AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Panie w strojach ludowych

 

Mój ulubiony Czytelnik ma rację. W poprzednim felietonie przesadziłem.

Dialog krytyków z artystami grozi bardzo niebezpiecznymi związkami i powinien być zabroniony. Wprawdzie czasem taki dialog daje pozytywne rezultaty, ale statystycznie raczej bywa szkodliwy. Chyba.

I od krytyka, i od twórcy wymaga taki dialog dodatkowych umiejętności, których mogą nie mieć – muszą umieć przyznać, że potrafią się mylić.

I może im się pomieszać prywatna sympatia z rzetelną oceną estetyczną.

Czyli że – nawołując do daleko posuniętej współpracy pomiędzy artystami i redaktorami – trochę przeholowałem. Nawet jeśli część wzajemnych relacji jest nieuchronna, to i tak czujność jest niezbędna. Przepraszam, mój błąd.

Gorzej, że nieopatrznie użyłem w felietonie określeń „sługa” i „służyć’. Służenie nie jest dobrze widziane. Służenie zamienia człowieka w narzędzie drugiego człowieka, służenie to traktowanie innego instrumentalnie. Służba nie drużba.

Władza, która z upodobaniem patrzy na ludzi jak na mniej lub bardziej użyteczne przedmioty, przebiera te przedmioty w rozmaite mundurki, przez co zabiera im odrębność. Zabicie iluś tysięcy żołnierzy na froncie porusza nas mniej niż śmierć konkretna, nawet anonimowa – człowieka w fioletowym sweterku, który jechał na starym rowerze przez miejscowość Bucza.

I rozumiem, że słowo „służenie” ma prawo budzić protest.

Bo służy się zawsze komuś.

Umundurowani redaktorzy i krytycy karnie pędzący do teatru, a potem pokornie piszący recenzje zgodne z obowiązującą doktryną estetyczną, wydają się postaciami ze snu Józefa Stalina. Horror.

Posłuszny artysta, wierzący i propagujący nazbyt mocno jakąś wątpliwą ideologię? Już to przerabialiśmy. Potworne.

A jednak…

Słowo obciążone jest wieloznacznością. Wiadomo „minister” to pierwotnie „ten, który służy”, a życie społeczne, choć zazwyczaj naznaczone jakąś obłudą, dość obsesyjnie powraca do wartości, jaką jest pomaganie drugiemu człowiekowi.

Miłosierny Samarytanin, dobry człowiek, ten, który pomógł, ten, który się przyczynił.

Jeden drugiego ciężary noście.

Idealistyczna utopia czy warunek spójności i efektywności grupy?

W teatrze, podobnie jak w cyrku, niektórych salt nie da się wykonać bez podania pomocnej ręki. A na przykład rodzina i przyjaciele to nadal bardzo istotne (choć często obśmiewane) wartości.

W jakim celu tworzymy?

Oczywiście są tacy, którzy tworzą głównie po to, aby wyleczyć swoją duszę i tacy, którzy chcą zarobić dużo pieniędzy. Jeszcze inni tworzą po to, aby znaleźć się w centrum uwagi lub nawrócić odbiorców na (ich zdaniem) właściwą wiarę.

Motywacje mogą się zresztą mieszać i łączyć. Jest ich wiele.

Ktoś chce rozbawić publiczność, a jednocześnie wyleczyć swoją traumę. Ktoś pragnie zarobić pieniądze, a jednocześnie wstrząsnąć sumieniami. A czasem bywa, że wszystko naraz.

W krótkim felietonie trudno wyliczyć te rozmaite powody. A to „ku pokrzepieniu serc”, a to aby ostrzec przed drzemiącymi zarazkami metaforycznej dżumy, a to aby wywołać litość i trwogę lub inny rodzaj wstrząsu metafizycznego.

Dla pustej zabawy, która może przeobrazić się w epifanię? Też.

Upraszczając – chyba jednak zawsze chodzi o rodzaj dialogu, relacji, wymiany myśli, gry społecznej. Jeśli ktoś nie zamierza przekazać swojego (jak to ładnie nazywa Jacek Dukaj) „myślunku” innym ludziom, to zajmuje się czymś innym niż sztuka.

Wiem, wiem, że dla niektórych epatowanie lub obrażanie widza jest wartością, wiem, że niektórzy wyrażają się o odbiorcach z uzasadnioną do pewnego stopnia i zrozumiałą pogardą lub niechęcią. „Ludożerka”, „Węgrzy na sali”, „Publisia” to określenia znane każdemu, kto boleśnie przeżywał zauważalny brak komunikacji z widownią. Bywa, że na twarzach odbiorców maluje się rodzaj zrozumienia identyczny z tym, jaki dostrzegamy po kwadransie słuchania referatu na twarzach pań w strojach ludowych ustawionych za przemawiającymi politykami. Nawet jeśli jest tam w środku głębia Rowu Mariańskiego, to i tak na zewnątrz jedynie – jasność błękitu.

A jednak…

Są ludzie, którzy namiętnie chodzą do teatru. Potrzebują go.

Lekarze, którzy po morderczych dyżurach na pytanie, czy pójdą na przedstawienie odpowiadają: „Do teatru – zawsze!”. Nauczycielki i nauczyciele, którzy swoją pasją zarażają kolejne pokolenia. Dzieci, które przeżywają los niedowartościowanej gęsi lub niekochanego misia, a nawet pragną ukarać złą królową. Znawcy, którzy mówią: „Muszę iść po raz trzeci, bo chcę porównać i sprawdzić”. Kobiety, które czują się wyzwolone przez Shirley Valentine. Osoby, którym Szekspir i Molier otworzyli oczy na złożoność świata lepiej niż licealny kurs historii.

Ludzie, którzy mogą się nacieszyć akceptacją swojej odmienności.

Ludzie, którzy tęsknią za świętem bez przymusu bycia wyznawcą.

Ludzie, którzy szukają odpowiedzi nie w aksjomatach, a w szczelinach wyobraźni.

Ludzie, którzy potrzebują sztuki jako szczepionki bądź odtrutki na smutek banału i oczywistości.

Ludzie, którzy tęsknią za transferem przeżyć i szukają swojego spełnienia właśnie w magicznej przestrzeni żywego spektaklu.

I co ja na to poradzę, że chciałbym tym ludziom służyć?

A jeśli słowo „służyć” uznamy za zbyt staroświeckie, to może po prostu – chciałbym się przyczynić do tego, aby nadal mieli po co chodzić do teatru.

13-03-2024

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (9)