AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Alien

Doktor nauk o komunikacji i poznaniu, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą. Współprowadząca grupy „Performances in Public Spaces” w ramach International Federation for Theatre Research.
A A A
Zdjęcie z próby, fot. Piotr Nykowski  

„Proszę pozwolić, że coś wyjaśnię – powiedziała Nicolette. – Swego czasu byłam CEO wielkiej sieci klubów fitness, która posiadała swoje oddziały w całym Zjednoczonym Królestwie i Ameryce Północnej. A teraz jestem CEO mojej rodziny. Moje dzieci to najważniejszy, najbardziej złożony i fascynujący produkt, jaki kiedykolwiek stworzyłam i udoskonaliłam”. (Helen Fielding, Bridget Jones. Szalejąc za facetem, przeł. J. Karłowski i K. Karłowska).

Na scenie, tyłem do widzów, siedzą trzy kobiety. Po chwili wstają, zakładają na siebie sukienki i kominiarki w wyrazistych kolorach wyraźnie upodabniając się do kobiet z Pussy Riot i w przepełnionym ekspresją punk rocku wyrzucają swoje matczyne bolączki. To współczesne matki – nie umamusiowione kobiety domowe, ale pewne siebie istoty. Tę mocną i zabawną scenę poleciłabym uwadze pani premier Kopacz. Współczesna matka nie musi być kobietką, która, kiedy coś zagraża jej światu, pomyka zabarykadować się w domku. Współczesne matki to też Nadieżda Tołonnikowa czy Matki z Placu Majowego albo Matki z Groznego. Tę pierwszą, pełną kobiecej siły scenę spektaklu z kolejnymi łączy jednak głównie ironia w prezentowaniu świata. W dalszych scenach miejsce przebojowej siły zajmie matczyna bez-siła.

Ogromna ilość blogów matkowych. Książki o byciu matką. Celebrytki-matki opowiadające w telewizjach śniadaniowych o niedolach bądź urokach macierzyństwa (zależnie od tematu programu). Poród siłami natury czy cesarka na żądanie? Karmić piersią czy butelką? Na żądanie czy według schematu? Spać razem czy odkładać do łóżeczka? Stymulować rozwój czy podążać za dzieckiem? Dyscyplinować czy wychowywać bezstresowo? Macierzyństwo przestało być postrzegane jako coś oczywistego, co mniej więcej wiadomo, jak spełnić. Stało się przedmiotem namysłu i dyskusji, także wśród samych kobiet. To świetnie, iż rola, jaka do tej pory była prywatną sprawą każdej kobiety osobno, staje się nagle przedmiotem publicznego dyskursu. Bo macierzyństwo jest dla kobiet ważnym doświadczeniem egzystencjalnym – bez względu na to, czy wartościują je pozytywnie, czy nie.

W lipcu, w czasie trwania festiwalu Spoiwa Kultury, kiedy Teatr Kana zbierał jeszcze przez stronę PolakPotrafi.pl środki na zrealizowanie nowego projektu-spektaklu o matkach, duża część rozmów między kobietami w Piwnicy festiwalowej dotyczyła właśnie macierzyństwa i dzieci. Nie miało znaczenia, czy dzieci były oseskami, czy same miały już własne dzieci; nie miało znaczenia, jak bardzo awangardowymi artystkami były rozmawiające kobiety – doświadczenie własnego macierzyństwa było tym, czym chciały się podzielić, co chciały wydobyć ze swojej prywatności. Dlatego też na Projekt matka Teatru Kana bardzo czekałam – chyba nie tylko ja, skoro dziewięćdziesiąt procent widzów prezentacji spektaklu stanowiły kobiety w bardzo różnym wieku, w tym dwie w mocno zaawansowanej ciąży. Czekałam, choć dostaję bólu zębów na połączenie w jeden związek frazeologiczny tych dwóch słów: „projekt” i „matka”. Drażni mnie w nim to pierwsze, przeniesione z języka zarządzania, zakładające pewną zamkniętość podejmowanych działań (mają swój wyraźny początek i koniec), które zmierzają do osiągnięcia założonego rezultatu. Aktywność podejmowana w ramach projektu jest rezultatem przyjętego wcześniej planu. Być może właśnie „projektowe” podejście powoduje tak wiele stresów i rozczarowań współczesnych matek? Bo co może być rezultatem „projektowania” matki? Osiągnięcie stanu bycia matką w ogóle? Czyżby wtedy wystarczyło zostać zapłodnioną i donosić w swoim wnętrzu dziecko do momentu „wydania go na świat”? A może bycie jakimś konkretnym typem matki, tzn. „supermatką”, albo „matką idealną”, czy może zaledwie „good enough mother”? Albo jeszcze jakąś inną (fajną/surową/konsekwentną/wyluzowaną/matką Polką) założoną w „celach projektu”? Pojawia się jednak pewien problem – „projektu matka” nie da się zrealizować bez pewnego drobnego elementu: dziecka. Jakie jest jego miejsce w „projekcie matka”? Czy jest sprowadzone do roli „najbardziej złożonego i fascynującego produktu”? Czy jest może źródłem udręczeń? Czy może jednak podmiotem macierzyństwa?

Spektakl wyreżyserowany przez Mateusza Przyłęckiego, przygotowany przez trzy aktorki Kany: Bibiannę Chimiak, Martę Giers-Sanecką i Karolinę Sabat powstał w oparciu o kilka znanych matczynych blogów i jest jednym z głosów w prowadzonej publicznie dyskusji na temat „matkologii” (zbieżność z martyrologią nieprzypadkowa). Bardzo doceniam to, że głos kobiet dotyczący tego, co dotąd było uważane za część domowej sfery prywatnej (mimo oficjalnych deklaracji, że rodzina i macierzyństwo znajdują się pod szczególną troską państwa polskiego), ma szansę się ujawnić, dzięki czemu staje się częścią sfery publicznej. Mam jednak równocześnie wrażenie, że słyszalny (bo atrakcyjny i być może modny) może być jedynie ten głos, który obiera macierzyństwo „z lukru” i przenosi je w sferę, gdzie tylko „krew, pot i łzy”. Ku memu ogromnemu zdumieniu zauważyłam na forum umieszczonym pod postem pewnej vlogerki, jak wiele „minusów” (dużo więcej niż „plusów”) dostawały te kobiety, które głównie cieszyły się z macierzyństwa i dostrzegały np. same zalety karmienia piersią.

To jest mój osobisty kłopot z tym świetnym spektaklem: że w znakomity teatralnie sposób eksponuje wyłącznie trudną stronę macierzyństwa.Aktorki przeprowadzają widzów w spektaklu przez ciążę, poród i wczesne macierzyństwo. Większość akcji dzieje się w słowach i poprzez słowa – działania wykonawczyń, oprawa sceny są tutaj niezbędnym dopełnieniem podporządkowanym temu, co mówione. Z połączenia rozmaitych prostych elementów powstają bardzo piękne wizualnie sceny, jak ta początkowa opowieść o ciąży, która zaznaczona jest wielkimi różowymi piłkami. Aktorki nie tylko trzymają je przed sobą, ale też wykonują na nich quasi-akrobacje, które metaforycznie, lecz jednak bardzo wymownie, ukazują coraz mniejsze panowanie nad własnym ciałem żeńskich „ciężarówek” i ich permanentny stan chwiejnej równowagi. Trzy kobiety, wydobyte z mroku sceny podającym z góry i tworzącym trzy odrębne koła światłem, są odrębnymi wyrazicielkami tej samej opowieści. Rozpisana na głosy historia jest spójna, co tworzy wrażenie, że macierzyństwo każdej z kobiet wygląda tak samo, że przechodzą przez te same zwątpienia, cierpienia i kłopoty – tak zwane trudy macierzyństwa. Bardzo wyraźnie widać to w jednej z końcowych scen, kiedy Bibianna Chimiak opowiada o kłopotach z trzylatką. Grana przez nią postać mówi, że pocieszeniem dla niej mogłoby być przyznanie przez obcych ludzi, iż jej córka jest wyjątkowa: nieprzeciętnie krnąbrna, niewspółpracująca, krzykliwa czy co tam jeszcze. Wtedy ktoś mógłby matki pożałować, ale nie – jej córka jest dokładnie taka sama, jak inne dzieci w jej wieku.

To jest mój osobisty kłopot z tym świetnym spektaklem: że w znakomity teatralnie sposób eksponuje wyłącznie trudną stronę macierzyństwa, która – przynajmniej w niektórych przypadkach – jest absolutnie mniej istotna niż radość (tak!) jaką daje obcowanie z dzieckiem. Rozumiem, że dla twórczyń jest to sposób odreagowania wyidealizowanego obrazu macierzyństwa prezentowanego przez reklamy i kolorowe magazyny. Lecz z drugiej strony polemizowanie z wirtualnym światem tworzonym w celach marketingowych wydaje mi się zajęciem niepoważnym w tak ważnej sprawie. Idąc dalej tym tropem, można by oczekiwać kolejnych akcji, np. małżeństwo bez lukru (to nie składa się wyłącznie z romantycznych wieczorów i wielokrotnych orgazmów?) czy praca bez lukru (ojej, wiąże się z czymś więcej niż comiesięczne wpływy na konto).

W jednej z pierwszych scen spektaklu aktorki po kolei wypowiadają fragmenty natchnionej wizji macierzyństwa: słońca, wiatru i pięknie zaokrąglonego brzuszka. A potem kontrapunktują ją tym, jak jest „naprawdę”: dziwnymi chęciami jedzeniowymi, „dniem, w którym zniknęły moje stopy” czy tym, w którym trzeba było kupić stanik o miseczce D – „czy miseczkę C przespałam?”.

Moich własnych doświadczeń w Projekcie matka nie odnalazłam i raczej czułam się w świecie spektaklowym jak przybysz z innej planety.Teksty w spektaklu pochodzą z kilku blogów mam, które są z jednej strony formą pamiętnika, z drugiej natomiast – o czym jestem przekonana – są formą autokreacji (miałam możliwość porównania „blogowego wizerunku” i tak zwanego „naprawdę” pewnej blogerki). Teksty, jakie padają w spektaklu, w sposób ironiczny, inteligentny, zabawny pokazują niedole macierzyństwa: ograniczenie świata do przysłowiowych „pieluch” (w pewnym momencie trzy strony sceny zostają zasłonięte białymi tetrowymi zawieszkami), trudności w zrobieniu czegokolwiek czy przytłoczenie koniecznością zmiany pieluch. Matka w spektaklu zostaje pokazana jako dręczona przez dziecko niewolnica. Mam jednak wrażenie, że to niewolnictwo trochę sama na siebie sprowadziła. Ponieważ – i to jest jednym z najbardziej serio przeprowadzonych wątków w narracji spektaklowej – to kobiety są największymi wrogami kobiet-matek. Bardzo mocną sceną w spektaklu jest wykrzykiwany unisono przez wszystkie trzy monolog „dopiero zobaczysz!”. Tekst mówi o ciągłym straszeniu młodych matek przez inne kobiety, o tym, że to, co teraz, to nic w porównaniu z tym, co je czeka, kiedy dziecko: będzie miało kolkę/ząbkowanie/katar/biegunkę/zatwardzenie/pójdzie do przedszkola itd. To strasznie smutna konstatacja, że to właśnie inne kobiety wpędzają z taką ochotą młode matki w poczucie winy, stresy, zamiast dzieląc się doświadczeniem – służyć wsparciem.

Przez większą część spektakl jest prezentowaniem jednostkowych, egzystencjalnych raczej doświadczeń macierzyństwa. Posiada jednak w swej budowie wyraźne pęknięcie (czy może jest to forma postscriptum), po którym na pierwszy plan wybija się społeczny kontekst funkcjonowania matek we współczesnej Polsce. Ta pierwsza część kończy się bardzo piękną sceną „gwiazdkową”, kiedy trzy kobiety w takim samym rytmie automatycznie składają pieluchy (kto dziś jeszcze używa tetry?) wypowiadając swoje życzenia podchoinkowych prezentów. Prezenty te związane są z chęcią wyrwania się z dziecięcego świata – jak pragnienie telewizora, w którym nie będzie bajek. Byłby to bardzo mocny finał całego spektaklu. Po nim jednak następują kolejne sceny, w których prezentowany jest brak instytucjonalnego wsparcia dla matek, a hasło niegdysiejszej kampanii społecznej „Mama ma…” pozostaje pustym frazesem. To wprowadza w spektakl nowy wątek, który zostaje potraktowany wyłącznie hasłowo i poza tym, że znów można się pośmiać, kiedy aktorki odpowiadają „tekstami z życia” na slogany ze spotu, nie wnosi wiele do spektaklu. Potem następuje jeszcze jeden finał, kiedy Chimiak odczytuje tekst matki chorego dziecka. Robi to z wyraźnym wzruszeniem, całkiem prywatnym, obok postaci. Jest to bardzo mocny akcent na koniec, przypominający równocześnie, że bycie matką może być czasem rzeczywiście bardzo traumatycznym doświadczeniem i wcale nie z powodu ząbkowania czy konieczności zmiany pieluch.

Spektakl ten zachęca do skonfrontowania swoich doświadczeń z doświadczeniami innych mam; do zastanowienia się, na ile kierat, w jakim się czasem znajdujemy, jest wynikiem naszej własnej, podejmowanej dobrowolnie postawy heroicznej. To tak, jakbyśmy się ciągle poruszały w zaklętym kręgu wyznaczonym przez figurę Matki Polki, z tym że nie w wariancie „cierpię cierpliwie i w milczeniu”, ale „cierpię i wrzeszczę o moich pretensjach”. Moich własnych doświadczeń w Projekcie matka nie odnalazłam i raczej czułam się w świecie spektaklowym jak przybysz z innej planety, ale równocześnie cieszę się bardzo, że głos matek zaczyna być słyszalny (co nie oznacza automatycznie, że wysłuchiwany). I cieszę się, że powstają takie dobre spektakle o doświadczaniu macierzyństwa. Warto go zobaczyć, bo energia aktorek (które też w dwóch trzecich są matkami), ironiczny dystans, jaki prezentują, mogą być dobrymi egzorcyzmami nad trudami rodzicielstwa. A także znakomitym punktem wyjścia do dyskusji o tym, jak mamą być.

6-10-2014

 

Teatr Kana
Projekt matka
na podstawie tekstów z blogu Macierzyństwo bez lukru: Bajki (radziecki-termos.blog.pl), Małgorzaty Dawid-Mróz (manufaktura-radosci.pl), Moniki Grudzień (fjakfrustratka.blogspot.com), Dagmary Klein (la-terra-del-pudding.blogspot.co.uk), Pierwszej Żony (pierwsza-zona.blog.pl), Kasi Salek („sistermoon”), Joanny Skotnickiej (moje-waterloo.blogspot.com), Agnieszki Sujaty (z książki Huśtawka) oraz z blogów: Aleksandry Michalak (matkasanepid.pl), Mamy Rysiowej (krystyno-nie-denerwuj-matki.blog.pl) i innych
adaptacja i reżyseria: Mateusz Przyłęcki
muzyka: Andrzej Bonarek
rysunki: Gustaw Grygier
animacje: Piotr Starzyński
obsada: Bibianna Chimiak, Marta Giers-Sanecka, Karolina Sabat
premiera: 19.09.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: