AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Gejsze niedzisiejsze

Madame Butterfly, reż. Giancarlo del Monaco, Opera Wrocławska
Profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, filolog, medioznawca, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr. oraz w Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta. Autor, współautor i redaktor książek z zakresu literaturoznawstwa i medioznawstwa. Był recenzentem teatralnym, m.in. „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Gazety Prawnej”.
A A A
 

Wrocławska premiera porwała publiczność muzyką Pucciniego i kreacją Anny Lichorowicz w roli Cio-Cio-San, gdyż libretto Madame Butterfly nie wytrzymuje próby czasu. Po Sali samobójców, Sponsoringu czy Bejbi blues historia zbałamuconej przez porucznika US Navy japońskiej nastolatki raczej już nikogo nie podnieci, nawet jeśli uznamy, że to protest przeciw seksturystyce – reportaże w mediach są mocniejsze.

Dostrzegam we wrocławskiej inscenizacji Madame Butterfly kosmiczną omyłkę interpretacyjną. Zapewne Giancarlo del Monaco czuł językowy i obyczajowy anachronizm dzieła Pucciniego, lecz odważny pomysł reżysera, by postać i losy pięknej gejszy teleportować do Nagasaki po atomowej zagładzie, ma na tle wyśpiewanego melodramatu średni sens. Libreciści Giacosa i Illica jednak nie pisali scenariusza filmu Hiroszima, moja miłość, lecz sentymentalną, nie zaś traumatyczną baśń, czerpali z tradycji Japonii przełomu XIX i XX wieku, nie z horroru II wojny światowej.

Zresztą nic w ariach i duetach dwojga imion Butterfly/Cio-Cio-San apokalipsy nie zapowiada. Znacznie bliżej stąd do klimatów powieści tajemnic Sue niż naturalizmu Zoli, więc o koszmarach w stylu bohaterów Resnaisa trzeba zapomnieć. Dlatego świat przedstawiony tej cywilizacyjnej antybaśni – choć James Valenti jako Pinkerton wystąpił na początku spektaklu z gołą pupą – mnie nie urzekł. Kulturowego miszmaszu jest tu po prostu za dużo i jest to mikstura w stylu pop. Oglądamy operowy komiks, tworzony przez dowolnie spuzzlowane cytaty-powidoki – trochę tu klimatów z M.A.S.H, taniego kina noir, designu epoki z czasów Tramwaju zwanego pożądaniem czy musicalowych zabaw w stylu Na przepustce.

Awangardowa scenografia Williama Orlandiego owszem, stoi na scenie, lecz nie wywołuje ani interesujących interpretacji aktorskich, ani nieznanych dotychczas emocji. Oto spotykamy pięknoducha i seksoholika Pinkertona oraz jego łatwowierną gejszę pod betonowymi estakadami Nagasaki. Powiedzmy, iż hipsteryzujący porucznik zamieszkał w kopii wrocławskiego placu Społecznego, w spiętrzonych kontenerach na tle zamkniętych na głucho sklepików i barów. Powstało coś na kształt sklepów cynamonowych w pejzażu postkomunistycznego Sin City. Betony, szarości, stal. Nawet bohaterowie drugiego planu snują się po scenie okutani w szare kostiumy.

Zdumiewające i nieprawdopodobne. Estakady nie wiodą żadnych aut, kontenerowe fawele zdają się wrzucone w jakąś kosmiczną dziurę. Na słowo wierzymy, że to port. Ludzi tu jak na lekarstwo. Raczej pustelnia niż otchłań. Gdzieś w tle opowieści o nabrzeżu, przepływających okrętach, miłosnej tęsknocie. Amerykańska flaga smętnie zwisająca z masztu. Parada wojskowego jeepa na baterie. Gangsterzy i jeden filantrop – konsul Sharpless (trochę usztywniony Valdis Jansons), który jakąś litość Butterfly okazuje, choć i on nie jest bez winy, wszak udzielił ślubu cynikowi Pinkertonowi według prawa japońskiego, umożliwiając porzucenie młodziutkiej żony, gdy znużył go seks, który uprawia chętnie, a co tłumaczy inicjalną scenę kąpieli.

Wykorzystana seksualnie Butterfly przez trzy lata głównie śpiewa, wychowuje syna, czeka na okręt lubieżnego porucznika oraz pierze w balii. Czasami spogląda w niebo, widząc gwiazdy mimo warstw grubaśnego betonu. Przekomarza się także ze swą służącą Suzuki oraz prowadzi rachunki domowe. Z pewnością nie jest to kino akcji i część publiczności dyskretnie poziewuje, zwłaszcza gdy orkiestra kołysze do snu gejszę snującą się bez słów wokół kontenera przez bity kwadrans. Aż się prosi, by wpuścić w tym momencie na scenę duchy, dziwożony, rusałki, syreny, koty czy co tam jeszcze fruwa, skacze lub pływa w japońskiej mitologii. Byłyby chagallowskie marzenia senne, nie zaś niemy pomnik niewinności uciśnionej.

Finał zaskakuje. Pinkerton tchórzy i zwiewa przed powtórnym spotkaniem. Z kolei zmanierowany książę Yamadori (Łukasz Rosiak) – przywódca gangu – starając się daremnie, acz uparcie o względy Cio-Cio-San, z pogardą żegna konającą gejszę, gdy ta, porzucona i zmuszona do oddania syna amerykańskiej partnerce Pinkertona, popełnia efektowne samobójstwo za pomocą sztyletu. Yamadori – powiedzmy tak – gra jej na nosie, a jego mafiosi porywają synka ze stosu opon za pomocą worka. Mniej więcej tyle tu werystycznego dramatu, ile w ekranizacjach prozy Rosamunde Pilcher.

Mimo to broniłbym postawy Butterfly – duma, ufność, honor, bezinteresowność kształtują piękno jej miłości. Jakie to dziś rzadkie. Może i dobrze, bo zamiast docinać papierowym postaciom chce się słuchać z zamkniętymi oczami śpiewu i muzyki, by nie ślepić za elektronicznym bannerem z tłumaczeniem arii. Orkiestra pod batutą Ewy Michnik zagrała soczyście, wielobarwnie, trzymając sugestywny rytm naprzemiennie jazzującej, lirycznej lub bawiącej się motywami orientu muzyki Pucciniego. Operowej, lecz zaskakująco nowoczesnej w brzmieniach.

Ta Madame Butterfly to jednak przede wszystkim wokalny popis Anny Lichorowicz. Anachroniczne libretto jest naiwne, ale to jej Cio-Cio-San, napędzając wątłą intrygę, przykuwa przez ponad dwie godziny uwagę absolutnie wszystkich widzów. Każda aria, każda scena z Jamesem Valentim wyzwalały euforię. Oklaski nie milkły. Miłosny duet z Pinkertonem Valentiego zaczarował salę – mocne głosy, czysta intonacja, swoboda, doskonałe współbrzmienie i wyrazistość godne każdej sceny. Oba talenty – Lichorowicz i Valenti – to mocne atuty wrocławskiego spektaklu.

Podobać się musi także mezzosopranowa Suzuki Barbary Bagińskiej. Mocno poniewierana przez sutenera Goro (zbyt upozowany Aleksander Zuchowicz) nie miała zbyt wielu okazji, by rozkwitać w zmysłowej kobiecości. Świat mężczyzn, który ją otaczał, to kolekcja dewiantów i bufonów, cały liryzm skupiła więc na relacji z Cio-Cio-San i jej synem. Czyniła to naprawdę udanie, starannie budując tło emocjonalne. Wokale Bagińskiej dopełniły piękno wielu scen.

Moją faworytką jest jednak najmłodsza z artystek – kilkuletnia Joasia Bunzler w roli Dziecka. Próbowałem zrozumieć, jak wytrzymuje potężne brzmienie orkiestry w tym ponurym świecie, dlaczego nie lęka się matczynego forte Butterfly wyśpiewanego tête-à-tête. Podziwiałem swobodę sceniczną podczas zabaw z modelem okręciku na kółkach, wyczucie dystansu wobec postaci i dekoracji, wreszcie anielską cierpliwość w scenie porwania. I z jaką elegancją młodziutka aktoreczka przebudziła się ze snu za półprzeźroczystą ścianą kontenera.

Żałuję, że Joasia nie zaśpiewała choć jednej piosenki. Skradłaby show dorosłym. Szary i smutny show. Jak w życiu każdej gejszy.

30-12-2015

 

Opera Wrocławska
Giacomo Puccini
Madame Butterfly
libretto: Giuseppe Giacosa i Luigi Illica
reżyseria: Giancarlo del Monaco
kierownictwo muzyczne: Ewa Michnik
światła: Wolfgang von Zoubek
scenografia i kostiumy: William Orlandi
premiera: 19.12.2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: