AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Sprawa wdzięku

Ani Diderot, ani Goethe (a za nimi Brecht) w rozważaniach swoich nie biorą pod uwagę sprawy wdzięku. Jeden Stanisławski uwzględnia ten czynnik, obok innych środków oddziaływania aktorskiego, nie otacza go jednak ani szacunkiem, ani sympatią.

Diderot i Goethe wydają się identyfikować wdzięk z elegancją i estetyzacją. Ale przecież my dzisiaj mówiąc o wdzięku co innego mamy na myśli. Jest to naprawdę najbardziej tajemniczy z aktorskich walorów. Ma jednak tak potężne dzisiaj znaczenie, że chyba wymaga choćby bliższego określenia. Wdzięk nie ma nic wspólnego z kunsztem, z rzemiosłem. Najogólniej można by powiedzieć (bez pretensji do ścisłości), że jest to specjalny dar budzenia sympatii u widzów. Może on polegać na bardzo różnych właściwościach. Czasem (zwłaszcza u kobiet) jest to coś, co w karykaturze przyjmuje formę minoderii: czarujący uśmiech (ach, te dołeczki!), szczególne mrużenie oczu, wdzięczny układ ust, harmonijność ruchów, a wreszcie bóstwo naszych czasów: seks. No, proszę mi zdefiniować seks! Na czym on polega. A wdzięk rozumiem jako pojęcie szersze, którego jedną z form jest właśnie seks. Poza nim może to być wdzięk humoru, intelektu lub nawet szczególnej brzydoty. Chodzi o to coś, co „bierze” publiczność, co budzi jej sympatię, a czasem wprost miłość, równie ślepą i bezkrytyczną jak w życiu.

Nie można identyfikować wdzięku z talentem, to na pewno nie to samo, choć istnieje między nimi niewątpliwy związek. Trudno by znaleźć przykłady wielkich talentów pozbawionych pewnej formy wdzięku, ale z drugiej strony wdzięk występuje nader często przy zupełnym braku talentu. Jest to więc jakaś właściwość, którą talent w sobie zawiera, ale która może też wystę-pować w formie „czystej”, bez jego udziału. Siła wdzięku jest potężna. Często przez czas długi może on zastępować kunszt i talent, zwłaszcza gdy jest wdziękiem młodości. Można nawet powiedzieć więcej: łatwiej jest zdobyć publiczność wdziękiem niż kunsztem i talentem. Jest więc wdzięk jak gdyby tą najskuteczniejszą forpocztą naszego ataku na publiczność. Ale trwałość jego zwycięstw jest wątpliwa. Rzekłbym, że wdzięk jest siłą, która niewłaściwie używana niszczy samą siebie i swego posiadacza. Zwłaszcza wtedy, gdy w zespole cech składających się na talent stanowi cechę główną. A wypadek to nierzadki. Wiele młodych aktorów i aktorek, rozpoczynając karierę, wysyła do boju przede wszystkim swój wdzięk i... zwycięża. Zwycięstwo jest efektowne i zrazu całkowite: wdzięk zostaje ogólnie zakwalifikowany jako talent, niekiedy nawet jako objawienie. Ale, jak się wyżej rzekło, wdzięk ma własności samobójcze. Szczególnie ten, który nazwę „dojrzałym”.

Znam bowiem trzy kształty wdzięku. Pierwszy — to wdzięk „prywatny”, nieuświadomiony, mimowolny. Nie ma on w ogóle znaczenia artystycznego, bo będąc całkowicie nieznanym posiadaczowi, nie może być użyty jako środek artystycznej kompozycji. Ten rodzaj wdzięku często występuje bez żadnego związku z talentem. Drugi kształt — to wdzięk „intuicyjny”. Ten już bywa narzędziem, środkiem artystycznego działania, stosowanym jednak półświadomie, intuicyjnie. Jest w ręku aktora bronią, której używa instynktownie, barwą, którą okrasza wszystkie swoje działania, bez pełnej świadomości, na czym ona polega, ale z pełną świadomością jej skuteczności. Ten rodzaj wdzięku jest jego formą najbardziej uroczą i najcenniejszą dla aktora. Myślę, że to on właśnie jest organiczną częścią tego, co nazywamy talentem. Niestety, forma ta nie daje się prawie nigdy zachować dość długo. Nieunikniony jest moment uświadomienia. Wdzięk intuicyjny przemienia się we wdzięk „dojrzały”. Aktor prędzej czy później dochodzi do zrozumienia, na czym wdzięk jego polega, jak on się „robi”, i to zawiera w sobie najczęściej zarodek katastrofy. Jeżeli bowiem aktor nie oddali od siebie tej świadomości, jeżeli przeciwnie, w momencie takich czy innych niepowodzeń, przerażony, że go stracił, zacznie go poszukiwać i w końcu „robić” świadomie — znaczy, że tym samym pożegnał się z nim na zawsze. Zaczyna się żałosna minoderia, która tylko pogarsza sytuację.

Tak więc wdzięk jest bronią obosieczną: niezwykle skuteczną, ale i... samobójczą. Jeżeli nie jest organicznie związany z wybitnym talentem, wymaga szczególnej ostrożności. Wybitny talent spycha wdzięk na plan drugi, nie daje mu zaprzątać twórczej świadomości, pozwala natomiast działać intuicyjnie, samoczynnie, bez zwracania nań uwagi. I to jest zdrowe, nie grozi nie-bezpieczeństwami. Gorzej, gdy siła talentu nie jest tak wielka, aby nie wspomagać się wdziękiem, jak tarczą chroniącą przed ciosami. A tarcza, wiadomo, wciąż jest przed nosem wojownika i zasłania mu często perspektywę pola bitwy. Nie jest to, niestety, tarcza nie do przebicia. Toteż nieuchronnie ulega zniszczeniu. Wdzięk jako środek artystycznego oddziaływania, raz jeszcze to powtarzam, ma potężną siłę, ale ma też tę niebezpieczną właściwość, że się „przejada”. Aktor bazujący na wdzięku podaje widowni do strawienia potrawę o nader wyraźnym, ostrym smaku: albo bardzo słodką, albo bardzo pieprzną. Wiemy, że w pierwszej chwili potrawy takie bardzo smakują, ale przy długim użyciu stają się niestrawne, zaczynamy tęsknić za pokarmami o smaku mniej natrętnym, za to bardziej wykwintnym, delikatniejszym. Stąd te krótkie kariery aktorów, którym prócz wdzięku niewiele dała natura albo którzy zbytnio mu ufając zaniedbali gromadzenie umiejętności, rozwijanie talentu.

Aktorstwo oparte wyłącznie na wdzięku określają niektórzy brutalnie jako prostytucję. No, to lekka przesada, ale niewątpliwie jest to wystawianie na sprzedaż swych uroków, które głównie są urokami ciała. Prawdziwe aktorstwo polega zaś na sprzedawaniu swych umiejętności i swego talentu. Jest to handel godziwy. I chociaż daje może na razie mniejsze zyski — na dalszą metę na pewno się opłaca.

Jan Kreczmar, Sprawa wdzięku, [w:] Notatnik aktora, PIW, Warszawa 1966, s. 231-234.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: