AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Anegdota teatralna jako źródło cierpień

 

„Dowcip rozpoczyna, jak Jaracz Węgrzyna / wprawił w osłupienie ponoć gdzieś na scenie / dając mu do ręki czyjeś… sztuczne szczęki”.

Papkin, arcydzieło Salonu Niezależnych, piosenka o aktorach jadących z Warszawy do Łodzi, opisuje sytuację wzorcową: grupa ludzi zajmujących się intensywnie aktorstwem siedzi w przedziale kolejowym, prowadzi życie towarzyskie i daje rodzaj przedstawienia, którego jakość jest niewątpliwie odwrotnie proporcjonalna do wysiłku, który w to wkładają.

I to jest jedna strona medalu.

Żarty potrafią być żałosne, anegdoty wyświechtane, a przyglądającemu się z boku ludzie odprawiający ten rytuał mogą wydawać się skretyniałymi pajacami.

Jest jednak również druga strona.

Od lat rozpatruję możliwość stworzenia opracowania pod wstępnym tytułem Edukacyjna rola anegdoty teatralnej, w którym po zgromadzeniu odpowiedniej ilości materiału dowodowego, czyli klasycznych anegdot i dowcipów, spróbowałbym (być może wraz z gronem najwybitniejszych teoretyków) rozważyć, dlaczego ta a nie inna anegdota ma tak długi żywot.

Najprostsza odpowiedź: „bo śmieszy” nie jest wystarczająca i nie ma rangi dowodu w pełni naukowego.

Niektóre zresztą , zwłaszcza słabo opowiedziane, od dawna nie śmieszą, a jednak funkcjonują, trwają, powracają jak bumerang.

Moja wstępna hipoteza brzmi: „Bo są istotną częścią doświadczenia zawodowego, nieprzekazywalną w żaden inny sposób”.

Musi tu paść nazwisko Gustawa Holoubka, który swoim mistrzostwem w tej dziedzinie urzekał i oszałamiał. Ale także kształcił.

Starsi wykładowcy Akademii Teatralnej pamiętają takie oto klasyczne sytuacje bufetowe: Pan Gustaw, paląc papierosa (jeszcze było wolno) snuje przed czwórką lub piątką studentów Wydziału Reżyserii opowieści naszpikowane anegdotami, żartami, aforyzmami. Grupa śmieje się, osoby przy sąsiednich stolikach nastawiają uszu, by usłyszeć choć fragmenty tej gawędy.

Nie dało się bez tego?

Niektórzy gniewni, choć nie zawsze młodzi, oburzali się na ten z lekka nonszalancki i niepoważny sposób przekazywania wiedzy i doświadczenia. Co więcej – dostrzegali w tej metodzie całe zło towarzyszące kształceniu reżyserii w „Warszawce”.

Nie mieli racji.

Tego, co przekazywał Gustaw Holoubek, nie da się precyzyjnie wcisnąć w formularz sylabusa, a wszelka sztuka pozbawiona tych elementów więdnie, umiera i staje się bardzo szybko nieznośną, histeryczną, uciążliwą parodią samej siebie.

Wdzięk, lekkość i rytm jako kategorie estetyczne (zainteresowanych odsyłam do Sześciu wykładów amerykańskich Italo Calvino) są przynajmniej równie ważne jak tragizm, wzniosłość czy piękno.

Holoubek, który na scenie osiągał szczyty patosu i tragizmu, doskonale wiedział, jakie proporcje są potrzebne, jakie mechanizmy należy uruchomić, by ta tak pożądana wzniosłość nie stała się papierowa, dęta, krzykliwa. Uczył żartu również po to, by nauczyć chronienia patosu przed prostactwem.

A jak przekazać wiedzę tego typu (a przede wszystkim taką umiejętność) bez prezentacji struktury narracyjnej? Czy da się to zrobić jedynie w sposób sformalizowany, instrumentalny?

Podać przepis ?

Chyba się nie da.

Przypowieścią próbowali dotrzeć do swoich uczniów Budda, Konfucjusz, Chrystus, Mahomet, bo dobra przypowieść zdziera zasłonę z bytu i ukazuje nam go od nowej, niespodziewanej, zaskakującej, ale ważnej strony.

Jej siłą jest mądra wieloznaczność, ale także łatwość zapamiętania – Samarytanin jest dobry, bo każdy, kto zachował się miłosiernie, jest dobry, a na scenie nic nie da się zrobić niepostrzeżenie.

W piosence Salonu Niezależnych jest również taki żartobliwy akapit:

„Jurand ze Spychowa papierosy chowa,
Nigdy nie częstuje, gdyż się izoluje”.

Nigdy nie zadałem Jackowi Kleyffowi pytania, czy pisząc ten tekst znał prawdziwe losy Andrzeja Szalawskiego, znakomitego aktora, który na polecenie Komendy Głównej AK czytał podczas okupacji niemieckie kroniki filmowe.

Po wojnie przesiedział w więzieniu cztery lata, a środowisko znało tylko wersję oficjalną – wysługiwał się Niemcom. Przyznanie się wtedy, że się działało jako agent na polecenie AK, mogło być bardzo niebezpieczne.

Miał wspaniałe, jedyne w swoim rodzaju warunki – wysoki, świetnie śpiewający, piękny mężczyzna, więc mimo wszystko nie przepadł, nadal uprawiał zawód.

Juranda ze Spychowa zagrał dwa razy.

Pierwszy raz w filmie Aleksandra Forda Krzyżacy, drugi raz w filmie Marii Kaniewskiej Pierścień księżnej Anny, przy którym miałem szczęście być asystentem Pani reżyser.

Rzeczywiście się izolował, ale miał już swoje lata; bieganie po wzgórzach i wsiadanie na konia w lipcowym słońcu trochę go kosztowało.

Mimo to pokornie wspinał się do zamku we Fromborku, gdzie mieliśmy zdjęcia. Samochody tam nie docierały.

Przysiedliśmy na chwilę – Maria Kaniewska, Andrzej Szalawski i ja.

„Parszywy zawód” – powiedział pan Andrzej. „Zawsze swoje trzeba odsiedzieć”. I poszedł.

Wieczorem Maria Kaniewska zdradziła mi jego sekret. Był już rok 1970 i akowcy mogli się przyznawać do swojej przynależności.

Mam uczucie, że zbyt rzadko opowiadam tę historię.

I to jest trzecia strona medalu.

20-1-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: