AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

O czasie

Fot. Karol Budrewicz  

Nie wiem, kiedy ukaże się ten felieton. Przed Świętami czy może już po, ale jedno jest pewne, ukaże się o czasie. Skąd wiem? Bo go o czasie napiszę.

„Dla wszystkich mieszkańców tego domu i Polski – prezent”. Tak powiedziała Jaśminowa Panienka po powrocie z Kokardenii. Prezentu w sensie dosłownym nie było, ale radość i szczerość wielka. Kokardenia ma na Jaśminową bardzo dobry wpływ. Na nas zresztą też. Zawsze kiedy stamtąd wraca, udaje się jej przenieść tu do nas trochę ciepła.

Bo oto nadchodzi Święto Mrozu. Święto Mrozu, z tego, co zrozumiałem, zawiera w sobie wszystkie święta, w czasie których jest zimno. Moja interpretacja może być błędna, może też ograniczać się jedynie do najbanalniejszego skojarzenia. Nie wiem. Nie zamierzam też tu wysnuwać żadnej rewolucyjnej teorii na temat czasu. Jedynie wspomnieć kilka zdarzeń, które ten czas czynią magicznym. 

Opowiadałem poprzednio o tych chwilach w teatrze, które głęboko zapadły w moją pamięć, bo siedząc na widowni, myślałem wtedy: to jest to, co mnie zachwyca, to jest to, czym jestem zaskoczony, to jest to, czego oczekuję. Dużo za dużo tego „to”…

To były dwie sceny, jedna po drugiej, w tych samych dekoracjach, z tymi samymi aktorami, bez zmiany świateł czy czegokolwiek na zewnątrz. Sekwencja trwała może pięć minut, ale zawarła w sobie przynajmniej kilka miesięcy. Zaczynało się od spotkania dwójki bohaterów. Spotkali się po raz pierwszy, nic o sobie nie wiedząc, porozmawiali chwilę, na tyle długą, że rozwinęła się między nimi nić porozumienia, błysnął moment zachwytu. I tyle. Potem jeden z aktorów odszedł i usiadł kawałek dalej, odwrócił się… i minęło właśnie kilka miesięcy ich znajomości. Stało się to na moich oczach. Na moich oczach zmieniła się energia między nimi; wiedzieli już o sobie prawie wszystko, zdążyli się już parę razy porządnie pokłócić, byli już sobą lekko znużeni. Minęło przecież co najmniej kilka miesięcy. W okamgnieniu. Cudowny skrót czasowy. Czy moja córka też potrafi rządzić czasem? Oto stanęła przed wielkim problemem. Ale od początku.

Jaśminowa Panienka chodziła sobie na zajęcia, nazwijmy to szumnie: baletowe. Baletowe, bo w baletkach, a chodziła, bo już nie chodzi. Chociaż z tym „chodziła” to też przesada… zazwyczaj nosiłem ją tam na barana. W każdym razie koniec z baletem. Pani Była Tancerka chyba skutecznie ją zniechęciła. Co mówiła dziecku, nie wiemy, bo dziecko nie potrafiło powtórzyć, więc najwyraźniej było to jakieś eee, yyy, no nieee. Nam, rodzicom Pani Była Tancerka mówiła, że Jaśminowa Panienka żyje we własnym świecie. No, przecież wiemy – w Kokardenii, ale nie zdradziliśmy miejsca pobytu naszej córki. Nie wszyscy muszą wiedzieć. I dalej, że śpiewa do akompaniamentu zamiast próbować tańczyć krakowiaczka, i że w ogóle jakaś tak nieskupiona i w ogóle niezbyt, bo krakowiaczek w prawo jakoś idzie, ale w lewo to już nie za bardzo, nie mówiąc już o krakowiaku. Sam do tej pory myślałem, że krakowiak i krakowiaczek to właściwie to samo, a tu się okazuje, że nie… Czego oni w tym Krakowie nie skomplikują? Ale wracając do rzeczy, czyli do ruchu. Ja tam byłem w miarę zadowolony. Moja krew. To znaczy koordynacja jak u mnie – pomyślałem. Choć z nutką nadziei, że jednak trochę lepiej. Skrzyżowanie skoordynowanego inaczej (ja) z choreografem (żona) musiało przecież jakoś pozytywnie wpłynąć na potomstwo. Chyba.

Mnie w wojsku zawsze bardziej odpowiadało maszerowanie „na misia” (prawa ręka i prawa noga do przodu, potem lewa ręka i lewa noga) niż prawidłowe żołnierskie (prawa ręka, lewa noga i na zmianę). Oczywiście, niestety, po pewnym czasie dostosowałem się. Jak mówiła moja nauczycielka stepu, wspaniała Pani Danuta Dunin-Wąsowicz: „I słonia na butelkach można nauczyć tańczyć”. Tylko pewnie nie trzeba go zniechęcać przez ciągłe powtarzanie mu, że jest słoniem.

Ale wracając do rzeczy, po raz kolejny zresztą. Rozmawiamy sobie  niezobowiązująco, żeby nie pogłębiać traumy. Bo a nuż przygoda baletowa odciśnie się na psychice dziecka, na jego dorosłym życiu i zostanie np. krytykiem specjalizującym się w tańcu? Pytamy więc najdelikatniej, jak umiemy, o czym dziecina myśli na zajęciach z tańca, kiedy pani liczy takty i oczekuje zaangażowania i ruchowej perfekcji. A dziecina odpowiada: „Myślę o tym, jak połączyć Halloween z moimi urodzinami w czerwcu?”.

Nie podpowiedziałem jej, że moim zdaniem najprostszym sposobem byłaby niekończąca się impreza, bo przecież nie o to chodzi, żeby narzucać dziecku swój prymitywny pogląd na życie i na czas. Wyczułem w jej pytaniu prawdziwy problem, dużo głębszy, niż wynikałoby to z wypowiedzianych słów. Bo w gruncie rzeczy chodzi o to, jak uczynić życie pięknym? Jak każdy dzień uczynić świętem? Bo z czasem staje się to coraz trudniejsze.

Jeszcze do niedawna Jaśminowa mówiła „pójdę wczoraj” czy „byłam jutro”. Operowała intencjami. Nie miałem problemu ze zrozumieniem, o co jej chodzi. Teraz uczy się naszego czasu. Ale czy to dobrze? Dojrzewa czy może to my wtłaczamy ją w nasze ramy? Chyba próbuje przyswoić sobie nasz, nazwijmy to szumnie: dorosły sposób pojmowania, z czego zrodził się problem połączenia Halloween z urodzinami w czerwcu. Problem już raczej nie do rozwiązania. Chyba, że wróciłaby do czasu, kiedy wstawała rano i każda rzecz była nowa. Mieszkały z nami dwa koty, Mały i Turek. Widywała je każdego dnia, od rana do nocy, ale każdego dnia rano wstawała i widząc te nasze mruczki, z zaskoczeniem, ale i wielką radością, jakby widziała je po raz pierwszy, wołała: „O Mały, o Turek…”. Trzeba się było od niej uczyć, póki był czas. Teraz już raczej za późno.

- No dobrze. A jak to wszystko się ma (ma się) do teatru?
- Ale ja chciałem, żeby było miło.

Idę sobie ulicą obwieszoną lampkami i staję twarzą w twarz z reklamą na czasie. Na zdjęciu żywy, dorodny karp, co prawda bez łuski, bo już go tak zmodyfikowano świątecznie, ale generalnie w świetnej kondycji i zadowolony, aż mu się gęba otworzyła z radości. Obok, pod nazwą sieci sklepów, dobrze widoczny napis: „Pozytywnie każdego dnia”. A z drugiej strony karpia ćwiartka cytryny… Dla równowagi – odrobina kwasu.

Dziękuję za bardzo.

13-12-2013

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: