AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Pijana Sypialnia przywróciła mi życie

 

Rozmowa ze Stanisławem Dembskim, aktorem, pedagogiem teatralnym, reżyserem Teatru Pijana Sypialnia

Jakub Kasprzak: Rzeczownik „teatr” łączy się z takimi przymiotnikami jak „publiczny”, „komercyjny”, „alternatywny”, „offowy” i tak dalej. Jakie określenia pasują do Pijanej Sypialni?

Stanisław Dembski: Teatr Pijana Sypialnia jest niezależny, ponieważ nikt nas nie wspomaga finansowo. Jest teatrem wspólnoty, ponieważ tworzy go grupa młodych ludzi, którzy się ze sobą przyjaźnią. Jest teatrem muzycznym, ponieważ w spektaklach Pijanej Sypialni istotnym elementem jest śpiew. Można użyć także określenia teatr ruchu.

Powiedziałeś, że teatr tworzy grupa ludzi młodych…

No tak… Ja zostałem przez tę grupę tylko zaproszony do współpracy.

Jak to się stało?

W grupie, z którą prowadziłem warsztaty teatralne, wykształciło się grono pasjonatów. Postanowili oni pracować ze sobą częściej niż tylko dwa razy w tygodniu. Przyszli do mnie i powiedzieli, że chcą robić teatr „najlepszy na świecie”. Tak się wyrazili. To były osoby, które przyjechały do Warszawy na studia. Niektórzy nie podostawali się do szkół teatralnych, kilku miało związki ze szkołami muzycznymi. Zdążyli już zaistnieć twórczo w swoich ośrodkach na Podlasiu czy na Kaszubach. Teraz los rzucił ich do obcego miasta. Poczuli głód robienia czegoś i wpadli w moje szpony. Kochają teatr i teatr jest ich pomysłem na życie.

Z tego głodu powstali Osmędeusze?

Tak, nasz pierwszy spektakl. Chociaż nikt z nas nie pochodzi z Warszawy, Warszawa nas połączyła. Chcieliśmy zrobić coś dedykowanego temu miastu. Trafiliśmy na tekst Białoszewskiego, w którym przywoływana jest przedwojenna stolica wraz z jej folklorem, jej piosenkami. Początkowo graliśmy w dziwnych miejscach: w prywatnych mieszkaniach, w jakichś knajpkach, nawet w barze mlecznym – Prasowym. Pod koniec dnia, kiedy ludzie już wychodzili, ale nadal unosił się zapach leniwych i pierogów, my nagle zaczęliśmy pojawiać się, przebrani za przedwojennych warszawiaków. Rozlegał się dźwięk akordeonu. Tak to się zaczęło. Bywało, że na scenie było nas więcej niż ludzi na widowni. Z czasem przybywało nam fanów, rozbudowywaliśmy zespół. Pojawiali się wokaliści, instrumentaliści, ludzie związani z wydziałem Wiedzy o Teatrze. Następnym spektaklem było Wyjowisko. Na bazie pieśni Moniuszki i Chopina stworzyliśmy rodzaj staropolskiej śpiewogry. Chciałem rozśpiewać, roztańczyć i rozruszać zespół, dać im okazję do posmakowania klasycznego słowa, do przymierzenia się do kontusza. Komedia nie jest łatwą sprawą, ale Wyjowisko udało nam się, pojeździliśmy po festiwalach, powygrywaliśmy nagrody. W 2013 roku w corocznym rankingu miesięcznika „Teatr” spektakl został wspomniany przez Łukasza Drewniaka. Zafascynowało go, że sięgamy po taką zakurzoną ramotę i skutecznie bawimy nią współczesną widownię. Drewniak był na tym spektaklu nawet dwukrotnie. Chciał sprawdzić, czy za pierwszym razem nie trafiliśmy na specyficzną publiczność festiwalową. Ale przy kolejnym przedstawieniu ludzie bawili się równie dobrze.

A następna premiera to wasz słynny Wodewil Warszawski?

Tak. Ciągle się potykaliśmy o tę Warszawę. W budynku PAST-y mieści się Agencja Marketingowa Boom. Szefowa tej agencji zachwyciła się tym, co robimy. Postawiła nam scenę w pięknym patio wieżowca, dała 30 tysięcy złotych i powiedziała: zróbcie festiwal. A my jeżdżąc po Polsce i odwiedzając różne imprezy, poznaliśmy wiele teatrów, które teraz mogliśmy zaprosić do Warszawy. Tak powstał festiwal teatralny WrzAWA, na którym premierę miał Wodewil Warszawski. Przy tym projekcie poszliśmy na całość. Powołaliśmy do istnienia własną orkiestrę, której szefem został Daniel Zieliński, mieliśmy choreografa prowadzącego zajęcia taneczne. Spektakl został oparty na komedii Feliksa Szobera z 1876 roku. Zaczęliśmy klasycznie, w kostiumach z epoki, ale wszystko było jak z zacinającej się płyty, w muzyce powtarzały się skrecze. Sztuka Szobera opowiada o dwóch dziewczynach z prowincjonalnego miasteczka, które przyjechały z rodzicami do Warszawy szukać bogatych mężów. Na peronie z kolei czekają warszawskie andrusy, które chcą poznać bogate przyjezdne panienki. I tak się zaczyna. To jest opowieść o starej Warszawie, tej po której została już tylko muzyka, teksty piosenek, wyidealizowane wspomnienia. W drugiej części przedstawienia następuje przełamanie. Porzucamy fabułę tamtej ramotki i opowiadamy o współczesnym mieście. Pojawiają się gwiazdy telewizyjne, politycy, jest Hańdzia Walczyk. Gramy to już trzeci sezon, wszędzie jest przyjmowane entuzjastycznie. To miłe, bo wiemy, jaki jest w kraju stosunek do stolicy. Graliśmy teraz w Teatrze Starym w Lublinie, a wcześniej np. plenerowo w Starym Browarze w Poznaniu, gdzie na każdy spektakl przychodziło ponad tysiąc widzów.

W plenerze graliście także w Warszawie, nad Wisłą.

Tak, masz na myśli Teatr na leżakach. Akcję tę wymyślił Sławek Narloch, nasz aktor i dyrektor teatru. Graliśmy na nadwiślanych bulwarach. Występy przed ludźmi, którzy przyszli nad Wisłę bawić się, słuchać muzyki i pić piwo, były dużym wyzwaniem. Nie robiliśmy takiego teatru ulicznego, jaki dzisiaj jest popularny, to znaczy ze szczudlarzami i akrobatami. Nawiązywaliśmy do formy przedwojennych teatrów ogródkowych. Akcja wypaliła niesamowicie. Oglądały nas tłumy, zaczęliśmy być zapraszani na kolejne plenery, np. do Torunia, na krakowski Rynek. Odtąd cały czas dzwonią telefony.

Co postanowiliście zrobić po sukcesie Wodewilu…?

Poszliśmy dalej. Zastanowiliśmy się, jak Warszawa jest postrzegana przez tak zwaną Polskę B i C. Wyobraziliśmy sobie, że warszawscy hipsterzy wyruszają na prowincję. Tam namawiają tubylców do zaktywizowania się i promocji produktów regionalnych. Powstało widowisko inspirowane sztuką ludową, tańcami w rodzaju oberków i kujawiaków, ale wszystko wymieszane z hipsterskim sosem. Scenariusz Łojdyrydy napisali liderzy Pijanej Sypialni – Karolina Lichocińska wraz ze Sławkiem Narlochem. Jeśli chodzi o dalsze plany, jesteśmy w trakcie przygotowań Latarnika na podstawie noweli Henryka Sienkiewicza i innych jego utworów. Jako że mamy Rok Sienkiewiczowski, sięgamy po klasyczny utwór tego autora, żeby opowiedzieć o nas – o Polakach i o naszym patriotyzmie. Pośmiejemy się z naszego zadęcia narodowego. Premiera odbędzie się w maju. A Sławek przygotowuje Wesele Wyspiańskiego. Na przykładzie tego projektu widać, jak rozrósł się nasz skład. Wystąpi piętnastu aktorów, trzydziestu tancerzy z zespołu Woda na Młyn prowadzonego przez naszego choreografa Mariusza Żwierkę, dwudziestoosobowa orkiestra i szesnastoosobowy chór. A zaczynaliśmy od pięciu aktorów i akordeonisty. Rozrosło się nam to do ruchu.

To ilu jest was w tej chwili w zespole?

Prawie setka.

I wszyscy jeździcie na festiwale?

To jest kosztowne. Wielkie widowiska są nastawione raczej na Warszawę. Ale taką dwudziestopięcioosobową grupą z kilkunastoma aktorami, kilkoma muzykami, mną i choreografem już możemy się wybrać na festiwal. W plenerach nie korzystamy z żadnych dźwigów, szczudeł itp., więc musimy mieć minimum te osiem tańczących czy śpiewających par, żeby spektakl jakoś wyglądał. Wiem, że teraz z biedy wszyscy robią spektakle małoobsadowe, mieszczące się w jednym samochodzie i jeszcze ze scenografią w bagażniku. Ale jeśli chcemy robić widowiska plenerowe na wysokim poziomie, to musimy jeździć dużą grupą. Zresztą zdaję sobie sprawę, że zaproszenie nas i tak jest tańsze niż ściągnięcie operetki, teatru muzycznego czy opery. I tym wygrywamy.

Mówiłeś, że Wesele reżyseruje Sławomir Narloch, a nie ty…

Tak, to będzie pierwszy nasz spektakl nie w mojej reżyserii. Sławek sam chciał, zapalił się do tego pomysłu. Pijana Sypialnia żyje wyłącznie dzięki zapałowi jego członków. Młodzież gra, zajmuje się organizacją, promocją, sprzedaje spektakle. Ja już tego nie potrafię. Pomagam jak mogę, dzielę się doświadczeniem.

A co dostajesz w zamian?

Pijana Sypialnia przywróciła mi życie. Wychowałem się na teatrach, które można nazwać teatrem młodej inteligencji, czyli tak zwanym teatrze studenckim lat 70.-80. Jako młody człowiek dostałem się na staż do Teatru STU. Graliśmy w namiocie cyrkowym, mogłem oglądać całą tę maszynerię. Tam się wychowałem. Potem współpracę zaproponował mi Jurek Zoń, szef Teatru KTO, jednego z pierwszych w Polsce teatrów ulicznych. W KTO spędziłem 15 lat. Miałem dzięki temu teatrowi wspaniałą młodość. Był stan wojenny, a my wyjeżdżaliśmy non stop na festiwale w całej Europie. Kształtowała mnie forma teatru plenerowego. Dowiedziałem się, co to znaczy stanąć na rynku i zagrać przed przypadkową widownią. Trzeba swoimi działaniami po prostu porwać ludzi, bo inaczej oni sobie pójdą. To jest zupełni inny typ aktorstwa niż ten nastawiony na widza siedzącego w pluszowym fotelu. Wiedziałem, że tylko taki teatr chcę robić. Teatr, który wchodzi w jakąś obcą przestrzeń i sprawia, że w tym miejscu dzieją się rzeczy magiczne. Taki teatr nosiłem w sercu. Potem pracowałem w Jeleniej Górze, na etacie w normalnym państwowym teatrze. Tam także działy się fantastyczne rzeczy, ale były i takie, na które nie chciałem tracić czasu. Starałem się być uczciwy względem siebie i zrezygnowałem z tego etatu. Nie chciałem brać udziału w przedsięwzięciach, w których tak mało zależało ode mnie. Potem w pewnym momencie życia oklapłem i zajmowałem się już tylko pedagogiką teatru. I wtedy okazało się, że są jeszcze ludzie, którzy chcą robić teatr młody, silny, nastawiony na ryzyko. Ten czas to jest coś pięknego w moim życiu. Mam déjà vu.

Jak się utrzymujecie? Z grantów?

Jestem wrogiem grantomanii. Jak teatr miałby funkcjonować w oparciu o granty? Jeżeli dostanie pieniądze, to zrealizuje projekt, a jeżeli nie, to zostanie rozwiązany? My jeździmy po Polsce i gramy. Różne instytucje płacą nam za nasze spektakle. Za gotowe produkty. Wiadomo, jak działa system grantowy w tej chwili. Są ludzie, którzy świetnie piszą projekty i pozyskują pieniądze. Zdarza się, że ktoś dostaje 80 tys. złotych i organizuje za te pieniądze jednorazową imprezę, podczas której aktorzy odczytują teksty z kartek. I to jest wielkie wydarzenie ku czci, z którego nic potem nie zostaje. Gdybym miał taki budżet, to przez pół roku robiłbym fantastyczne rzeczy, z których korzystaliby i widzowie, i moi artyści.

To może warto spróbować napisać wniosek?

Myśmy też pisali. Nie wiem, czy nazwa Pijana Sypialnia bulwersowała, czy coś innego. Sławek jest w tym dobry, ale zawsze brakowało nam ze czterech punktów. Mogliśmy się odwoływać, z odwołań nigdy nic nie wychodziło. A projekty mieliśmy naprawdę szalone.

Więc nigdy nie dostaliście grantu?

Nigdy. W pewnym momencie się odpuszcza. Mówisz sobie: „nie, nie będę więcej na to liczył”. To jest trochę kłopotliwe, ale dzięki Bogu jakoś funkcjonujemy. Gramy, aktorzy zarabiają w systemie „jaśkowym”.

W jakim systemie?

U nas w teatrze obowiązuje przedwojenny system markowy, czyli dochód przedstawienia jest dzielony na poszczególne części – marki. My je nazywamy jaśkami, bo to bardziej pasuje do sypialni. System polega na tym, że otrzymuje się np. jaśki za staż w teatrze: trzy lata to są trzy jaśki. Za większą rolę dostaje się kolejne trzy jaśki, za mniejszą – dwa, za jeszcze mniejszą – jeden. Po spektaklu wychodzi, że jasiek wynosi np. 75 złotych. Czyli aktorka, która ma pięć jaśków, za przedstawienie dostaje 450 złotych. W system jaśków wchodzi się po roku pracy. Czyli rok zasuwasz za darmo – zakładamy, że się przyuczasz.

Da się z tego żyć?

W zespole są przeważnie młodzi ludzie, którzy jeszcze studiują. Raczej nie utrzymują się z teatru, ale teatr stanowi dla nich znaczny zarobek. Dzięki niemu nie muszą iść pracować do McDonalds’a. Teraz w Lublinie niektórzy wyciągnęli nawet 500 złotych za spektakl.

Świetna stawka.

Do tego hotel, śniadanie. Przed nami w teatrze Starym występował pan Gajos ze swoim monodramem z Teatru Narodowego, jeszcze wcześniej teatr TR Warszawa.

Nie macie siedziby…

Ludzie często pytają o naszą siedzibę. Odpowiadam, że jest na Facebooku. Mamy już prawie 10 000 fanów. To bardzo piękne.

Jakieś stałe miejsce na próby?

Dzięki uprzejmości Ośrodka Działań Artystycznych Dorożkarnia możemy odbywać próby w ich przestrzeni.

To, że wszyscy wykonawcy są młodzi, to założenie?

Zespół tworzą osoby mający od dwudziestu do trzydziestu lat. W zasadzie przyjmujemy ludzi od 22. roku życia. Chcemy, żeby byli już w jakiś sposób ukształtowani. Nie interesują nas nastolatkowie, którzy jeszcze nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Szukamy tych, którzy już wiedzą, że teatr jest dla nich najważniejszy. Górnej granicy wieku nie ma.

Czy w zespole są zawodowi aktorzy?

Interesują się nami zawodowcy, to znaczy ci, którzy skończyli szkoły teatralne i mają dyplomy. Na ogół jednak chodzi im wyłącznie o kreowanie własnego wizerunku. Na nasze próby przychodziło paru profesjonalistów. Prędzej czy później wybierali castingi i inne rzeczy. Chcieli jak najszybciej wejść na rynek, pokazać twarz w serialu. Myśleli, że wtedy będą się liczyć. A my jesteśmy skupieni na budowaniu wspólnej marki.

Ile czasu poświęcacie na próby?

Osobno odbywają się próby wokalne, osobno taneczne, osobno aktorskie. W sumie pięć dni w tygodniu. Kandydatów chcących wejść do zespołu przesiewamy w ten sposób, że wymagamy od nich od początku pełnego zaangażowania. Wtedy widzimy, czy teatr jest dla nich najważniejszy. Jeżeli jest, to się w tym trybie odnajdą. Jeżeli nie, padną po miesiącu. Rozliczamy też z efektów pracy. Jeśli ktoś przychodzi na zajęcia wokalne i w ciągu miesiąca nie jest w stanie opanować swojego głosu, to takiej osobie też dziękujemy. Niestety, musimy inwestować w ludzi, którzy nas popychają, a nie ciągną w dół.

Czy widzisz w działalności Pijanej Sypialni kontynuację idei, którą poznałeś w Teatrze STU i Teatrze KTO?

Tamten teatr był robiony w czasach komuny. Chodziło w nim o to, żeby powiedzieć ze sceny prawdę. Prawdę o tym, jak jest i co się czuje. Świat był szarobury. Mówiliśmy o tym, że potrafi być także piękny i mądry. A teraz teatr jest dla wrażliwych ludzi ucieczką od tego, co nas otacza. Niby żyjemy we wspaniałym świecie, o którym marzyłem w młodości. Półki w hipermarketach są pełne produktów. Ale w tym chaosie i komercjalizacji wszystkiego, kiedy liczy się tylko kasa, zapomnieliśmy, że tak naprawdę ważna jest rozmowa między ludźmi. Koledzy opowiadają mi, że w państwowych teatrach nie ma już atmosfery bufetów z dawnych lat. Nie ma wódeczek, nieformalnych spotkań. Kiedyś teatr to była rodzina, rozmawiało się, przeżywało każde wydarzenie. Teraz każdy tylko wpada, gra, ucieka, nie ma na nic czasu. W związku z tym to, co się produkuje w teatrach, traci smak. A my w Pijanej Sypialni miesiącami siedzimy, gadamy o tym, co by tu zrobić. Aktorzy przyjeżdżają do mnie do domu, jest ferment, żyjemy wspólnymi rzeczami. Dlatego w to wszedłem. Widzę, że teatr jest moim aktorom bardzo potrzebny. Wydaje się, że jest też potrzebny widzom. Zapraszają nas, oklaskują. Dlatego dalej wypruwamy żyły. Nazywają nas „teatrem vintage”, dziwnym, trudnym do sklasyfikowania. Ni to operetka, ni to teatr. To mi się właśnie podoba, niełatwo jest nas zaszufladkować. Pracujemy nad warsztatem, cały czas się rozwijamy, próbujemy stworzyć własną jakość.

Myślę o twoim języku reżyserskim. Patrząc na to, jak grupujesz postaci, jak je ścieśniasz i rytmizujesz ich działania, przychodzi mi do głowy, że inspiracją dla ciebie była twórczość Tadeusza Kantora.

Na pewno. Jestem z Krakowa, Kantor to jest mój guru. Widziałem na żywo Umarłą klasę i Wielopole…. Raz zobaczone przedstawienie zostaje do końca życia. Kiedyś porównywano moje spektakle także do przedstawień Lupy z jego złotego okresu sprzed piętnastu lat. Podświadomie zawsze się coś zasysa. Nie staram się z tego robić głównej wartości. Od nikogo świadomie nie zrzynam. Mam nadzieję, że nikt tego tak nie odbiera.

Czy działalność waszego teatru może służyć innym grupom za wzór?

Na pewno za wzór pewnej uczciwości i rzetelności. Wiemy, że nikt nie postawi nam bilbordów i nie staniemy się sławni, a mimo to ostatnio dowiedzieliśmy się, że studenci PR-u na Uniwersytecie Warszawskim uczyli się o Pijanej Sypialni jako teatrze, który ma wzorowo prowadzone działania marketingowe. Po prostu pracujemy. Po każdym przedstawieniu rosną nam lajki i to jest wyznacznik tego, czy się podobało. Jesteśmy otwarci. Z naszymi aktorami można po spektaklu normalnie porozmawiać, nie uciekamy do garderób. Staramy się być bliżej ludzi. 

Jeżeli wywiad z nami czytałby w tym momencie jakiś młody człowiek zastanawiający się nad założeniem własnego teatru, to co byś mu poradził?

Znasz to stare pytanie: czy kochasz siebie w teatrze, czy teatr w sobie? Jeżeli ktoś naprawdę musi, jeżeli czuje taką potrzebę… To tak, jak chce się być malarzem albo muzykiem – trzeba po prostu ciężko pracować. Nic nie przyjdzie łatwo. Myśmy mieli wiele momentów załamań, kiedy myśleliśmy, że nic już z tego nie będzie. Ale wierzyliśmy w to, co robimy. Ważne jest, żeby nie robić spektakli tylko dla swoich przyjaciół. Żeby grać w różnych miejscach, wychodzić do ludzi, pokazywać się. To jest bardzo istotne. Wszystko zależy od determinacji i od tego, jak mocno się to kocha.

23-03-2016

 

Stanisław Dembski - aktor, pedagog teatralny, reżyser Teatru Pijana Sypialnia w Warszawie.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Sąsiad
    Sąsiad 2016-06-21   12:53:15
    Cytuj

    Mnie też Pijana Sypialnia przewróciła życie, zwłaszcza noce, kiedy po ciężkim dniu chce odpocząć, a pijana sypialnia pode mną biesiaduje. Teraz jest już spokojniej, niestety obawiam się że nie na długo:-(