AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Przychodzi baba do lekarza

 

Kobieta współczesna.

Czy w ogóle można powiedzieć, że istnieje jakiś model takiej kobiety?  

Lara Croft? Wolne żarty.

I czy sztuka w ogóle nie zrezygnowała, nie zaniechała problemu tak zwanych „wzorców osobowych”? Może i słusznie sztuka się w tej kwestii poddała, bo ludzie są rozmaici i trudno wymagać od nich, aby upodobniali się do wzorców, na które nie mają ochoty.

A jednak trochę kusi potrzeba namysłu nad tym, jakie wzorce osobowe kultura współczesna podsuwa współczesnym kobietom.

Oczywiście w czołówce są reklamodawcy, którzy (ogólnie rzecz biorąc) proponują wizję energicznej, dającej sobie radę w życiu, pięknej i mądrej matki dwojga dzieci, która jest warta tego, żeby zażywać środki uspokajające, wyglądać na siedemnastolatkę, zmienić partnera na nowego i zadbać o wątrobę obojga, a wieczorem docenić, że jurność partnera wzięła się z zażywania znakomitych niebieskich tabletek bez recepty, przy okazji kasujących piegi. I w pełni wolnej dzięki znakomitym podpaskom oraz konsumpcji zupek błyskawicznych.

Dalej, jako nieco cięższy kaliber, pojawiają się programy poranne z poradami kuchennymi, gimnastycznymi i ewentualnie mieszkaniowymi.

Czy tego typu programy lansują jakieś konkretne wzorce osobowe?

Nie bardzo.

Dość głupkowatą Bridget Jones, ładnie milczącą statystkę jak Melania T., krzykliwą działaczkę pro- lub antyaborcyjną, mało kobiecą naukowczynię lub polityczkę, ewentualnie blondynkę w leśniczówce? Wredną małpę z korporacji? Siłaczkę?

Na kim może się sensownie wzorować dzisiejsza, właśnie dorastająca młoda kobieta?
 
Mężczyźni niby mają trochę lepiej z pozytywnymi wzorcami, bo gdzieś w tle majaczy honor rycerski, etos odpowiedzialności, Gary Cooper z filmu W samo południe i z plakatu „Solidarności”, a w ostateczności Han Solo wojujący z mrocznymi siłami Imperium.

Słabiutkie to, ale bezkrytycznym może starczyć na całe życie.

Dla bardzo wybrednych jest jeszcze Przełęcki z dramatu Uciekła mi przepióreczka Stefana Żeromskiego, który nie uwodzi podobającej mu się kobiety, bo „takie są moje obyczaje”.

Tylko, że to wszystko to już archeologia.

Oszałamiająca Ingrid Bergman z Casablanki miała do wyboru kochanego ale alkoholika i narwańca lub dzielnego, choć trochę bezbarwnego antyfaszystę.

Solejukowa z Rancza może tylko po cichu studiować filozofię.

Mężczyzny lepszego niż bałwan, za którego musi napisać program dla partii politycznej, nie znajdzie.

To zresztą fascynująca postać. Twórcy Rancza chyba jako jedyni próbowali powiedzieć coś prawdziwego o losie polskich kobiet w latach przemiany.

Galeria pań polskich w tym serialu może dać do myślenia.

Oczywiście dickensowska konwencja serialu nie pozwala na epatowanie skrajnymi dramatami, ale przecież te panie i dziewczyny w większości są niespełnione, pogubione, skazane na swoich mało bystrych partnerów i traktowane przedmiotowo.

Amerykance się niby udaje, ale trochę wbrew ogólnemu trendowi.
 
Przed jakimi wyborami stają współczesne polskie dziewczyny, współczesne polskie kobiety?

Wiem, że to temat na pracę doktorską, a nie felieton, ale pytanie jest kuszące.

Jeszcze przed wojną Boy-Żeleński napisał Piekło kobiet, a aktualność jego rozważań przygnębia.

Boy był lekarzem, irytowała go hipokryzja i okrucieństwo ówczesnych regulacji prawnych, obłuda kleru, krzywda biednych porzuconych kobiet.

Ogłoszono go „bolszewikiem”, zwalczano z zaciekłością i pogardą.

Boy przypominał, że nawet święty Tomasz uważał, że ludzka dusza wstępuje w ciało dopiero trzy miesiące po zapłodnieniu(!), cytował listy od zrozpaczonych kobiet, analizował sensowność ówczesnych przepisów.

Daremne wysiłki. On i Irena Krzywicka zostali wrogami publicznymi, a oświeceniowy w swej istocie zamiar został spostponowany i zohydzony.

Nawet przykład ukochanej „siostrzycy” Francji nie pomógł.

Panie z mojego pokolenia mogły ostatecznie przyjmować za rodzaj wzorca z Sevres Sophię Loren; Sophię, która w swoich najlepszych filmach górowała nad mężczyznami dzięki bezpośredniości, prostocie, urodzie i autoironii oraz nieco instrumentalnemu podejściu do spraw męsko-damskich.

Trudno przecież za wzorzec pozytywny uznać nieszczęsną bohaterkę Kill Bill, której związek z mężczyzną to jakaś ponura sadomasochistyczna epopeja, raczej z marzeń rozwydrzonych chłopców niż stęsknionych za realnym uczuciem dziewczynek.

Naturalnie mogę się mylić w ocenie czyichś marzeń. Obejrzałem ostatnio program o kinbaku shibari, czyli japońskiej sztuce wiązania ciał.

Jest to sztuka, o której wyznawcy wyrażali się entuzjastycznie, demonstrując wzajemne powiązania przy pomocy grubych lin, powiązania podobno przynoszące silną satysfakcję i wiązanym i wiążącym.

Nad wszystkim unosiła się aura wtajemniczenia w głębszy sens erotyzmu i przekonanie, że wykonawcy i kreatorzy obcują ze sztuką przez duże S.

Podobno panie i panowie biorący udział w tych twórczych seansach czerpią z nich znaczną przyjemność, pogłębiają wiedzę o sobie i o świecie.

Chociaż na moje oko ta sztuka uprawiana zbyt często może wywrzeć długofalowe, niekorzystne skutki na układ kostny. I myślę, że wiele osób nie odnajdzie się w tych ćwiczeniach, podobnie zresztą jak jest ze sportami wyczynowymi, himalaizmem na przykład.

A tu chodzi o dobry, ogólnodostępny model.

Legło w gruzach żałosne męskie imaginarium, o którym słusznie pisał Boy- Żeleński:

”Te gosposie i te Zosie,
Które sobie przy bigosie
Fantazjował pan Mickiewicz,
Aby znaleźć w nich pociechę
Po swoich miłosnych klapach,
Czyjejż są tęsknoty echem?”

Ba, na stosunkowo niedawne relacje Jamesa Bonda z atrakcyjnymi paniami patrzymy ze zdumieniem. Filmy z poprzedniego wieku oferują tak sztampowe wizje kobiecości, że mogą jedynie śmieszyć.

Sprawa nie jest błaha, bo w próżnię wytworzoną przez całkowitą zmianę dotychczasowych paradygmatów wkraczają oferty dość kłopotliwe.

Można powiedzieć rodzaj duchowego kinbaku.

Między skrajnościami: klasztor czy apostazja, TVP czy TVN, wygadany youtuber komputerowiec czy niegrzeszący intelektem użytkownik siłowni, staje oto osoba młoda, narodzona w dwudziestym pierwszym wieku, i zastanawia się, co wybrać.

Myśli, na kim się wzorować, czego chcieć, do czego dążyć.

I kto reprezentuje sobą prawdziwe, godne szacunku wartości i cele: Eliza Michalik czy Magdalena Ogórek? Chyłka czy Brzydula?

A sztuka mogłaby tu być jak latarnia w mroku.

Niestety wydaje mi się, że przynajmniej na razie żadna z proponowanych, jakże rozmaitych wizji kobiecości nie jest zbyt kusząca. Chaos i brak jasności w temacie.

Dekonstrukcja i transgresja.

Na co oczywiście nakłada się tradycyjny, męski, głęboko skrywany, nieujawniany nawet przed samym sobą lęk przed tajemnicą kobiecości.
 
Przychodzi baba do lekarza, a lekarz też baba.

Warszawa, 1.02.2021

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany Malina
    Malina 2021-03-19   02:07:40
    Cytuj

    Anna Paliga napisała na facebooku: Szanowni Państwo, na wczorajszej Małej Radzie Programowej Łódzkiej Szkoły Filmowej przedstawiłam swoje stanowisko wobec nadużyć skierowanych wobec studentów, a panujących od lat w strukturach tejże szkoły. List: Przykro mi, że muszę poruszać ten temat – najchętniej opowiadałabym o wymarzonych warsztatach castingowych, które chciałabym prowadzić albo o wątpliwej jakości zajęciach aktorstwa filmowego, o które należałoby zadbać. Tymczasem mam potrzebę opowiadania o strachu. W moim odczuciu to, czego uczelnia nie daje nam najbardziej, to zwykłe poczucie bezpieczeństwa i zasady etyki. Absolwenci nie wiedzą, jakie są ich prawa jako aktorów, jak można bronić się przed mobbingiem, wykorzystaniem seksualnym na planie, a przemocowe przekraczanie swoich granic psychicznych i fizycznych uważają za niezbywalną część zawodu. Na wydziale aktorskim panuje absurdalne i niszczące przekonanie, że młodych należy „łamać” i „przyzwyczajać do zaciskania zębów”, a także że doświadczanie przemocy pomoże im w zostaniu lepszymi aktorami. Studenci, wychodząc do świata profesjonalnych planów filmowych, nie są przygotowani na stawianie oporu manipulacjom i zastraszaniu. To prowadzi do kontuzji, frustracji, zaburzeń odżywiania, załamań nerwowych... Garść faktów - garść sytuacji, do których doszło podczas mojej nauki na wydziale aktorskim. Większość z tych zdarzeń z pewnością dotarła do władz wydziału, bądź uczelni i z premedytacją zostały zamiecione pod dywan. - Elementarne zadania aktorskie I rok, dr hab. Mariusz Jakus widząc studenta stojącego poza pozycją, wpadł w furię i rzucił w grającą grupę krzesłem, które wybiło dziurę w suficie, po czym z pięściami ruszył na rzeczonego studenta. Przed uderzeniem powstrzymał się w ostatnim momencie, widząc grupę chowającą się w kątach sali. Później Jakus wielokrotnie deprecjonował jego pracę wmawiając mu, że do niczego się nie nadaje i nigdy nie zostanie aktorem. - Rola współczesna III rok, próby odbywające się w szkole do 5 rano. Dr Grzegorz Wiśniewski uderzył studentkę w twarz tak mocno, że z nosa trysnęła jej krew. Do przerażonego partnera scenicznego dziewczyny powiedział „tak to powinieneś grać, ucz się”. Kiedy Jagoda Szelc opowiedziała o tym zdarzeniu w wywiadzie po premierze „Monumentu”, sprawa została skrzętnie przemilczana zarówno przez władze uczelni, jak i władze wydziału. - Proza rok III, prof. Bronisław Wrocławski wyciągnął studentkę na środek sceny, po czym pogryzł ją od dłoni do szyi na oczach całej grupy, po to żeby pokazać drugiemu studentowi, jak gra się pożądanie. - Sceny współczesne II rok, dr Grażyna Kania zmusiła studentkę do rozebrania się w trakcie egzaminu. Przed samym pokazem, kiedy moja koleżanka wciąż stawiała opór padło sformułowanie „Albo zdejmiesz stanik, albo wyrzucę cię z uczelni”. Pani ta nie przestała pracować na wydziale. Została zaproszona do pracy z innym rokiem na warsztatach prowadzonych w trakcie ich wolnych weekendów. Warsztaty były obowiązkowe. - Ćwiczenia aktorskie I rok, dyrektor Teatru Jaracza Waldemar Zawodziński przeprowadził zajęcia z pierwszym rokiem, na których nakazał studentom stanąć w parach w samych cielistych majtkach naprzeciwko siebie i mówić o tym, co nie podoba się im w ciele swojego partnera. Miało to ich nauczyć, że aktor musi konfrontować się ze swoimi kompleksami. Studenci nie zostali zapytani o zgodę na takie ćwiczenie podług zasady „jeśli chcesz zostać aktorem, to musisz cierpieć”. Była to dla nich na tyle duża trauma, że fuksowany przez nich rok (mój rok) musiał nosić przy tabliczkach z imieniem i nazwiskiem cieliste majtki na znak protestu. - Dyplom, rok IV, prof. dr hab. Mariusz Grzegorzek, rektor naszej szkoły w trakcie prac nad dyplomem wielokrotnie, niemalże codziennie przez okres trwania prób wpadał w furię i nazywał mnie „pierdoloną szmatą, kurwą”. Poniżał zarówno mnie, jak i moich kolegów w obecności całej grupy i pracowników technicznych. Najmniejszy błąd wprowadzał go w stan niepowstrzymanej agresji słownej potęgowanej przedpremierowym stresem. O wszystkim szczegółowo dowiedział się ode mnie prorektor Michał Staszczak. Usłyszałam, że „nie umiem zaciskać zębów, a powinnam” i że „jestem zbyt miękka na ten zawód”. Skończyło się to dla mnie załamaniem nerwowym, tabletkami przeciwlękowymi i długotrwałą terapią. Te sytuacje to tylko kropla w morzu nadużyć, mających miejsce na naszym wydziale. To tylko kropla, do której umiem się przyznać, nie obarczając obowiązkiem opowiadania swoich często zastraszonych kolegów. Ale jest to temat rzeka – wystarczy kuluarowo zacząć ten temat w gronie studentów, a historie płyną lawinowo. Nieograniczona władza, którą profesorowie mają nad nami – wybrańcami, którzy długo przygotowywali się, by dostać się do Szkoły Marzeń i którzy w każdym momencie mogą zostać z niej wydaleni za sprawą kaprysu wykładowcy – ta władza powoduje, że przemoc nie jest zgłaszana, a sprawcy nie zostają ukarani. Od pierwszych dni na uczelni wyższe lata opowiadają o takich zachowaniach jak o normie, z którą należy się pogodzić, bo „tak było, tak będzie. I tak kiedyś było jeszcze gorzej”. To sprawia, że przemocowi wykładowcy są bezkarni. Pośród studentów innych szkół, nasz łódzki wydział jest uważany za ewenement – nie dość, że przemocowcy znani wszystkim od lat wciąż u nas uczą, to jeszcze przyjmuje się do grona pedagogów wykładowców z innych szkół mających złą prasę, którzy oficjalnie lub nieoficjalnie zostali wydaleni ze swoich Alma Mater za przemoc wobec studentów właśnie. Dopóki nasza uczelnia nie zacznie budować w aktorach szacunku do samych siebie i swojej pracy, nasi absolwenci wychodząc ze szkoły, będą walczyć nie z kapryśnym polskim rynkiem filmowym, a z sobą. Uważam, że przeprowadzenie poważnej rozmowy na temat przemocy i kadr ze studentami i absolwentami naszego wydziału jest niezbędne dla dalszego funkcjonowania tej uczelni. Anna Paliga

  • Użytkownik niezalogowany aktorka
    aktorka 2021-02-16   23:43:34
    Cytuj

    To może kolejny felieton: Przychodzi aktorka do Passiniego.

  • Użytkownik niezalogowany BArbara Wizimirska
    BArbara Wizimirska 2021-02-12   22:37:18
    Cytuj

    Pan Wojtyszko świetnie przedstawił dylemat kobiet a raczej zamęt w stosunkach damsko-męskich. Może nie istnieje jeden model współczesnej kobiety (to jest niemożliwe), ale na pewno młode dziewczyny są bardziej ambitne i mają szersze horyzonty niż ich męscy rówieśnicy. Żądają faktycznego równouprawnienia, a rosnąca w świecie liczba kobiet u steru władzy upewnia je, że potrafią się sprawdzić także w tej dziedzinie. Wiedzą, że muszą zadbać o atrakcyjny wygląd (to nic nowego), bo to jest atut równy albo i nadal lepszy niż kompetencje. We wszystkich społecznych przedsięwzięciach są bardziej aktywne i widoczne niż mężczyźni. Nie sądzę jednak aby matriarchat zastąpił patriarchat, obie płcie się potrzebują i zapewne ustali się jakiś sensowny modus vivendi.