AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Szczęśliwe dni: 9 grudnia

Fot. Karol Budrewicz  

W bezmiarze niekończących się zdań Prousta jest takie, w którym autor W poszukiwaniu straconego czasu powiada: „Śmierć milionów nieznanych nam, dalekich ludzi, jest nam ostatecznie mniej przykra niż przeciąg, który nas samych zawieje”.

W podobnym duchu, ale dalej szedł Gombrowicz w swoich rozważaniach na temat bólu. Już nie pamiętam, gdzie – pewno w Dzienniku – pisał, że nie ma tak mądrych, wzniosłych i abstrakcyjnych myśli, których by nie unicestwił zwykły ból zęba.

Akurat wiem, co mówię, bom ostatnio cierpiał na zęby. Musiałem odwołać zajęcia online. Na szczęście Janek Karow – mój nie tyle asystent (nie jestem profesorem), co partner dydaktyczny zastąpił mnie udatnie (czyje to zdanie: „Pan ma talent, młody człowieku, prawdziwy talent”?). A ja, łykając Apap za Apapem, bo nic innego nie było pod ręką, truchlałem na samą myśl o tym, żeby szukać ratunku u dentysty – zdawała mi się trudniejsza do zniesienia niż ten ból. Mój przyjaciel, Rafał, doradził mi przez telefon, żebym płukał gębę (Gombrowicz!) spirytusowym wyciągiem z kitu pszczelego. Fakt, że dolegliwości przeszły, ale nie wiadomo na jak długo.

Taki to jest dzisiaj teatr życia codziennego.

Opowiem Wam teraz, czym się zajmuję – praktycznie od marca.

Głównie siedzę w domu, co – w stosunku do tak zwanych normalnych, czyli niepandemicznych czasów – nie czyni mi wielkiej różnicy, bo i tak przeważnie siedzę, a raczej leżę w domu. Jak pisał Miron Białoszewski: „kiedy leżę / nie nadaję się do wstania / leżenie zapuszcza korzenie / nie wierzę w poruszanie się”.

Pięć razy w tygodniu jednak wstaję, żeby odbyć owe zajęcia online ze studentami Szkoły Teatralnej, zwanej, nie wiedzieć czemu, Akademią. Mam ja, powiem Wam, tych zajęć co nie miara, bo to i WoT, i aktorzy, i jeszcze niebawem reżyserzy. Z jednymi historia teatru w Polsce Ludowej, z drugimi teatr powszechny od Ajschylosa, z trzecimi najnowszy dramat polski, a z czwartymi kanon krytyki teatralnej, od Boya-Żeleńskiego poczynając. Z piątymi (reżyserami) jeszcze nie wiem, bo to drugi semestr, ale skłaniam się ku analizie Ryszarda III. Więc taki więcej ze mnie omnibus, by nie rzec: człowiek Renesansu (he, he). Niemniej lubię te zajęcia internetowe: wstaję na ostatnią chwilę, parzę kawę, zarzucam sweter albo bluzę na piżamę i już cały jestem w skowronkach, zwłaszcza że przed ekranem mogę palić do woli papieroski, co w realu byłoby niedopuszczalne.

Zajęcia nieco dziwne. O ile nie jest to konwersatorium, gdzie participants biorą aktywny (powiedzmy) udział, to nie bardzo wiem, do kogo mówię i czy w ogóle do kogoś, bo – jak potwierdza wiele uczeńszych ode mnie koleżanek i kolegów – studenci wyłączają obraz i dźwięk. Czy słuchają, nie wiem. Może sobie śpiewam a Muzom i ekranowi laptopa, ale co mi tam: byłem kiedyś studentem i wiele jestem w stanie zrozumieć. Toutes proportions gardées, ale sam za studenckich czasów dawałem nogę w towarzystwie niesfornych koleżanek z zajęć profesora Raszewskiego, żeby w Kmicicu na Piwnej pić tanie wino i bajdurzyć o głupotach.

Ostatnio napotkałem opór. Studenci drugiego roku studiów magisterskich w piątej minucie zajęć zdobyli się na szczere wyznanie, że nie przeczytali Bezkrólewia Wojciecha Tomczyka. Wcześniej bez problemów, a nawet z ożywieniem, omawialiśmy utwory Słobodzianka, Sikorskiej-Miszczuk, Masłowskiej, Prześlugi – teraz chciałem coś na drugą nóżkę, czyli jak to mówią: spectrum. Aż tu nagle klops. Czy dlatego, że Wojtek, skądinąd mój fajowy niegdyś koleżka z roku, jest dziś promowany przez pisowskich katokalifów jako czołowy dramatopisarz obok wydętego wierszopisa Wencla i piszącego prozą Wildsteina? Chyba nie, bo studenci o tym nie wiedzieli, a nazwisko Tomczyka nic im nie mówiło. Odpadli od lektury dlatego, jak sądzę, że sztuka, moim zdaniem, jest mizerna, niewydarzona, w stylu „wyżej s… niż d… ma” i nic tu nie pomogą uczone elukubracje profesora Jacka Kopcińskiego, też mego, skądinąd wybitnego, koleżki, który jak Karol Irzykowski czyta Bezkrólewie na zasadzie: „ja bym napisał to tak”. Gdyby w Bezkrólewiu było to wszystko, co Jacek w swojej interpretacji konstruuje, pierwszy biłbym pokłony – że Gombrowicz, że Mrożek… Dałby Bóg, ale nie dał.

Niemniej moich studentów rozmowa o Bezkrólewiu nie ominie – i odbędzie się sine ira et studio, bo ostatecznie tekst istnieje sam w sobie i sam siebie wypowiada. Gdyby takie czy inne uwikłania autora miały na nim ciążyć, nie czytalibyśmy Celine’a, Geneta czy Pounda.

Poza działalnością dydaktyczną pracuję przecież w Teatrze Polskim, który, rzecz jasna, nie gra, ale aktorów trzeba czymś zająć i dać im zarobić, bo wiadomo, że cienko przędą. Więc od wielu miesięcy wymyślam i układam scenariusze rozmaitych działań online. Robię to, nie powiem, z przyjemnością, boć to zawsze można przypomnieć sobie ulubionych poetów albo ni z gruszki, ni z pietruszki stwierdzić, że taki zapomniany utwór jak Baba-Dziwo bardzo dziś jest rajcujący.

Wszelako nachodzi mnie i taka refleksja: ja, wiecie, mam już z górką 60 lat, więc raczej nie należę do pokolenia internetowego. Przeciwnie – byłem i jestem człowiekiem biblioteki. Aż tu nagle okoliczności życiowo-pandemiczne posadziły mnie przed kompem i zmusiły do całkiem nowej aktywności. Nie powiem – ciekawe to jest. Jako historyk teatru myślę czasem o tych, którzy, na przykład, podczas okupacji niemieckiej uprawiali działalność artystyczną po domach (Kantor, Kotlarczyk) albo w konspiracji uczyli adeptów aktorstwa (podziemny PIST). Albo kelnerowali w kawiarniach. Albo byli szatniarzami. Albo, jak Szletyński, konduktorami w warszawskiej kolejce dojazdowej czy, jak Szyfman, fornalami w wiejskim majątku. To są, prawda, nieporównywalne rzeczy. Mnie chodzi jedynie o to, że teatr polski w długim i rozmaitego typu doświadczeniu wypracował formy przetrwalnikowe. I nigdy nie zaniknął – ani pośród powstań i wojen, ani w stalinizmie, ani w stanie wojennym. Mówię to przeciw tym, którzy wieszczą zagładę teatru z powodu Sars-Cov 2. Jak pisał Młynarski: „Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy”.

09-12-2020

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (6)
  • Użytkownik niezalogowany Malina
    Malina 2021-03-19   02:08:24
    Cytuj

    Anna Paliga napisała na facebooku: Szanowni Państwo, na wczorajszej Małej Radzie Programowej Łódzkiej Szkoły Filmowej przedstawiłam swoje stanowisko wobec nadużyć skierowanych wobec studentów, a panujących od lat w strukturach tejże szkoły. List: Przykro mi, że muszę poruszać ten temat – najchętniej opowiadałabym o wymarzonych warsztatach castingowych, które chciałabym prowadzić albo o wątpliwej jakości zajęciach aktorstwa filmowego, o które należałoby zadbać. Tymczasem mam potrzebę opowiadania o strachu. W moim odczuciu to, czego uczelnia nie daje nam najbardziej, to zwykłe poczucie bezpieczeństwa i zasady etyki. Absolwenci nie wiedzą, jakie są ich prawa jako aktorów, jak można bronić się przed mobbingiem, wykorzystaniem seksualnym na planie, a przemocowe przekraczanie swoich granic psychicznych i fizycznych uważają za niezbywalną część zawodu. Na wydziale aktorskim panuje absurdalne i niszczące przekonanie, że młodych należy „łamać” i „przyzwyczajać do zaciskania zębów”, a także że doświadczanie przemocy pomoże im w zostaniu lepszymi aktorami. Studenci, wychodząc do świata profesjonalnych planów filmowych, nie są przygotowani na stawianie oporu manipulacjom i zastraszaniu. To prowadzi do kontuzji, frustracji, zaburzeń odżywiania, załamań nerwowych... Garść faktów - garść sytuacji, do których doszło podczas mojej nauki na wydziale aktorskim. Większość z tych zdarzeń z pewnością dotarła do władz wydziału, bądź uczelni i z premedytacją zostały zamiecione pod dywan. - Elementarne zadania aktorskie I rok, dr hab. Mariusz Jakus widząc studenta stojącego poza pozycją, wpadł w furię i rzucił w grającą grupę krzesłem, które wybiło dziurę w suficie, po czym z pięściami ruszył na rzeczonego studenta. Przed uderzeniem powstrzymał się w ostatnim momencie, widząc grupę chowającą się w kątach sali. Później Jakus wielokrotnie deprecjonował jego pracę wmawiając mu, że do niczego się nie nadaje i nigdy nie zostanie aktorem. - Rola współczesna III rok, próby odbywające się w szkole do 5 rano. Dr Grzegorz Wiśniewski uderzył studentkę w twarz tak mocno, że z nosa trysnęła jej krew. Do przerażonego partnera scenicznego dziewczyny powiedział „tak to powinieneś grać, ucz się”. Kiedy Jagoda Szelc opowiedziała o tym zdarzeniu w wywiadzie po premierze „Monumentu”, sprawa została skrzętnie przemilczana zarówno przez władze uczelni, jak i władze wydziału. - Proza rok III, prof. Bronisław Wrocławski wyciągnął studentkę na środek sceny, po czym pogryzł ją od dłoni do szyi na oczach całej grupy, po to żeby pokazać drugiemu studentowi, jak gra się pożądanie. - Sceny współczesne II rok, dr Grażyna Kania zmusiła studentkę do rozebrania się w trakcie egzaminu. Przed samym pokazem, kiedy moja koleżanka wciąż stawiała opór padło sformułowanie „Albo zdejmiesz stanik, albo wyrzucę cię z uczelni”. Pani ta nie przestała pracować na wydziale. Została zaproszona do pracy z innym rokiem na warsztatach prowadzonych w trakcie ich wolnych weekendów. Warsztaty były obowiązkowe. - Ćwiczenia aktorskie I rok, dyrektor Teatru Jaracza Waldemar Zawodziński przeprowadził zajęcia z pierwszym rokiem, na których nakazał studentom stanąć w parach w samych cielistych majtkach naprzeciwko siebie i mówić o tym, co nie podoba się im w ciele swojego partnera. Miało to ich nauczyć, że aktor musi konfrontować się ze swoimi kompleksami. Studenci nie zostali zapytani o zgodę na takie ćwiczenie podług zasady „jeśli chcesz zostać aktorem, to musisz cierpieć”. Była to dla nich na tyle duża trauma, że fuksowany przez nich rok (mój rok) musiał nosić przy tabliczkach z imieniem i nazwiskiem cieliste majtki na znak protestu. - Dyplom, rok IV, prof. dr hab. Mariusz Grzegorzek, rektor naszej szkoły w trakcie prac nad dyplomem wielokrotnie, niemalże codziennie przez okres trwania prób wpadał w furię i nazywał mnie „pierdoloną szmatą, kurwą”. Poniżał zarówno mnie, jak i moich kolegów w obecności całej grupy i pracowników technicznych. Najmniejszy błąd wprowadzał go w stan niepowstrzymanej agresji słownej potęgowanej przedpremierowym stresem. O wszystkim szczegółowo dowiedział się ode mnie prorektor Michał Staszczak. Usłyszałam, że „nie umiem zaciskać zębów, a powinnam” i że „jestem zbyt miękka na ten zawód”. Skończyło się to dla mnie załamaniem nerwowym, tabletkami przeciwlękowymi i długotrwałą terapią. Te sytuacje to tylko kropla w morzu nadużyć, mających miejsce na naszym wydziale. To tylko kropla, do której umiem się przyznać, nie obarczając obowiązkiem opowiadania swoich często zastraszonych kolegów. Ale jest to temat rzeka – wystarczy kuluarowo zacząć ten temat w gronie studentów, a historie płyną lawinowo. Nieograniczona władza, którą profesorowie mają nad nami – wybrańcami, którzy długo przygotowywali się, by dostać się do Szkoły Marzeń i którzy w każdym momencie mogą zostać z niej wydaleni za sprawą kaprysu wykładowcy – ta władza powoduje, że przemoc nie jest zgłaszana, a sprawcy nie zostają ukarani. Od pierwszych dni na uczelni wyższe lata opowiadają o takich zachowaniach jak o normie, z którą należy się pogodzić, bo „tak było, tak będzie. I tak kiedyś było jeszcze gorzej”. To sprawia, że przemocowi wykładowcy są bezkarni. Pośród studentów innych szkół, nasz łódzki wydział jest uważany za ewenement – nie dość, że przemocowcy znani wszystkim od lat wciąż u nas uczą, to jeszcze przyjmuje się do grona pedagogów wykładowców z innych szkół mających złą prasę, którzy oficjalnie lub nieoficjalnie zostali wydaleni ze swoich Alma Mater za przemoc wobec studentów właśnie. Dopóki nasza uczelnia nie zacznie budować w aktorach szacunku do samych siebie i swojej pracy, nasi absolwenci wychodząc ze szkoły, będą walczyć nie z kapryśnym polskim rynkiem filmowym, a z sobą. Uważam, że przeprowadzenie poważnej rozmowy na temat przemocy i kadr ze studentami i absolwentami naszego wydziału jest niezbędne dla dalszego funkcjonowania tej uczelni. Anna Paliga

  • Użytkownik niezalogowany Grażyna
    Grażyna 2021-01-05   19:45:35
    Cytuj

    Dlaczego Państwo nic nie piszecie o pazernym wepchaniu się na chama do kolejki przed lekarzami i innymi pracownikami służby zdrowia i innymi z grupy 0 i zaszczepieniu się rodziny Jandy i innych aktorów w 2020 roku? Przecież wszystkie media o tym piszą, a wy piszący o teatrze i aktorach milczycie. Wstyd!

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2020-12-16   11:40:47
    Cytuj

    ciekawa napisał(a):

    Jakie masz jkz inne nicki? Dezyderata. Ja p#%&$*&^% - to może bądź nie tyle "ciekawa" (plotkara), co posiadająca minimum wiedzy - będzie z tego jakiś społeczny pożytek, a nie tylko Twe popisy ignorancji o obmawiania... Nigdy nie napisałem publicznie ani słowa anonimowo - jak Ty - lecz zawsze pod nazwiskiem, albo, gdy powtarzam w tym samym miejscu, inicjałami łatwymi do spersonalizowania. "Prawdziwa cnota krytyk (i swego imienia) się nie obawia".... "Ja rzeczywiście lękam się tego, że nie mogę znieść bólu muchy" - to Gombrowicz, planując swój ostatni dramat p. t. "Mucha" (nie zdążył, zrobiłem to w jego stylu - ja). Podobnie jak Wojtek inspirując się "Ślubem" stworzył najwybitniejszy nasz dramat współczesny (tyle, że Ty, Janusz, go nie znasz, bo są TRZY wersje, z tego tylko dwie drukowane), i niestety jedna bezsensownie wystawiona w telewizorze, czy nie przez Twoją uczennicę, jako producentkę? Najwybitniejszy, bo o katastrofie (sic!), nie samolotu, a o KATASTROFIE AKSJOLOGICZNEJ jaka się przydarzyła nam wszystkim w wojnie domowej rozpętanej po zmodernizowaniu Polski na "ten kraj" ... I to było pisane - słusznie - na Tuska, a okazało się uniwersalne, dlatego, że dotyczy stosunku władzy do obywateli - i odwrotnie - co niestety się nie zmienia; o czym ja mówię od zawsze głośno, a Ty - niestety - tylko "Baba dziwo", albo z żoliborskimi kompleksami ostatnio "błyskawicznie" spod znaku hitlerjugend... I dlatego Tomczyk przez 9 lat leżał na półce, a nauki Janusz Majcherka poszły w las: "cha cha, chi chi, hejże, hola!"...

  • Użytkownik niezalogowany kondzio
    kondzio 2020-12-15   20:19:09
    Cytuj

    Panie Profesorze, proszę mi wybaczyć bezpośredniość, ale nie ma co owijać w tak zwaną bawełnę, bo uczucie to stare jak świat, a więc pozwolę sobie tylko przypomnieć, że miłość moja do Pana wciąż taka sama. I do kolegi Karowa również.

  • Użytkownik niezalogowany ciekawa
    ciekawa 2020-12-12   03:44:41
    Cytuj

    Jakie masz jkz inne nicki? Dezyderata. Ja p#%&$*&^%

  • Użytkownik niezalogowany Dezyderata
    Dezyderata 2020-12-10   03:49:18
    Cytuj

    Przemycanie śmieci pod pozorem pisania felietonu. A jak studentom Szkoły Teatralnej nazwisko Tomczyka nic nie mówiło, to pora zmienić zasady rekrutacji. Nazwę Szkoły już zmieniono, co Majcherek bystro odnotowuje.