AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Ciekawostka przyrodnicza

Historyk teatru, krytyk teatralny i literacki oraz tłumacz książek. Pracowała w Instytucie Sztuki PAN, Ministerstwie Kultury, była redaktorem naczelnym wydawnictwa Egmont. Współpracowała z TVP. Jest stałą współpracownicą Polskiego Radia. Publikowała w czasopismach poświęconych sztuce, literaturze i teatrowi (m.in. w „Dialogu” i „Teatrze”).
A A A
Fot. Magda Hueckel  

Kiedy byłam mała, a było to dawno, dawno temu, do Warszawy przyjechał wieloryb, którego można było zwiedzać od środka, wchodząc po schodkach, za biletami, na Placu Defilad. Skórę miał jak mumia Lenina, którą podziwiałam znacznie później, tylko że czarną. Był wielki i miał fiszbiny do cedzenia planktonu, których można było dotknąć. No i ta skala! To była dopiero ciekawostka przyrodnicza w wydaniu organoleptycznym. Nikt się nie nudził.

Dzień przed Dniem Dziecka także znalazłam się w brzuchu wieloryba. W Nowym Teatrze, w postindustrialnej sali przed remontem, na Pinokiu, reklamowanym jako pierwsze przedstawienie dla dzieci w tym dorosłym i poważnym teatrze, i przedstawienie mające ambicje odpowiedzenia na poważne pytanie, co to znaczy „być sobą”? Reżyserka Anna Smolar usiłuje – z marnym skutkiem (vide koszmarnie mętny spektakl Jedną ręką, Teatr Studio, 2009) – wylansować na polskim gruncie Joëla Pommerata, znanego głównie we Francji dramatopisarza, reżysera i producenta nazywającego siebie „autorem teatralnym”. Laureata licznych lokalnych nagród, autora dwóch tuzinów sztuk, po części adaptowanych, czyli, jak się to dziś mówi, przepisanych na nowo i przez siebie wystawianych. W tym Czerwonego Kapturka, Pinokia i Kopciuszka.

Stary, dobry i wciąż okropnie okrutny Carlo Collodi – nawet w współczesnej wersji językowej Jarosława Mikołajewskiego – najwyraźniej Annie Smolar nie wystarcza. Proszę bardzo, wszak historia Pinokia, opisana w II połowie XIX wieku, dawno przeszła do domeny publicznej, doczekała się tysięcznych przeróbek i mutacji (w tym rosyjskiej, w postaci Buratina pióra Aleksego Tołstoja), a przede wszystkim licznych wersji filmowych, w tym animowanej, firmowanej przez Disneya. I to z nim reżyserka wojuje, abstrahując zupełnie od bogatej i długiej tradycji scenicznej tego utworu i zakładając, że wyłącznie ten infantylny wizerunek „chłopczyka w tyrolskim ubranku” odbiorcy mają w pamięci. U Pommerata w tłumaczeniu Maryny Ochab zachwyca ją współczesny język. „Tekst jest bardzo zmysłowy, krwisty, poprzez postać z drewna opowiada o ciele, bólu, przyjemności” – mówi w wywiadzie. „Autor dokonuje wyraźnych skrótów, jego Pinokio jest zdecydowanie mniej epicki. Skupia uwagę na materializmie głównego bohatera”. Mocno na wyrost komplementy, zwłaszcza, gdy samobójczo cytuje się w programie (po przystępnej cenie dwóch złotych) fragment nowego przekładu Pinokia Collodiego pióra Jarosława Mikołajewskiego.

Same zalety. No to dlaczego nie zachwyca, skoro ma zachwycać? No cóż. Po Enter, zrealizowanym przez Annę Smolar wraz z Jackiem Poniedziałkiem „gejowskim musicalu” uświetniającym Europride 2010, napisano, że „jest być może lepszy jako projekt niż jako spektakl”. Również Pinokio jest zdecydowanie lepszy jako projekt. Bo i uniwersalny bohater na afiszu, i produkcja renomowanej firmy, i międzynarodowa reżyserka o doskonałych towarzyskich koneksjach w Warszawie, i świetni aktorzy, i żywa muzyka, i zaskakujące efekty przestrzenne, i życzliwe zapowiedzi, i granie za darmo na Dzień Dziecka… Same zalety. No to dlaczego nie zachwyca, skoro ma zachwycać? Są wszystkie niezbędne składniki wyjściowe, a jednak nie…?

Bo, w przeciwieństwie do zwiedzania wypchanego wieloryba na Placu Defilad, przedstawienie jest nudne. Nudne jak flaki z olejem mimo całego zawodowego podejścia do zagadnienia, podejścia jak najbardziej poważnego i ambitnego, zaangażowanej gry aktorskiej. Jest „epickie” w najgorszym, zabójczym dla teatru adresowanego do dzieci w wieku szkolnym, sensie tego słowa. Składa się z długiej, rozwlekłej, niespójnej opowieści z narratorem (Monika Babula); jest skandowaną – czasem nawet na rockowo – bajką, która nie wnosi nic nowego, a postacie głównych bohaterów (Lisa i Kota, Wróżki et consortes) tracą tożsamość rodem z Collodiego, nie zyskując w zamian nowej. Nawet pomysł na scenografię – wielofunkcyjne żebrowanie z żaluzjową kurtyną, które jest i szkołą, i polem, na którym mają rosnąć pieniądze, i więzieniem, i rockowa estradą, i wyspą, na której nastawione konsumpcyjnie do życia dzieci zmieniają się w osły, okazujące się na koniec brzuchem wieloryba, nie jest nowy i w ostatnich latach był kilkakrotnie wykorzystywany na polskich scenach (Teatr Polski w Warszawie, 2010; Teatr Lalki i Aktora w Wałbrzychu, 2011).
 
Wszystko jest rozmazane, niewyraźne, niekonkretne i jakieś takie „w domyśle”, jak koncept podwójnej figury Pinokia, który sam siebie animuje – aktorka o ruchach „ludzkich” (Magdalena Popławska) porusza aktorką o ruchach mechanicznej lalki (Dominika Knapik), ale sens owego pomysłu nijak się w gruncie rzeczy nie tłumaczy, chyba że jakimś psychoanalitycznym mętniactwem, zawieszeniami interpretacyjnymi, czego scena dla dzieci nie znosi. Czy dla jednego efektu, gdy po półtoragodzinnej akcji „sztywna” połowa Pinokia zaczyna podskakiwać z radości, wymachiwać rękami i tańczyć (w tym układzie ta druga, dotąd „mówiąca” połowa właściwie powinna się udać za kulisy) warto się było bawić w te sobowtóry i skomplikowaną choreografię? To pomysł rodem z teatru lalkowego, gdzie aktor animuje marionetkę, tylko mało rozwojowy. Notabene jedyną lalką na scenie jest drewniany pajacyk, ruchoma, pociągana za sznurek zabawka (mam taką samą, produkcji czeskiej), którą wieszają źli ludzie zamiast obu pajaców z żywego planu. Taka metafora, jaka zabawka. 

Przedstawienie jest „epickie” w najgorszym, zabójczym dla teatru adresowanego do dzieci w wieku szkolnym, sensie tego słowa. Pinokio ciągle kłamie, bo chce być bogaty i wychodzić na lepszego, niż jest. Poza chciwością i pogardą dla biedy (czyli pogardą dla ojca, który go wystrugał z bambusowego kijka) nie ma w swym życiu pajaca żadnych motywacji. Jest przy tym wyjątkowo nieinteligentny – w ogóle nie uczy się na błędach. Gust też ma nie najlepszy. Jego kobieca fascynacja, nazwijmy ją Gwiazdą (Magdalena Cielecka), bo poznaje ją jako solistkę zespołu rockowego, zastępująca w tej sztuce Dobrą Wróżkę, nie jest żadnym etycznym drogowskazem, co najwyżej mąci mu w drewnianej głowie pytaniami bez odpowiedzi i wciela się w kusiciela do złego. Pinokio, wyjątkowo podatny na złe wpływy, trafia do ułudnej Krainy Prawdziwego Szczęścia zwabiony obietnicami, że tam się nigdy nie śpi, pije alkohol, używa używek, nic się nie robi i ogląda filmy pornograficzne. Za pławienie się w tym szczęściu zostaje (przez tamtejszego szefa, wykreowanego na ruskiego mafioso – w tej roli, jak i w rolach nauczyciela, sędziego, więziennego dozorcy występuje Maciej Stuhr) zamieniony w osła. Antypatyczna rozdwojona figura, której właściwie można życzyć tylko wszystkiego najgorszego, a sobie – żeby się wreszcie skończyło. Pomieszanie jego przygód wylosowanych na chybił trafił z oryginału nie daje żadnej nowej jakości. Nie wierzymy, że ma jakieś ludzkie uczucia – do ojca czy do wspomnianej damy. Karę za hedonizm – przemianę w osła – Pommerat wziął prosto z oryginału. Podobnie jak koncept na rybę, w której Pinokio odnajduje zagubionego ojca.

Odwróceniem sytuacji było zapakowanie – po przerwie – całej publiczności do brzucha wieloryba, którym okazuje się ażurowa drewniana żebrowana konstrukcja, z której opadają płachty ze spadochronowego nylonu i zamykają nas jak w kapsule. Niewygodę fizyczną trwania na podłodze sceny rekompensują cieniowe projekcje przedmiotów pochłoniętych przez owego Lewiatana, które razem składają się na asortyment sporego supermarketu. Odnalezionemu tamże ojcu Pinokia jest tam dobrze, biedak wreszcie ma co jeść i w ogóle mu nie wadzi, że w lokalu „jedzie rybą”. Pinokio wciąż ma nos z drewna, bo jeszcze się nie do końca nie uczłowieczył, ale jemu ten smród przeszkadza. Wpada w depresję, nie może spać, więc zanudza swego gospodarza-wieloryba logoreą, wygadywanymi bez najmniejszej przerwy monotonnymi reminiscencjami swoich nieszczęść. (To – oddajmy autorowi sprawiedliwość – oryginalny pomysł Pommerata – nękanie gadaniem zamiast podpalania). Gada, gada, gada, aż zwierz nie wytrzymuje, dostaje odruchu wymiotnego i wraz z tatusiem wypluwa go na brzeg, czyli na widownię, gdzie nie ma widzów, nadal uwięzionych w wielkim brzuchu. A tam, już bardzo grzecznie, przeprasza tatusia, że celowo przyczynił się do opuszczenia owego pływającego magazynu dóbr, i obiecuje, że nie będzie odtąd tak dobrym chłopcem, jak tatuś oczekiwał, ale sto razy lepszym. Więc morał poczciwy: bunt się nie opłaca, a konformizm za uczłowieczenie okazuje się nie być ceną wygórowaną. Kwiaty, owacje, bisy.

***

Dzieciom na poduszeczkach było na podłodze fajnie – premierowym mamusiom na szpilkach, upchniętym jak sardynki w puszce już z pewnością mniej fajnie. Ja nie byłam na szpilkach, ale niefajność mojego odbioru powodował brak teatralnej satysfakcji – marny tekst, nudna, monotonna akcja i nieprzystające do tematu, śmiertelnie sieriozne wykonanie. Mimo najszczerszych chęci nie uśmiechnęłam się ni razu, za co spotkała mnie kara. Jacek Poniedziałek (również premierowy widz) pomagając unieść zasłonę, spod której pragnęłam się jak najszybciej wydostać, poczęstował mnie tekstem: „Pani taka ponura, że nie wiem, czy zdoła pani o własnych siłach opuścić brzuch wieloryba”. Zdołałam – i z ulgą opuściłam brzuch zdechłego wieloryba.

16-06-2014

galeria zdjęć Pinokio, reż. Anna Smolar, Nowy Teatr w Warszawie Pinokio, reż. Anna Smolar, Nowy Teatr w Warszawie Pinokio, reż. Anna Smolar, Nowy Teatr w Warszawie Pinokio, reż. Anna Smolar, Nowy Teatr w Warszawie ZOBACZ WIĘCEJ
 

Nowy Teatr w Warszawie
Joël Pommerat
Pinokio
przekład: Maryna Ochab
reżyseria: Anna Smolar
scenografia: Anna Met
kostiumy: Anna Nykowska
muzyka na żywo: Natalia Fiedorczuk, Karolina Rec
obsada: Monika Babula, Magdalena Cielecka, Dominika Knapik, Łukasz Kos, Zygmunt Malanowicz, Piotr Polak, Magdalena Popławska, Maciej Stuhr
premiera: 31.05.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: