AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Komfort i dyskomfort

 

Z uwagą i szacunkiem przeczytałem polemikę z moim poprzednim felietonem, którą napisał pan Jędrzej Piaskowski (O źródłach przemocy w teatrze).

Myślę, że ma całkowitą rację, pisząc, że sedno sprawy spoczywa głębiej.

Już na początku odpowiem też wszystkim, którzy mają do mnie pretensje, że nie zapobiegłem rozmaitym aktom przemocy jako dziekan, opiekun czy przewodniczący.

Jest mi przykro, jeśli jakieś działania zapobiegające zdarzały się zbyt wolno lub same fakty były przeze mnie źle interpretowane.

Niektóre z opisanych przez pana Jędrzeja zachowań wykładowców są dla mnie pełnym zaskoczeniem, bo na przykład śp. profesor Jan Kulczyński do chwili lektury tekstu pana Jędrzeja jawił mi się jako anioł dobroci, cierpliwości i sympatii wobec wszystkich studentów. Trudno mi będzie zmienić tę opinię, choć naturalnie wierzę, że mógł być akurat przez ten (chyba ostatni w jego życiu) rocznik studentów postrzegany inaczej.

To, że jako dziekan brałem dość długo komunikaty studentek i studentów dotyczące niektórych innych wykładowców w stylu: „to straszny człowiek, boję się tego egzaminu”, za rodzaj swoistej kokieterii czy typowej dla młodości egzaltacji, uważam za swoją winę i po prostu brak zrozumienia przeze mnie rangi problemu.

Zwłaszcza że dość często niektóre osoby (w mojej ówczesnej ocenie – „mimozy”) zaraz po egzaminie zapewniały mnie, że wiele się nauczyły i czego to nie zawdzięczają okresowi, gdy intensywnie pracowały pod kierunkiem „tej fantastycznej osobowości”.

Mówiąc szczerze, swoje przejście na emeryturę przyjąłem z ulgą, bo i ja zacząłem dostrzegać powiększającą się przestrzeń między hierarchią wartości i interpretacją zachowań „dziadków” i „wnuków”.

Nie usprawiedliwiam się z zaniedbań, tylko wyjaśniam, jak trudno w nowej epoce post-prawdy reagować na niejednoznaczne sygnały.

Z kolei reakcja na sygnały jednoznaczne może być opóźniona choćby przez takie mechanizmy, jak ustawa o prawie pracy, brak ewidentnych dowodów lub obawa, że doniesienie może być fałszywe.

Donosiciel dla każdego, kto żył w realnym socjalizmie, kojarzy się nie najlepiej.

Ostatecznie czarownice z Salem spalono zgodnie z obowiązującym wówczas prawem.

By zakończyć – dyskomfort związany z nadmiarem agresji w teatrze doskwierał mi od dawna, natomiast przeciwdziałanie przychodziło mi, w zależności od wiarygodności doniesień, oceny sytuacji i zajmowanego stanowiska, z mniejszym lub większym trudem.  

(Dlatego postulowałem i nadal postuluję zajęcia z psychologii twórczości i pedagogiki w nadziei, że działania instytucjonalne przyniosą pozytywne zmiany.)

Ma jednak rację pan Jędrzej Piaskowski, że sprawa sięga głębiej.

Nie ma bowiem takiego spisu aksjomatów, dekalogu czy procedur, których nie da się użyć przeciw człowiekowi. Bardzo trafnie opisał to Leszek Kołakowski w eseju Etyka bez kodeksów.

Co więcej, nawet najprecyzyjniejsze ustawy nie są w stanie gwarantować stosowania zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

Próby zastąpienia dobrego obyczaju wielopunktowymi aktami prawnymi zwykle przynoszą nie najlepsze skutki.

Z kolei same obyczaje ewoluują i na przykład w swoim czasie oślepianie przeciwników było uznawane za akt humanitaryzmu, a całkiem niedawno myśliwi, zabijając tysiące zwierząt, nie obrażali powszechnej wrażliwości społecznej.

Jeśli więc intencją polemiki pana Jędrzeja było wydobycie ze mnie uderzenia się w piersi za nadmierną tolerancję wobec zachowań przemocowych, to się uderzam, podając jednak pewne okoliczności łagodzące.

A oto one:

1. Modne teorie teatralne.
W każdym, nawet dość powierzchownym opracowaniu metod Grotowskiego można przeczytać, że ekstatyczność, transowość i „złożenie się w ofierze” widzowi to kluczowe pojęcia używane przez najbardziej znanego polskiego twórcę teatralnego dwudziestego wieku.

Podczas moich dość nielicznych i krótkich podróży po świecie zwykle spotykałem się z pytaniami o polskiego papieża i Grotowskiego. W Australii, na Syberii, w Izraelu, ba! nawet w Chinach ludzie teatru chcieli słuchać jedynie o Grotowskim. Peter Brook pisał o jego metodzie tak: „Ta autoprezentacja związana jest z obnażeniem psychicznym aktora. (…) A zatem przedstawienie jest aktem ofiary, publicznego poświęcenia tego, co większość ludzi woli ukryć, i jest to ofiara składana widzowi”.

W powietrzu unosiły się koncepcje Artaud’a i jego teatru okrucieństwa, Craiga, dla którego aktor miał być rodzajem posłusznej nad-marionety, Gurdżijewa, który polecał studiować tańce sufickie.

Ćwiczenia z doskonaleniem wnętrza, sakralizacja aktu twórczego, czerpanie z pokładów podświadomości, uproszczone rozumienie zbawczej roli nietscheańskiego aforyzmu: „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni” zachęcały do, jeśli nie wdrażania, to chociaż uważania za naturalne tych, jak już pisałem wcześniej: „eksperymentów na ludziach”.

Mówiący o higienie psychicznej pracy artysty budził do niedawna podobne zdziwienie, jak wegetarianin wśród kanibali.

Nieobnażanie się, zarówno psychiczne, jak – od jakiegoś czasu – również fizyczne, uchodziło w branży za rodzaj wstecznictwa.

Jeszcze kilka lat temu Joanna Szczepkowska, jak zwykle samodzielna i inteligentna, próbowała coś w sprawach obnażania wyjaśniać. Jakoś protestować. Mało kto ją wtedy chciał zrozumieć.

2. Nowoczesność.
Gombrowicz, jak zwykle wyjątkowo przenikliwy, obśmiał tę postawę, portretując rodzinę Młodziaków.

Zyta Młodziakówna w chwili ostatecznej konfrontacji z Józiem gimnastykuje się nago – bo jest nowoczesna. Chyba nawet byłaby skłonna ulec Kopyrdzie, aby swoją nowoczesność Józiowi udowodnić, ale pojawienie się profesora Pimki odbiera całemu wydarzeniu walor postępowości.

Szantaż postępem i nowoczesnością, a w ostatnich latach również i post-nowoczesnością, to przecież ciągła zachęta do przekraczania granic i barier, do prowokacji jako sposobu ekspresji twórczej. Zachęta do penetracji nowych lądów stoi w naturalnej sprzeczności z obietnicą całkowitego bezpieczeństwa.

3. Przywileje w wielu wymiarach (również w polityce) uchodziły za coś wybaczalnego.
Przynależność do grupy uprzywilejowanej – reżyserów, polityków uważających się za wybrańców narodu, popularnych aktorów, ludzi zamożnych i sławnych – wystarczała do niedawna, by łamanie reguł zostało usprawiedliwione. Szczerze mówiąc, myślę, że akurat w tej sprawie niewiele się poprawia.

Potępienie wykorzystujących swoją pozycję reżyserów oczywiście już zmienia środowiskowe nastawienia wobec ich arogancji, ale politycy i bogacze nadal bezwstydnie korzystają z możliwości, jakie dają im władza i pieniądze. Polatają sobie samolotem razem z całą rodziną, wezmą diety za nieodbyte podróże, upokorzą podwładnego…

Przez lata pilnowałem się, aby żaden asystent nie przynosił mi kawy czy herbaty, nie tak dawno ustąpiłem niechętnie, gdy podczas zdjęć do telewizyjnego spektaklu zorientowałem się, że chwilami bieganie po schodach zmniejsza moją efektywność i opóźnia pracę zespołu.

I teraz trudne pytanie: kiedy, wobec kogo, jakie przywileje uznać za właściwe?

Czy bardzo doświadczony profesor mówiący studentowi: „Przestań gadać, bo cię uderzę”, powinien zostać natychmiast zwolniony dyscyplinarnie po czterdziestu latach znakomitej pracy?

A jeśli profesor miał zły dzień?

A jeśli to student nie zrozumiał żartu?

I już ostatnie pytania: czy studia artystyczne da się ukończyć całkowicie bezstresowo? Oraz: czy jeżeli egzaminatorzy pomylili się (na tak lub nie), pomyłka nie może zostać naprawiona?

Nikt nie musi być artystą. Jakieś, nawet niedoskonałe (bo tworzone przez ludzi) sita są konieczne.

Zatem, czy zdając (czasem wielokrotnie) na studia artystyczne, nie powinniśmy założyć, że zrobiliśmy solidny bilans plusów i minusów takiej decyzji i że znaczącą część odpowiedzialności i ryzyka bierzemy na siebie?

Rozumiem, że to brzmi nietaktownie, ale postawa: „zdałem, a teraz bezstresowo zróbcie ze mnie możliwie szybko i uprzejmie wybitnego artystę” – to raczej naiwność.

Jeśli zdecydowaliśmy się na ten rodzaj studiów, i to już jako ludzie dorośli, to chyba zakładamy, że zrobiliśmy to po to, aby zyskać określone umiejętności i nieznane wtajemniczenia. I zapłacić za to dużą, również psychiczną cenę. Zmienić się.

Jeśli zaczynając studia, uważam się za osobę już gotową do podjęcia oczekujących mnie wyzwań, to lepiej, żebym nie zabierał się za studiowanie.

Ci, którzy dopiero pragną być astronautami, powinni liczyć się z tym, że zostaną wsadzeni do wirówki sprawdzającej ich odporność na przeciążenia. I że – być może – odpadną.

Nawet jeśli uznać moje porównanie za demagogiczne, to i tak warto o nim pamiętać – dobrze oddaje intencje tych, którzy sprawdzają następców, kandydatów na swoje niedawne miejsca w stacjach kosmicznych. Sprawdzają ich odporność na przeciążenia już po swoim powrocie z bardzo nieprzychylnego i wymagającego kosmosu.

I można omyłkowo ich życzliwą zaczepność wziąć za okrucieństwo, złośliwość czy nawet pastwienie.

A to bywa tylko lojalna próba podzielenia się swoim bolesnym doświadczeniem.

Zasygnalizowaniem poziomu ryzyka.

Ma jednak pan Jędrzej całkowitą rację – z każdą krzywdą, manipulacją, przemocą należy walczyć.

Skłamałbym jednak, gdybym oświadczył, że ja osobiście nie walczyłem ze strachu, koniunkturalizmu lub lenistwa.

Nie walczyłem, bo nawet dziś uważam, że pewien brak wyćwiczonej odporności emocjonalnej wcześniej czy później mści się w tym zawodzie, a dawkę napięcia, jaką aplikował ówczesny Wydział Reżyserii, uważałem za rodzaj łagodnej, bezpiecznej szczepionki.

Często powtarzałem (być może podświadomie szukając usprawiedliwienia), że i tak trudno w akwarium przygotować rybę do zagrożeń występujących w oceanie.

Prawdopodobnie również mojej uwadze umknęły przemiany NIEPOSTRZEŻENIE zachodzące w tkance społecznej.

Nie tak dawno (przynajmniej dla mnie) opowieść o tym, że Stanley Kubrick zrobił trzysta trzydzieści trzy duble jednego ujęcia (w Lśnieniu) było ciekawostką z księgi rekordów Guinessa, a podawana mimochodem informacja o tym, że reżyserowi chodziło o wydobycie z aktorki prawdziwego zmęczenia i strachu, nikogo NA CAŁYM ŚWIECIE nie bulwersowała!

Pisze pan Jędrzej o schizofrenicznej dwoistości swoich uczuć. Zapewniam go, że w tej schizofrenii przez lata funkcjonowały całe zespoły twórcze dowodzone przez nawiedzonych despotów, a gdyby przykładać dzisiejszą miarę, to trzeba by zburzyć pomniki Leona Schillera, odebrać teatrom imiona Kazimierza Dejmka, Tadeusza Łomnickiego, Jerzego Grotowskiego, a nawet Adama Mickiewicza, bo traktowanie przez niego kobiet to był mizoginizm w czystej postaci.

Do dziś na dowód, że to prawda, mogę wyrecytować całą Panią Twardowską.

Nie drwię, tylko próbuję jak najszczerzej wyjaśnić źródła, a właściwie korzenie tego dyskomfortu, który dopada nas dzisiaj, trochę jak odkopywane po latach niewybuchy, dawniej nazywane niewypałami.

Krzyczmy, protestujmy, walczmy z tą paskudną przypadłością, która nazywa się przemoc, krzywda, niesprawiedliwość, manipulacja etc…

Stwórzmy jednak jakąś perspektywę, która nie przekreśla nikogo całkowicie i pozwala, przynajmniej tym z dobrymi chęciami, zrehabilitować się w oczach kolegów.

I odpuśćmy winy zmarłym, a już na pewno Janowi Kulczyńskiemu, który w mojej pamięci pozostanie heroicznym bojownikiem o równouprawnienie płci, niedyskryminowanie nikogo oraz ratowanie przed wyrzuceniem ze studiów przypadków (w mojej ówczesnej ocenie) prawie beznadziejnych.

Wiele ratowanych przez niego przed relegacją osób jest teraz chlubą polskiego teatru, a pamiętam rady wydziału, podczas których przez długie godziny musiał przekonywać pozostałych uczestników i kłaść na szalę cały swój autorytet dziekana.

Ja przez trzy swoje dziekańskie kadencje usunąłem ze studiów tylko jedną osobę, która zresztą nie tak dawno w jakimś wywiadzie powiedziała, że pozwoliło jej to rozwinąć skrzydła na arenie międzynarodowej i wyrwać z zatęchłej prowincji.

Przykro mi, ale nadal uważam swoją decyzję za słuszną.

Zdaje mi się, że ten strach przed skreśleniem z listy na naszym Wydziale Reżyserii był zawsze dość iluzoryczny.

Jeśli jednak któryś z absolwentów wydziału budzi się po nocy z krzykiem, że został przeze mnie wyrzucony lub skrzywdzony, to bardzo go za to przepraszam.

I zapewniam, że i wy śnicie mi się, choć raczej rzadko, jako wampiry szukające samych siebie, a przy okazji mojej krwi. Żart.

14-04-2021

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany Sławomir Głazek
    Sławomir Głazek 2021-04-14   23:18:28
    Cytuj

    Dziękuję profesorze Macieju! Po przeczytaniu relacji młodego człowieka ze swojego studiowania na Wydziale Reżyserii, myślałem, że krew mnie zaleje. Profesor Kulczyński był dla studentów oazą spokoju i aniołem cierpliwości. Wiem, bo wielokrotnie, jako aktor, w tych zajęciach brałem udział. Powiem tyle, że trzeba być nikczemnym tchórzem, żeby pozwolić sobie na oczernianie z imienia i nazwiska zmarłej osoby, przy jednoczesnym użyciu tylko inicjałów drugiej, żyjącej oskarżanej osoby. Ale dziękuję Ci profesorze Macieju, bo teraz już mi trochę opadło ciśnienie...

  • Użytkownik niezalogowany Edward Wojtaszek
    Edward Wojtaszek 2021-04-14   22:12:36
    Cytuj

    Nie wiem czemu, ale na myśl przychodzi mi rewolucja kulturalna w Chinach...