AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wspomnienia 1893-1954

Postanowiłem w lutym pojechać do Moskwy.

Była mroźna zima. Długa podróż wśród monotonnego, śnieżnego krajobrazu znużyła mnie. Marzyłem o ciszy ciepłego pokoju. Opuszczając dworzec cieszyłem się, że niebawem pragnienia moje się ziszczą. Wsiadłem w sanki, podałem woźnicy adres, otuliłem się w futro i rozkoszowałem się myślą o kąpieli i wygodnym łóżku. Po drodze oglądałem ulice, place, budynki, cerkwie, pomniki… Im bliżej celu, tym więcej ciekawych rzeczy. Zainteresowanie przeciętnego i znużonego turysty poczęło przybierać coraz większe rozmiary, aż przemieniło się w niecierpliwość. Gdy dojechałem do upragnionego hotelu, zapomniałem już o zmęczeniu i po załatwieniu formalności od razu wyszedłem na miasto. Zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Chodziłem po nim długo, sycąc się trochę egzotycznym dla mnie pięknem. W najbliższych dniach miałem je bliżej poznać. Pomógł mi w tym Konstanty Siergiejewicz Stanisławski. Jemu też zawdzięczam bardzo składne zorganizowanie mi zakupów, dzięki czemu w pięć dni miałem wszystko załatwione. Główny cel podróży zajął jednak drugie miejsce wobec zainteresowań zawodowych. Bardzo byłem ciekawy słynnego zespołu teatru Stanisławskiego — MCHAT-u. Jakoż i warto było przyjechać! Takiego przedstawienia Trzech sióstr lub Wiśniowego sadu na pewno bym nigdzie na świecie nie zobaczył. Na to trzeba być rodowitym Rosjaninem, żeby tak odczuć i odtworzyć specyficzną atmosferę tamtego życia i psychikę bohaterów. To trzeba mieć we krwi i zróść się z tym od dzieciństwa. Widziałem też Ibsenowskiego Branda w bardzo starannej i oryginalnej inscenizacji. Sztuka niezmiernie trudna wypadła znakomicie dzięki wspaniałej grze młodego jeszcze wtedy Kaczałowa. Podziwiałem także wielkiego Moskwina. Byli tacy aktorzy, których zazdrościłem Stanisławskiemu, ale bywały także momenty, gdy myślałem: — ha! jakby to zagrał nasz…

Mimo bardzo wysokiego uznania dla przedstawień MCHAT-u, uprzytomniwszy sobie, że osiągają tak wspaniałe wyniki dzięki wielomiesięcznym, a nawet rocznym próbom, przy kolosalnych wkładach finansowych, doszedłem do wniosku, że to, co przeżyłem i widziałem w Krakowie i Lwowie w ostatnich kilkunastu latach, daje słuszny powód do dumy. Zarówno pod względem wykonania aktorskiego, pracy reżyserskiej, jak też podobnego systemu gry, który zaczęliśmy stosować o kilka lat wcześniej, byliśmy wówczas bardzo bliscy typowi i poziomowi teatru Stanisławskiego. Tylko że u niego wszystkie przedstawienia były na bardzo wysokim poziomie, podczas gdy u nas wiele robionych w pośpiechu mogło budzić zastrzeżenia. Ale przy konieczności cotygodniowych premier… Trzeba być obiektywnym. Autokrytycyzm jest zaletą ze wszech miar pożądaną, ale przysłowie „cudze chwalicie, swego nie znacie” też ma swoją rację bytu. W szereg lat później oglądałem w Warszawie dalsze osiągnięcia MCHAT-u. Byłem oczarowany. Ale bynajmniej nie zachwiało to we mnie szacunku dla polskich zdobyczy teatralnych.
(s. 230-232)


Sezon, a zarazem pierwsze moje sześciolecie na stanowisku dyrektora teatru, zamknąłem Weselem. Wyspiański okres ten zaczął, on był przez cały czas moją gwiazdą przewodnią, jego więc poezją pragnąłem zakończyć ten etap pracy i życia.

Okazało się jednak, że nie miałem się jeszcze rozstawać ze sceną krakowską. By naświetlić przebieg wypadków, które do tego doprowadziły, muszę wrócić do wcześniejszych wydarzeń. Już od jesieni 1910 różne sfery przygotowywały się do zmiany dyrekcji i warunków dzierżawy. Związek Zawodowy Aktorów wystąpił z postulatami dotyczącymi podwyżki uposażeń, pełnych gaż urlopowych, pokrywania przez dzierżawcę kosztów toalet damskich itd., Prezydium Miasta, Komisja Teatralna i rajcy miejscy domagali się zwiększenia swoich wpływów na wewnętrzne sprawy teatru, między innymi na repertuar, obsady i angażowania. Atmosfera stawała się duszną, nastroje robiły się burzliwe, zwady coraz częstsze. Polecono mi na przykład angażować aktorkę do ról salonowych bohaterek. A gdy czyniłem temu zadość z całkowitą czystością sumienia artystycznego, kazano mi umowę zerwać, bo Komisja Teatralna wobec veta radnego Mycielskiego, kierowanego zresztą osobistą niechęcią, na tę aktorkę się nie zgodziła. Nie przyjąłem do grania sztuki Sądny dzień, wobec czego prezydent miasta, na interwencję autora, nakazał mi ten poroniony płód wystawić. Sprzeciwiłem się. Oświadczyłem, że oddam im subwencję, ale niech mi się nie wtrącają do spraw artystycznych. Niewiele pomogło. Wówczas zapowiedziałem ogłoszenie na afiszach i przed kurtyną, że sztukę wystawiam na polecenie prezydenta miasta. Poskutkowało. W kilka lat później ten sam autor stał w kancelarii ówczesnego dyrektora teatru krakowskiego, Adama Grzymały-Siedleckiego, z odbezpieczonymi rewolwerem w dłoni, chcąc tym szantażem wymusić pisemne zobowiązanie, że teatr sztukę wystawi. Tylko że wyleciał za drzwi razem z rękopisem i pistoletem. Przepraszam za tę dygresję, ale owo wydarzenie charakteryzuje, z jakimi ludźmi miało się do czynienia. Prasa szła częściowo na pasku władz miejskich, zaczęto więc wyszukiwać różne istotne i zmyślone grzechy, by przy ich pomocy potępiać to, co do niedawna chwalono. Chodziło też niewątpliwie o pewne sugestie na temat przyszłej linii teatru. W końcu rozpisano konkurs na nową dzierżawę. Właściwie byłem prawie zdecydowany nie zgłaszać swojej kandydatury, ale należę do natur, które w miarę rosnących przeciwności stają się coraz aktywniejsze. Ambicja moja była podrażniona. A może? Va banąue! Złożyłem ofertę, która była prowokacją. Zamiast zmięknąć, położyć uszy po sobie, spokornieć – zhardziałem. Na przyjęcie postulatów aktorskich – zgodziłem się, ale wobec zwierzchności miasta – stawiałem żądania. Inna rzecz, że ich pretensje do dzierżawcy graniczyły ze śmiesznością. Słusznie pisał satyryczny tygodnik „Diabeł”, że kandydat na dzierżawcę powinien przedłożyć zaświadczenie kliniki psychiatrycznej, że ma wszystkie klepki w porządku, u napis „Kraków Narodowej Sztuce”, widniejący dotąd na frontonie teatru, należy zmienić na „Kraków swojej Radzie”. Prócz mnie złożyli oferty: Aleksander Bandrowski, Andrzej Lelewicz, Ignacy Nikorowicz i łódzki dziennikarz Stanisław Książek. Ogólnie przewidywano, że batalia rozegra się między mną a Bandrowskim. Mój rywal miał tę wyższość nade mną, że zapowiadał wprowadzenie przedstawień opery i operetki. Czegóż więcej trzeba? Balet na scenie Teatru im. Juliusza Słowackiego, dla radnych wolny wstęp – za kulisy… Idylla!

Kapitalnie okpił całą aferę „Zielony Balonik” w piosence Noskowskiego i Boya – Jak to będzie gdy Bandrowski dostanie teatr krakowski – wykonywanej bezkonkurencyjnie przez Teofila Trzcińskiego. Niech ona za mnie dopowie resztę:
W dzień pierwszego przedstawienia,
Radość wszelkiego stworzenia.
Ludzie krzesła rozchwytują,
Aktorzy głosów próbują,
…sów próbują!
[…]
Solski zawsze pełen zalet,
Czy to dramat, śpiew, czy balet.
Dzisiaj w „Gejszy” tańczy walce,
Jutro wytnie Jontka w „Halce”,
…Jontka w „Halce".
Sala zentuzjazmowana,
podczas pauzy rżnie kankana.
Kraków cieszy się morowo,
Nową Sztuką Narodową –
...Narodową!
(s. 270-273)


Rok 1952 [Solski miał wówczas 97 lat – przyp. red.] wniósł wiele kłopotów w moje życie, wskutek których nie mogłem podjąć żadnych prac teatralnych. Tak się fatalnie składało, że raz ja byłem w niezgodzie ze zdrowiem, raz moja żona. Na przemian. A potem – da capo. Ciężki okres. Tęskniłem za teatrem. Nie składało się. Gdy czułem się trochę lepiej, zachodziłem tam przed południem na pogawędkę. Bywałem też na premierach. W lecie zaproszono mnie na popis absolwentów szkoły aktorskiej. Teorię mieli wykutą „na blachę”. – Praktykę? Zobaczymy za kilka lat. Wydawało mi się, że reżyserów czeka z nimi praca od podstaw. Przynajmniej ja bym tak musiał postąpić. Zbyt wielu adeptów zawodu aktorskiego przeszło przez moje ręce, bym ograniczył moje spojrzenie tylko do roli przygotowanej na popis. Po czterech latach studiów byli może mądrzejsi od całego starszego pokolenia. Może by nas zapędzili w kozi róg w dyskusjach światopoglądowych, w sprawach teorii przeżywania, działań fizycznych… ale w opanowaniu rzemiosła, a szczególnie w twórczej pracy aktora, w dziesiątkach i setkach koniecznych przeobrażeń uzależnionych od stylu, epoki, środowiska, nastroju, w poczuciu harmonii głosów, typowości charakterów, gestykulacji (od Kasandry po Szwejka), w śmiechu i łzach, w monumentalności i karykaturze, w bachicznej wesołości i dostojeństwie – byli i pewno długo pozostaną nieporadni. To jasne, że nie można od nich wymagać wszystkich umiejętności, ale żeby bodaj w jednej pokazali pewność chwytu i śmiałość atakowania. To nie jest wynik lokalnych obserwacji. Bynajmniej. Jeżdżąc dużo po kraju miałem sposobność przyjrzeć się absolwentom wszystkich szkół teatralnych w Polsce. Wszędzie to samo. Pisać potrafią, ale kaligrafować nie bardzo. A w sztuce aktorskiej trzeba umieć kaligrafować, rzeźbić, uderzać nieomylnie właściwy klawisz, atakować bezbłędnie każdy ton, charakteryzować się nie tylko szminką i nasenkitem, lecz każdym mięśniem ciała. Poza tym nasuwała mi się jeszcze jedna refleksja: brak aktorów do wielkiego repertuaru. A przecież ten repertuar wróci na scenę. Musi wrócić. Kto go będzie grał? Gdzie jest młody Cyd? Gdzie Medea? Tyle scen objechałem po wojnie, a tak mało widziałem następców Mielewskiego, Tarasiewicza, Węgrzyna, Leszczyńskich, Junoszy-Stępowskiego, Osterwy, Siemaszkowej, Wysockiej, Łuszczkiewiczówny i tej całej świetnej plejady polskiego teatru, która aktorstwo nasze wysunęła na jedno z pierwszych miejsc w świecie. Zawsze miałem entuzjazm dla młodych, nieraz wprawdzie dręczyłem ich aż do siódmych potów. ale czyniłem to w przekonaniu, że wydobędę utajone wartości. I jeszcze – głos. Najważniejszy instrument aktora. Szukałem głosów. Znajdowałem… wśród starszego pokolenia. Niechaj mi nikt nie odpowiada: – My też, gdy popracujemy ćwierć wieku lub więcej, będziemy mieli głosy. Nie. Ci, o których wielkiej sztuce mówienia i wspaniałych instrumentach mowy w tej chwili myślę, wnosili je w posagu biorąc śluby z teatrem. Mądrze gospodarząc wianem otrzymanym od natury, potrafili dorobić się fortuny artystycznej. Któż z młodych wytrzyma dziś sto spektakli Don Juana? Któż będzie grał Cyrana miesiącami, bez defektu strun głosowych? A wreszcie z mojej praktyki – kto weźmie po mnie rolę Dymitra i zdzierży w niej kilka miesięcy? Wiem, wojna. Pokolenie słabsze od poprzednich. Ale też dlatego wymaga poświęcenia mu najtroskliwszej opieki – w dziedzinie ściśle zawodowych umiejętności. Trzeba ciężar kształcenia przerzucić na tę stronę. Z pewnością będą pomyślniejsze rezultaty. Niejeden młodzik pomyśli o tych rozważaniach, że to starcze ględzenie. Ale mam prawo legitymować się moimi uczniami. Daj Boże takich rezultatów dzisiejszemu pokoleniu. Samokrytycznie zastanawiam się jeszcze raz nad słusznością podyktowanych tu opinii. Ale skoro potrafię zrozumieć współczesność we wszystkich jej przejawach tak jak młodsi o pół wieku, to chyba i w tej dziedzinie, najbliższej memu sercu, mogę mieć trochę słuszności…
(s. 527-530)

Wspomnienia 1893-1954: na podstawie rozmów napisał Alfred Woycicki, Kraków 1956.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: