia rankingu traci na wiarygodności jako publicysta, w każdym etycznym sporze ma słabe karty, każdy jego polemista będzie mógł go tym nieszczęsnym rankingiem dźgnąć w chwili dowolnej. Sam zrobię to pierwszy w sytuacji podbramkowej, gdy braknie mi innych argumentów. Ale jestem jak najdalszy od przekreślania innych jego tekstów, bojkotu, wykluczania młodego autora z ekskluzywnego grona krytyki polskiej. Bo ani to grono ekskluzywne, ani bez skazy. Każdy krytyk ma do drugiego krytyka jakieś ale, dąsa się, zaczepia, oburza. Poczytajcie sobie ankietę zawodową krytyków przygotowaną przez Marcina Wasyluka dla teatralnego.pl. Jak my się tam podszczypujemy między wierszami, jak wychodzą na jaw podskórne animozje. Nie chcę, żeby Centkowski był kozłem ofiarnym. Podejrzewam, że każdy z nas zrobił kiedyś coś głupiego, czego się wstydzi do dziś. Zdarzyło mi się na przykład zakasłać dokumentnie Woyzecka Grażyny Kani w Teatrze Polskim we Wrocławiu: z niezdiagnozowanym zapaleniem oskrzeli poszedłem do teatru, usiadłem w środku rzędu, nie dało się wyjść. I jeszcze bardzo chciałem to przedstawienie zobaczyć, bo Kania była na fali. Po premierze dyrektor Tosza i pół widowni patrzyło na mnie z nienawiścią w oczach, jakby ktoś z aktorów dał mi w mordę – miałby prawo. Napisałem też, że na wrocławskim Don Juanie Gadi Rolla można się „porzygać ze szczęścia”, głupio i chamsko drwiłem ze Strzępki i Demirskiego, jechałem po bandzie w żartach z Andrzeja Seweryna. Wstyd. I trzeba z tym jakoś żyć. Kolega Skrzydelski, który chce bojkotować Centkowskiego, nie zrobił nigdy nic takiego, prawda? Choć podejrzewam, że samego aktu pisania i redaktorowania w tygodniku opinii „W Sieci” będzie się jednak kiedyś wstydził. Nie bronię pana Michała za jego głupi tekst, nie tłumaczę jego prawdziwych intencji, nie zmieniam poglądu na temat jego rankingu. W przeciwieństwie do Przemysława Skrzydelskiego uważam, że gra w krytykę i etykę polega na czymś innym. Na szybkim reagowaniu. Jest przekroczenie – trzeba je nazwać i dać odpór. Trafiony zatopiony albo ciąg polemik, sprawdzających świadomość i orientację atakującego i zaatakowanego. Tyle możemy zrobić. Można się Centkowskiemu nie kłaniać, unikać siadania obok niego w teatrze, ale donosów do instytucji, kapituł i gremiów nie piszmy. Szkoda, że Skrzydelski nie zaprotestował zaraz po opublikowaniu inkryminowanego tekstu Centkowskiego, że sprawę przespał, wtedy nie bił w dzwony, nie krzyczał, że hańba. Protestuje teraz, kiedy nie wszedł do finału gdyńskiej nagrody, kiedy przegrał z nieetycznym krytykiem. A posiłkowanie się moimi opiniami przypomina niestety szukanie wspólnika, drugiego chętnego do bojkotu. Sorry, panie Przemysławie, nie przyłączę się, choć dalej będę czujnie czytał teksty Michała Centkowskiego. I pana teksty też. Będę również dozgonnie wdzięczny za wzajemną czujność.

4.
Mamy nową medialną gwiazdę. Nazywa się Kinga Duda, ma dwadzieścia lat, jest wiotką, elegancką blondynką, wnuczką Juliana Kornhausera i córką pisowskiego kandydata na prezydenta, przepraszam – prawie na pewno przyszłego prezydenta RP. Panna Duda zadebiutowała w mediach dwa razy 8 i 10 maja, raz robiąc sobie selfie z ojcem, drugi raz podczas głosowania i wieczoru wyborczego, prezentując dwie oszałamiające fryzury i dwa gustowne żakieciki – biały i różowy. Jeden na poranek, drugi na wieczór. Mamę i córkę Dudę ubierał ten sam projektant, ten sam spec od wizerunku mądrej i pięknej córki, kandydatki na prawniczkę, kontynuatorki dorobku naukowego i politycznego ojca. Kinga Duda – pierwsza i najważniejsza z wachlarzyka młodych ludzi, z uporem pokazywanych w tle prawicowego polityka. Reprezentantka pokolenia, która jak na złość jest patriotyczne, katolickie, oficjalnie prawicowe i tylko obyczajowo wyzwolone. Jeśli wszystko pójdzie, jak ma pójść, to będzie ikona stylu i światopoglądu na następne pięć lat. Może nie jest to debiut medialny na miarę słynnej Pippy, siostry księżnej Kate, której suknia i niestety „puppa” przyćmiły kreację i książęcy ślub. Ale dostrzegam w prezydentównie okładkowy potencjał, parcie na szkło, przewrotny seksapil. Panna Duda na razie sprawdza, jak na nią reagujemy i jak to jest, kiedy się ktoś tak jak ona powszechnie podoba. Nie da się jej nienawidzić za PiS, za Kaczyńskiego, za Smoleńsk, za Krakowskie Przedmieście, za populizm i radiomaryjny katolicyzm. Ona na razie uwodzi swoją nowoczesnością i normalnością, dziewczyńskością dorosłą. Ale jest też w niej takie dziwne, podskórne, widoczne w maleńkich grymasach oczekiwanie. Na uwielbienie i ranę. Raz wydobyta z cienia, z pensjonarskości i rodziny, panna Duda nieprędko się schowa. Może mieć ojciec Duda i jego partia z nią sporo kłopotów, przy których bledną kłopoty z Martą Kaczyńską. Może PiS nie chce zaraz młodej Dudy w roli Magdaleny Ogórek, ale instrumentalne traktowanie pięknych dziewczyn w paru ich kampaniach już się pojawiło. Skoro jednak obsadza się ją w roli paprotki, pięknego dodatku do pięknego prezydenta, jakże odmiennego od przeciętnej pisowskiego ludu, trzeba zakładać, że od tej pory tysiące facetów z każdej opcji politycznej przed telewizorami będzie się ślinić na jej widok. Czy prezydentura warta jest tej śliny?

Media już ogłosiły zwycięzcę. Druga tura będzie formalnością i skończy się niestety miażdżącą porażką urzędującego prezydenta. Komorowski w materiałach telewizyjnych i prasowych gra już wyłącznie rolę nieudacznika, klowna, komicznego przegranego. Zacukany prezydent, śpiący prezydent, prezydent z oczami spaniela. Takiej łaty nie można oderwać. A Duda triumfuje, wypiękniał, ma fajną rodzinę, straszni pisowscy politycy siedzą gdzieś na zapleczu i się nie pokazują. Oficjalny przekaz jest taki – triumfuje nowa, młoda, piękna, patriotyczna Polska. Mając do wyboru energicznego młodego polityka i znudzonego, posągowego starego elektorat zawsze wybierze tego pierwszego. I podział na ciężką i lekką prawicę nie ma już nic do rzeczy. Spektakl wyborczy ma swój finał w połowie przedstawienia.

A właściwie co złego się stanie, jeśli oni wygrają? W końcu my z kultury mamy przed sobą następujący wybór: albo będą nas wykorzystywali ci, których nie lubimy, albo jak dotąd ci, których z niewiadomych doprawdy powodów lubimy. Rozsądek podpowiada, że łatwiej przystać na niegodziwość tych złych niż tych dobrych. Pogódźmy się z ta prawidłowością choćby dla własnego zdrowia psychicznego.

5.
„Dobranoc, pani Magdaleno!” – szepczę. „Dobranoc, panie Łukaszu!” – odpowiada mi przed zaśnięciem Magdalena Łaska. Niestety, głos dobiega ze zdjęcia powieszonego nad łóżkiem w hotelu Brda w Bydgoszczy. Aktorka jest w białej sukience na ramiączkach i patrzy gdzieś w dal, na Moskwę, na step, na wskroś widzów. Zdjęcie pochodzi z Trzech sióstr Pawła Łysaka. Ileż wspomnień! Hotel Brda! Na każdym piętrze, na wszystkich korytarzach i jak podejrzewam w każdym pokoju plakaty, fotografie i repertuary bydgoskiego teatru. Kilka wisi jak wyrzut sumienia, bo nigdy nie dojechałem, by je zobaczyć. Ciekawe, czy nowy dyrektor Paweł Wodziński przyniósł do teatru fotki z nowych produkcji jego sceny w tym sezonie: z Detroit, z Murzynów, z Afryki… Obliczam dni do końca sezonu. Może tak być, że już nie nadrobię bydgoskich zaległości i wtedy zdjęcia w hotelu będą jedynym ratunkiem. Zainspirowany inicjatywą i pionierskimi badaniami Weroniki Szczawińskiej, pracuję od jakiegoś czasu nad formą recenzji-przeczucia, dla której punktem oparcia i jedynym materiałem poddanym analizie będą (zamiast żywego spektaklu) jedynie zdjęcia, plakaty, afisze z repertuarem i materiały promocyjne teatru. Jakież historie może stworzyć pozbawiona uprzedzeń i pracująca według tej metody krytyka! Ileż mówią same fotografie! A zapowiedzi spektakli! A styl tekstów promocji! Nie wiem, czy narodzi się z tego pomysłu nowa gałąź krytyczna – nazwijmy ją krytyką spekulatywną albo dedukcją krytyczną – w każdym razie spróbuję. Spektakle, na które nie dojechałem, spektakle jeszcze niewystawione, spektakle z niezdobytej teraźniejszości staną się rychło przedmiotem moich badań. Na przejazdach i hotelach zaoszczędzi redakcja, nie będzie krytyków lepszych i gorszych, tych wędrujących i tych stacjonarnych, twórcy zetkną się z prawdziwą, obiektywną, bo nieskażoną kontaktem z dziełem oceną. A nic tak nie deformuje naszych sądów, jak obcowanie z dziełem sztuki rozwijającym się w czasie.

Pani Magdalena ze zdjęcia uśmiecha się do moich myśli i zasypia wraz ze mną. Snu nie opiszę, bo dedukcja krytyczna jednak nie powinna wkraczać na terytorium należące od jakiegoś czasu do krytyki onirycznej.

13-05-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany Sopel
    Sopel 2015-05-15   13:11:20
    Cytuj

    Drogi autorze, w następnym felietonie proponuję zaatakować wady żony kandydata Dudy i porównać z zaletami żony kandydata Komorowskiego. Powodzenia.

  • Użytkownik niezalogowany Kominszo
    Kominszo 2015-05-15   12:41:23
    Cytuj

    Durny artykuł. Nie rozumiem, dlaczego Skrzydelski miałby się wstydzić pisania do W Sieci. Nie rozumiem, dlaczego ośmiesza córkę Dudy. Oboje -Duda i córka -sprawiają wrażenie inteligentnych osób. Kasia Tusk, Aleksandra Kwaśniewska- jak one wypadają przy Kindze Dudzie? "My, ludzie kultury lubimy PO" -pisze Drewniak. Otóż nie, także "my, ludzie kultury lubimy PIS".

  • Użytkownik niezalogowany Rozczarowany
    Rozczarowany 2015-05-15   11:38:55
    Cytuj

    Doprawdy nie rozumiem jak silne zależności muszą istnieć między autorem a obecną władzą, by w tak bezpośredni sposób manifestować osobistą opcję polityczną na portalu poświęconym czemuś, wydawałoby się... wyższemu i osobnemu jak teatr. To w jaki sposób autor chce spolaryzować ludzi na katoli i tych nowoczesnych jest odrażające. JA! nie należę ani do grupy ludzi wierzących ani do ateistów. Obie formacje są obłudne i zbyt nachalne. Jest to dla każdego oczywiste jeśli chodzi o katolików, natomiast nie każdy rozumie na czym polega "wiara" przeciętnego ateisty. Otóż to, co łączy katola i PRZECIĘTNEGO ateistę jest zwyczajne przekonanie o nieomylności swojej teorii i narzucanie jej innym. Niestety spotkałem się ze zbyt dużą liczbą ateistów i zobaczyłem zbyt wiele pogardy z ich strony pod adresem innych ludzi (chodzi o pogardę religijną i ideologiczną) by twierdzić, że ateizm rozumiany przez większość to coś innego od głębokiego "KATOlizmu". JA! uważam, że każdy ma prawo wyboru własnej wiary czy niewiary a nawet braku wiary (to trzy różne sprawy) i nikt nie ma prawa ingerować i pogardzać kimś za takie przekonania. Pan Łukasz Drewniak powinien się zastanowić czy aby nie pogłębia stereotypów. Co oznacza stwierdzenie, że kogoś "nie lubimy" lub "lubimy"? Kto daje autorowi prawo do wypowiadania się nie tylko w imieniu twórców kultury, ale w ogóle w imieniu innych ludzi? Nie rozumiem też skąd taka bezwzględna analiza i NADINTERPRETACJA zwyczajnych zachowań dziecka i nieważne czyje jest to dziecko. Pan Drewniak snuje już pewne scenariusze życia Kingi Dudy po wygranych wyborach. Nie bardzo rozumiem co ta dziewczyna zrobiła takiego złego by paść ofiarą analizy, która jest po prostu nie w porządku. NIE uważam by Andrzej Duda był lekiem na całe zło, ale urząd prezydenta powinna sprawować osoba z kulturą osobistą, godnością i wrażliwością. Czy Bronisław Komorowski posiada takie cechy... to już chyba nie wymaga komentarza (szczególnie wobec tego jak obojętnie potraktował niepełnosprawną kobietę wspomagając się suflerem). Natomiast to czy Pan Duda posiada takie cechy zobaczymy niedługo. Na koniec chciałbym podkreślić, że postawa Autora jest niesprawiedliwa i krzywdząca wobec nie tylko podmiotu jego artykułu, ale również wobec wielu innych ludzi wrzuconych do jednej z szufladek. Pozdrawiam

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2015-05-13   17:47:45
    Cytuj

    już myślałem, że Łukasz u s t a w i a się frontem do nowych wiatrów, ale nie, to ciągle: " młody (Drewniak) jebie starego" i Skrzydelskiego na przyprzążkę. Stwierdzenie o "wstydzie" za wSIECI jest zwyczjnym c h a m s t w e m i jeżeli Ty nie będziesz się tego wstydził, to znaczy, że Twój mózg jest wyprany bardzo (!) skutecznie. Miałbym ochotę, Łukaszu, rozwinąć tę opinię, ale przyznaję, (według eksplikowamej przez Ciebie tezy), że odpadam; czytam, co trzeci akapit, bo ta logorea jest tak przewidywalna i niedowcipna tak, że zęby bolą. Wybaczysz? Zapomnisz? Nie musisz, bo nudzisz... Co gorsze masz w głowie m o r a l n y zamęt. Skrzydelski się odezwał w momencie ogłoszenia werdyktu, a nie tak jak Ty, na bazie i po linii, w ramach obstrzału wyprzedzającego. Ma się ku końcowi Twemu SKRUMPOWANEMU światu.. Cieszysz się?