AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Inne historie: Czarowny zakątek

 

Opowieść o tym, jak latem 1970 roku, tuż przed początkiem mojej dyrekcji w Kaliszu, zafundowaliśmy sobie z Januszem Michałowskim prawdziwe radzieckie wakacje.

Plan był taki: chcemy odnaleźć skrawki dawnej Rosji, jak z Czechowa, jak z Dni Turbinów, które dopiero co zrealizowaliśmy wspólnie (ja – reżyser, on – aktor) w Poznaniu. To ma być także podróż sentymentalna do Odessy, miasta ważnego dla rodziny Janusza: tam urodziła się jego babcia i jego mama Olimpia. No, ale podróże, jak to podróże: najpierw strach je zacząć, trwają zawsze za krótko, a potem i tak nie wiadomo, czy dobrze się skończą.

Dom ciotecznej babki Janusza, Katii, stał na peryferiach Odessy. Mały domek z ogródkiem z altaną z winorośli, gdzie się jadło kolację przy krzywo wiszącej lampie, z żarówką mrowiącą się tysiącem małych muszek i komarów… W ogóle wiele rzeczy było tam krzywo, bo klimat był staro rosyjski, a nie komfortowo sowiecko nowobogacki, co bardzo nam odpowiadało. Ciotka i dwaj jej synowie byli jako tako zamożni, bo zajmowali się stomatologią. Byli jako tako zamożni i bardzo sympatyczni, a my biedni jak dziady proszalne, ale szczęśliwi z przygody, która nas czekała. Obeszliśmy piękne kiedyś miasto i jego uliczki, znaleźliśmy dom Babla, odwiedziliśmy ulicę Dieribasowską, na której dziadek Janusza przed rewolucją miał swój zakład szewski, przebiegliśmy tam i z powrotem schody Eisensteina, zwiedziliśmy liczne plaże.

Na tak zwanej „plaży żydowskiej” graniczącej z tą miejską poczuliśmy się nagle jak w samym centrum zachodniego świata. Piękne, barwne kostiumy kąpielowe pań, czepki o wymyślnych kształtach, szlafroki i parasole kontrastowały z rozpiętymi na czterech kijkach prześcieradłami osłaniającymi grajdoły wypełnione rodzinami rozebranymi do bielizny, w różowych milanezowych koszulach, jakie widzieliśmy na plaży miejskiej. Żeby dojść do tej żydowskiej plaży, trzeba było deptać po walających się w piachu, ogryzionych do zielonej skóry, krwawiących sokiem kawałkach arbuza i tłustych papierach z resztkami jedzenia. To było pierwszego dnia. Byliśmy przygotowani na różne niespodzianki, ale ten cywilizacyjny kontrast nas naprawdę zaskoczył. Co innego wiedzieć, co innego widzieć. Nadal istnieją jakieś dwie Rosje?

Przez kolejne trzy dni śledziliśmy dalej to ich ruskie życie, popijając z rozstawionych na ulicy co krok beczek (tak kiedyś u nas stały saturatory) sok brzozowy na zmianę z kwasem chlebowym, żeby tylko ugasić pragnienie. Upał był niewyobrażalny. Ma rację Eustachy Rylski, kiedy pisze, że Rosja to nie jest wcale syberyjski mróz, istota Rosji to letni skwar i duchota. Długo staliśmy przed domem Czechowa, dotykaliśmy poręczy schodów, szukając śladów jego ręki. To było nasze spotkanie z autorem Trzech sióstr, które mieliśmy potem w naszym przyszłym kaliskim repertuarze.

Nagle jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że w Odessie wybuchła cholera i wszyscy wizytujący miasto muszą zameldować się w hotelu Krasnyj, a co będzie dalej, to nam powiedzą. Katia się przestraszyła. Jak najszybciej chciała nas wyprawić do Krasnego, bojąc się, że ktoś doniesie na nas, że tu jesteśmy u niej, że coś mogą jej zarzucić. U niej inostrancy! Nie możet byt’! Krzątała się jak w ukropie, powtarzając za radiem, że to Amerykancy zbrosili te bakterie. 

Dotarliśmy do hotelu Krasnyj. Piękny musiał być za cara ten hotel! Wielkie, wysokie pokoje, stiuki i boazerie w najlepszym stylu, tyle że niemiłosiernie poturbowane i wielokrotnie „odrestaurowywane” farbą olejną w kolorze buraka. W tych bardzo rosyjskich wnętrzach garstka inostranców, głównie z demoludów, przestraszonych dyspozycją, że już jutro wszyscy mają być zameldowani w domkach letniskowych w obozie „Czarowny zakątek”.

Pobiegliśmy do banku zmienić resztę pieniędzy. To nie było wiele, ale na wszelki wypadek mieliśmy jeszcze do sprzedania Janusza elastyczną koszulkę w kolorze bladoszarym i kilka par majtek, które zachwycały rosyjskie kobiety, więc czuliśmy się bezpiecznie. Przy kasie zaczepił nas rosyjski Żyd. Nazywał się Oleg Mandelbaum. Był niezwykle sympatyczny, zaraz się nami zajął. Ofiarowywał pieniądze, „które potem oddamy”, obiecał przynieść do obozu swoje radio. I było tak, jak powiedział, zaprzyjaźniliśmy się. Następnego lata Mandelbaumowie przyjechali do nas do Kalisza całą rodziną i z jedną walizką, a wyjechali z ogromną ilością czamadanów. Kupowali w Polsce wszystko jak leci… A potem, już z Poznania, my pojechaliśmy do nich samochodem. Oddali nam we władanie swoje mieszkanie „na Babiela”, w samym centrum miasta. Mieszkanie urządzone po europejsku, bo Oleg, jak się okazało, był wysokim urzędnikiem. Obywatele Odessy meble węgierskie kupowali za łapówkę w Moskwie. Rodzice Olega przyjęli nas któregoś dnia na swojej daczy i wbrew zakazom syna opowiedzieli dramatyczną historię rodziny. Byli z Ukrainy, przeżyli tam Wielki Głód, zakopani w ziemi przeczekali masakrę wioski. Potem przyszli Niemcy. Stary Mandelbaum opowiadał i jednocześnie robił dla nas sałatkę ze świeżych ogórków z własnego ogródka. Siekał je tak szybko, że chyba prawdą jest, jak mówił, że siecze najszybciej na świecie. Dalej opowieść ojca skończył już Oleg. Mimo że tym razem byliśmy całkiem sami, ukryci w ruinach carskiego kąpieliska, kiedyś zarezerwowanego dla rodziny Mikołaja II, mówił do nas szeptem. Bał się. Z opowieści Olega wynikało, że hitlerowcy w jednym karnym szeregu prowadzili wszystkich Żydów na rozstrzelanie. Niektórzy umierali już w drodze. Ojciec schował się pod jeszcze ciepłego trupa i tak przeczekał w rowie, aż transport odejdzie. Oleg opowiadał o jego ocaleniu i cały czas płakał…

Ale czas wrócić do „Czarownego zakątka”. Gdy dowiedzieliśmy się, że mają nas tam zamknąć na dłużej, skorzystaliśmy z pieniędzy Olega i pośpieszyli na lotnisko. Udało się nam kupić jeszcze bilety, ale już wylecieć nie. Za to wyleciały nasze bagaże. Zostaliśmy w tym, co na sobie. Z lotniska wojsko zabrało nas do obozu. „Bagaże jakoś się znajdą” – pocieszyli. Dostaliśmy domek sami. Kiedy powiedzieliśmy, że to nasza podróż przedślubna, obiecali, że nikogo już nam nie dokwaterują. Ulitowali się. Janusz cały czas dezynfekował obejście jakimiś śmierdzącymi chemikaliami, mył i sprzątał. Sądził, że w ten sposób uchroni nas przed cholerą. Jedliśmy wszyscy razem w ogromnej stołówce, popijając posiłki kupowanym za własne ruble kwaśnym białym winem. Tak lekarz poradził. Cholera nie lubi kwaśnego wina! Mnie akurat trafił się okres. Pobiegłam do higienistki prosić o watę. Nie było. Powiedziała, że każda kulturalna kobieta nosi takie rzeczy ze sobą. Rzeczywiście.

Mieliśmy radio, wiedzieliśmy, co się dzieje, wiedzieliśmy, że cholera się rozprzestrzenia i że na pewno ją zrzucili na Odessę kapitalistyczni wrogowie. Któregoś dnia okazało się, że u nas w „Czarownym zakątku” też już jest. Zarazki znaleźli pracownicy laboratorium w próbce dwóch stolców, ale że dla oszczędności mieszają próbki po cztery, więc umieścili całą ósemkę podejrzanych w dwu domkach obok siebie. „Możecie już czuć się bezpieczni – powiedzieli. – Złapaliśmy byka za rogi!” Uspokoili pozostałych, ale nam to nie wystarczyło, my dobijaliśmy się do polskich władz.

Którejś nocy udało się naszemu konsulowi wywieźć Polaków z „Czarownego zakątka” prosto na lotnisko. Na drogę dostaliśmy konserwowe kabaczki. W pogoni za zagubionym bagażem wysiedliśmy we Lwowie. Pokazałam Januszowi dom mojej Mamy na Ossolińskich 12. Spaliśmy w hotelu „Dżordż” w apartamencie, w którym podobno sypiał sam Franz Josef. Wykąpałam się w tej samej wannie, co jego wysokość Cysorz, zjedliśmy konserwowe kabaczki, które dostaliśmy na drogę. Zasnęłam w nadziei, że odeska cholera jednak z nami nie poleci.

Sezon w Kaliszu rozpoczął się w porę.

Redakcja: Łukasz Drewniak

17-04-2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę: