AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

K/97: To nie jest fajka. Dyslokacja

 

1.
Trwa festiwal rozliczania Prawa i Sprawiedliwości z obietnic przedwyborczych. Pretekstem jest oczywiście owo magiczne sto dni, jakie minęło od powołania nowego rządu. I ja chciałbym upomnieć się o to, co obiecano. Tyle że nie w kampanii 2015 roku, a pięć lat wcześniej. Niestety, w pewnych sprawach mam dobrą pamięć. Więc pamiętam, że w 2010 roku ówczesny kandydat na Prezydenta RP Jarosław Kaczyński powiedział na jednym z wieców wyborczych, że nie rozumie, dlaczego na przykład w Siedlcach jak dotąd nie ma teatru. Siedlce zasługują na teatr! Pan prezes poprzysiągł wówczas, że osobiście dopilnuje, żeby stały teatr w Siedlcach powstał. „I ja wam mówię, będzie teatr w Siedlcach!” – brzmiała ta niezapomniana fraza, można to sprawdzić w archiwach Telewizji Polskiej. Pamiętam ten ogień w oczach pana prezesa, Jarosław Kaczyński był chyba pierwszym politykiem wolnej Polski, który liczył, że wygra wybory, obiecując obywatelom z jednej tylko miejscowości coś tak niepraktycznego z punktu widzenia Realpolitik jak teatr. Siedlce. Kampania. Teatr. Nigdy nie byłem w Siedlcach, ale sądząc przynajmniej z liczby mieszkańców, teatr należy się im jak rybie woda. W tym właśnie momencie pierwszy raz w życiu pomyślałem o panu prezesie jakoś tak ciepło i skłonny byłem uwierzyć Monice Strzępce, że Jarosław Kaczyński lepiej niż inni rozumie potrzeby polskiego ludu.

Wprawdzie prezydentem został wtedy kto inny i pięć lat minęło, i na szósty rok idzie, ale poważne obietnice składane wyborcom nie kasują się jak żółte kartki w fazie pucharowej Piłkarskich Mistrzostw Świata. Przynajmniej nie powinny. No i co teraz z tym pomysłem? Pięć lat ciszy na temat teatru w Siedlcach jestem w stanie jakoś wybaczyć, w końcu PiS był w opozycji i miał ważniejsze sprawy na głowie. Chyba nie bardzo się pomylę, jeśli założę, że Jarosław Kaczyński ma na obecnego prezydenta jakiś wpływ. Na rząd Beaty Szydło jak mniemam również. Mógłby więc z powodzeniem zacząć się krzątać koło tej słusznej sprawy. Wypadałoby zacząć już coś załatwiać, ruszyć z inwestycją, powołać komitet organizacyjny, przymierzyć się do adaptacji jakiejś przestrzeni albo choćby wyznaczyć teren pod budowę. Oczywiście wiem, że pierwszy ruch należy do władz samorządowych, ale przecież to nie one obiecywały. Inicjatywa powinna być jednak po stronie obiecującego. Więc ten nowy teatr w Siedlcach niekoniecznie musi być instytucją samorządową. Mógłby być na przykład współprowadzony przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Nie mam pojęcia, kto rządzi teraz w Siedlcach, prawica czy lewica… I czy pomogłaby zrealizować ideę pana prezesa, czy rzucałaby kłody pod nogi, jak nie przymierzając Trybunał K. Ale do pomysłu otwierania nowych teatrów jestem bardzo przywiązany. Jak ja się cieszyłem, kiedy powołano Nowy Teatr w Słupsku! I analogicznie: jako wrażliwy licealista płakałem po zamknięciu sceny w Grudziądzu.

Panowie politycy, otwierajmy nowe teatry! Można przecież awansować do tej rangi jakiś szczególnie prężnie działający miejski dom kultury, rozbudować lub doposażyć mu salę. W końcu tyle dziś teatrów chce działać jak domy kultury. więc kierunek odwrotny, w którym to domy kultury stają się teatrami, nie powinien nikogo specjalnie dziwić. Niech ten teatr w Siedlcach będzie malutki, na dziesięć etatów techniczno-administracyjnych i kilka artystycznych. Niech produkuje dwa własne spektakle rocznie, ale gra przynajmniej trzy razy w tygodniu, w piątek, sobotę, niedzielę, niech się wspomaga impresariatem, ściąga kameralne zawodowe i amatorskie widowiska z całej Polski. Niech wychodzi z ofertą do widzów, w plener. Może nawet mieć w statucie, że będzie grał wyłącznie klasykę. Bez skreśleń i udziwnień. Zgodzę się również, by jedno z tych dwóch własnej produkcji przedstawień było musowo utrzymane w duchu patriotycznym. Niech będzie, byle teatr był.

Panie prezesie, Siedlce trzymają Pana za słowo.

Ale, ale… skoro już Siedlce zostały tak wyróżnione, czy nie warto w dalszej perspektywie pomyśleć o ścianie wschodnio-południowej, nadrobić braki kulturowe z czasów zaborów i komunizmu? Zawsze wydawało mi się czymś horrendalnym, że Przemyśl, Zamość, Nowy Sącz, Nowy Targ, Krosno nawet stoją niżej w hierarchii zinstytucjonalizowanej teatralności w stosunku do porównywalnych rozmiarami miast jak Kielce, Radom, Wałbrzych, Legnica. Stały teatr to jest stały teatr. Moim skromnym zdaniem bywa ważniejszy niż prowincjonalne lotnisko. Nobilituje aspiracje kulturalne lokalnej społeczności, skupia postępową i wrażliwą młodzież. Czy PiS nie powinien w nie zainwestować? Bo kto, jak nie artyści z małych ośrodków będą obsługiwać lokalne imprezy rocznicowe: lada chwila sto tysięcy członków grup rekonstrukcyjnych przejdzie do sił samoobrony i MON-u i wolny czas spędzać będzie na poligonach, któż więc zajmie się inscenizacjami rzezi wołyńskich? No kto? Aktorzy z nowych teatrów!

Nie wiem, jak ma ostatecznie wyglądać polityka teatralna nowej władzy, dostajemy sprzeczne sygnały, desant chwilowo odwołany, może więc jednym z jej zadań priorytetowych powinna być opieka państwowa nad terenami teatralnie niedoinwestowanymi? Przesuwanie środków z jednego narodowego teatru do drugiego, karanie twórcy nieprawomyślnego, a nagradzanie grantem tego, który wspiera dobrą zmianę na dłuższą metę jest zajęciem jałowym i zbyt łatwo odwracalnym przy kolejnym politycznym rozdaniu. Któż jednak odważyłby się zamknąć nawet najbardziej nierentowną scenę powołaną do życia przez poprzednią władzę w regionie dotąd teatralnie zaniedbanym? My, dziennikarze kulturalni, zjedlibyśmy takiego decydenta żywcem. Toż to misja przecież! Polityka równych szans, walka z wykluczeniami w kulturze. A więc panie prezesie, panie ministrze, idźcie śmiało w nowe inwestycje i ku nowym instytucjom. Drogi ważne, dzieci ważne, ale teatry również. Bo gdzie te dzieci, które się narodzą z programu 500 plus pojadą po tych nowych drogach zbudowanych z naszych i europejskich pieniędzy? No gdzie? Do pracy za granicę? Na kabareton lub disco w sąsiedniej wsi? Lepiej chyba, żeby pojechały do najbliższego teatru na Odprawę posłów greckich i Rzecz listopadową.

Pierwsze lata po przełomie 1989 roku to był czas przekazywania siedzib i sal teatralnych bezdomnym i zasłużonym dla twórcom polskiego offu: dostały swoją scenę poznańskie Ósemki, łódzkie Siódemki, lubelskie Provisorium, szczecińska Kana. Miasta wzięły na siebie obowiązek współfinansowania tych teatrów. Kolejny krok został wykonany w minionej dekadzie, która charakteryzowała się wchodzeniem teatrów repertuarowych do przestrzeni postindustrialnych i akcją powoływania prywatnych i gwiazdorskich teatrów, które adaptowały na swoje potrzeby kina, sale balowe i kamienice. Może teraz już czas na trzecią falę zmian: powołanie teatrów instytucjonalnych w ośrodkach miejskich dotąd ich pozbawionych i znaczące finansowe wspomożenie ruchu amatorskiego. Granty to za mało. Trzeba wizji.

Jakiś czas temu w TVN w programie Tak jest! młoda poznańska posłanka .Nowoczesnej o germańsko brzmiącym nazwisku daremnie protestowała przeciwko dofinansowaniu prywatnej uczelni sumą zabraną z Ministerstwa Kultury, bo to oznaczałoby, że uszczuplone zostaną budżety kilku teatrów współprowadzonych przez MKiDN. Reprezentujący PiS Andrzej Jaworski dał jej i widzom dowcipnie do zrozumienia, że nie widzi różnicy między teatrem studenckim działającym w toruńskiej szkole ojca Rydzyka a wrocławskim Teatrem Polskim. Uczepiłbym się tej myśli jak kleszcz. Jak kleszcz.

Skoro teatr na Rydzykowej uczelni może przynajmniej teoretycznie dostać tyle samo środków, co najlepsza scena w kraju, inne amatorskie grupy mogłyby również liczyć na łaskawość nowej władzy. Choćby ceną za dofinansowanie było przesiedlenie na tereny ubogie w teatr.

Nierównomierna dyslokacja teatrów w Polsce spędzać powinna decydentom sen z powiek. Czemuż dalej wzmacniać mamy teatralną Ścianę Zachodnią? Ścisk tam przecież i tłok. Czemu w Warszawie, na Śląsku i w Poznaniu jest tak dużo teatrów? Może za dużo. Nie sposób utrzymać wszystkich. Może Ministerstwo w porozumieniu z samorządami powinno zacząć wielką akcję przesiedleńczą? Celowo nie używamy tu terminu deportacja, bo się źle kojarzy. Zmiana środowiska nie była by przecież karą dla artystów, ale nagrodą za dotychczasowe poszukiwania, nową szansą na zdefiniowanie priorytetów programowych. Czy Teatr Druga Strefa nie odżyłby repertuarowo i nie odkuł się finansowo przeniesiony na trzy sezony do Zamościa? Czy Paweł Łysak i Paweł Sztarbowski poradziliby sobie z Teatrem Powszechnym z siedzibą w Nowym Sączu? Dyrektor Torończyk od lat z powodzeniem łączy dyrektorowanie w Lublinie i Warszawie, łódzki Teatr im. Jaracza ma sceny zamiejscowe, gra w okolicznych miejscowościach. Może oprzeć na tych przykładach nowe rozwiązanie systemowe? Czyż nie warto na przykład dołożyć dyrektorowi Klacie obowiązku utrzymywania sceny filialnej w Nowym Targu? Wspomożona z budżetu Ministerstwa Krystyna Janda mogłaby utworzyć ogólnokrajową sieć Teatru Polonia. Spektakle w lokalnych obsadach czekałyby tylko na jej przyjazd i można byłoby grać do oporu. Powiecie, że od paru lat tę rolę spełnia akcja Teatr Polska. Owszem, ma swoje zalety, ale i wady. Artyści zjeżdżają na prowincje jak metropolitalne niebieskie ptaki, zagrają event i bez żalu wyjeżdżają, a przecież teatr to mozolna praca u podstaw, obecność w lokalności, regularna praca z młodzieżą. 

Spekuluję i bawię się w hiperbole, bo opisana przeze mnie hipotetyczna przestrzeń centralnego zaangażowania teatralnego to na zdrowy rozsądek jedyna szansa na zdobycie przez nową władzę paru punktów wizerunkowych.

Nawet ludzie, których na co dzień nie bardzo lubimy, mogą przecież zrobić coś dobrego dla teatru.

2.
Trwają poszukiwania dyrektora naczelnego dla wrocławskiego Teatru Polskiego. Marszałek dolnośląski jest zdecydowany rozpisać konkurs, Krzysztof Mieszkowski chce pozostać na stanowisku. Marszałek tłumaczy, że zgodnie z zeszłoroczną umową-ugodą z dyrektorem artystycznym Polski potrzebuje żelaznej ręki menedżera. Mieszkowski sam w konkursie nie wystartuje, straszy rozpadem zespołu i zaprzepaszczeniem dotychczasowego dorobku i pozycji wrocławskiej sceny. Na to Marszałek argumentuje, że niewykluczone, iż nowy dyrektor naczelny zostawi Mieszkowskiego na stanowisku zastępcy do spraw artystycznych.

Kołonotatnik wypracował rozwiązanie, które zadowoli obie strony, a być może będzie też nowy początkiem dla dolnośląskiej kultury. Proponuję, żeby w parze z posłem Krzysztofem Mieszkowskim w konkursie na dyrektora Teatru Polskiego wystartował jego szef, lider .Nowoczesnej – Ryszard Petru. Zarządzał już zasobami ludzkimi, wyższe wykształcenie posiada, pozyskiwanie środków zewnętrznych ma w małym palcu, poza tym charyzma, bankowość, tak zwany future. No i wszystkie Ryśki to fajne chłopaki. Ryszard Petru mógłby być idealnym słupem dyrektorskim (idea dyrektora-słupa jest coraz popularniejsza, zaczyna się ją testować na wielu polskich scenach), zajęty polityką nie mieszałby się do spraw artystycznych, więc w Polskim decyzje repertuarowe podejmowałby Mieszkowski. Oddaję ten pomysł za darmo, ale panowie powinni się pospieszyć, bo chodzą słuchy, że do Polskiego wystartuje Jacek Zembrzuski w tandemie z Krzysztofem Jurgielem.

3.
A w Krakowie koniec świata. To znaczy konkursy dyrektorskie w Teatrze Słowackiego i w Ludowym. No i Krzysztof Jasiński ujawnił nazwisko swego następcy w Teatrze STU: będzie nim Krzysztof Pluskota. Za wszystkich następców i kandydatów trzymamy kciuki: niech wygra lepszy! Zaciekawiła mnie jednak pewna sytuacja formalna, jaka zaistniała w konkursie na szefa Ludowego. Otóż Jerzy Fedorowicz junior startuje jakby dwa razy. To znaczy w dwóch wariantach-układach osobowych. Raz w parze z Pawłem Szumcem, a raz z Piotrem Waligórskim. W jednym tandemie jest naczelnym, a w drugim zastępcą dyrektora do spraw administracyjnych. Czy jakoś tak. Regulamin dopuszcza taką możliwość, więc nie ma sprawy. Nie zazdroszczę jednak członkom komisji, którzy będą rozstrzygać, które z wcieleń kandydata jest ciekawsze i lepiej rokuje. Bo gdyby na przykład istniał tak zwany ścisły finał konkursu, w którym o głosy komisji rywalizowaliby dwaj najlepsi kandydaci lub dwie najlepiej dogadujące się pary, a zbiegiem okoliczności byłby to akurat tandemy z Jerzym Fedorowiczem juniorem w składzie, doszłoby do zabawnego paradoksu. Jerzy Fedorowicz junior przegrałby i wygrałby w tej samej chwili – jakikolwiek nie byłby werdykt komisji konkursowej. Zostałby i nie zostałby dyrektorem Ludowego. O podwójnym statusie ontycznym dyrektora rozpisywaliby się najlepsi filozofowie Europy.

2-03-2016

Komentarze w tym artykule są wyłączone