AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zrzędność i przekora: Boy to jest nasz ostatni…

Fot. Karol Budrewicz  

Jakiś czas temu odebrałem telefon: „Michał Zadara przeczytał Dziady. Całe!”. Nie powiem, żeby ta wiadomość ruszyła z posad bryłę mego świata, niemniej jednak dla tak zwanej poddierżki razgawora westchnąłem jako ta Dziwka Bosa, co ją pan Witkiewicz od samego pana Wyspiańskiego wypożyczył do Szewców: „O lo Boga, lo świentego,/ Coby nic nie było z tego”.

W złą godzinę westchnąłem. MZ, przeczytawszy całe Dziady, postanowił je wystawić, również w całości. Co do rezultatu, to, jak mawiał profesor Wilski, mam sąd nieskażony znajomością rzeczy, więc mogę do woli zrzędzić, marudzić i gderać.

Uwaga! Teraz będzie oldskulowo, czyli: ja jako plusquamperfectum.

Należę do schodzącej już ze sceny dziejów generacji, która znajomość utworu Mickiewicza uważała za oczywiste wyposażenie inteligenta; nie pamiętam, żeby w liceum ktoś się chwalił, że przeczytał Dziady; owszem, zdarzało się, że ktoś pokątnie wyznawał, iż Dziadów nie przeczytał, ale publicznie udawał, że zna je na wyrywki. Sam miewałem takie przygody, co prawda już na studiach i nie z Dziadami, tylko z Królem-Duchem. Nie mogłem przez niego przebrnąć, więc podczas egzaminu z romantyzmu plotłem przed surowym obliczem profesor Kostkiewiczowej jakieś baliwernie. Jej ocena wywołała we mnie tak zwane mieszane uczucia: „Widzę – powiedziała – że pan utworu nie czytał, ale dość inteligentnie pan o nim opowiada”. I postawiła mi trzy z plusem.

Oczywiście, działał syndrom Ferdydurke. Z pomnikowymi dziełami literatury ojczystej zapoznawaliśmy się w okresie adolescencji, kiedy to pomniki raczej się burzy, niż wznosi. Nie wykluczam, że Mickiewicz, Słowacki, Sienkiewicz, Orzeszkowa, Prus, Żeromski, Dąbrowska e tutti quanti nie zachwycali nas wonczas jak należy, ale na szczęście doświadczeni Pimkowie wtłaczali nam ten zachwyt do zakutych łbów, nie zważając na opór. Koniec końców osobnik ze świadectwem dojrzałości, mający aspiracje humanistyczne, coś tam umiał o literaturze bąknąć, zwłaszcza gdy stawał do egzaminu wstępnego na studia wyższe. Dobrze pamiętam czasy, gdy rozkręcał się Wydział Wiedzy o Teatrze. Jego założyciel i dziekan, Jerzy Koenig, znajomość Kordiana uważał za tak oczywistą, że kandydatów (świeżo po maturze) prosił o przedstawienie ad hoc pomysłu na inscenizację sceny koronacyjnej; jest to króciutka scena składająca się z paru zdań didaskaliów oraz jednej kwestii Cesarza, która brzmi: „Przysięgam!…”; zwykle się jej nie pamięta.

Dzisiaj nie wolno urządzać egzaminów wstępnych, bo wychowywać trzeba bezstresowo – młodzież jest delikatna i mogłaby doznać wstrząsu (tylko czego? może mózgu…); nie mówię już o tym, że większość podstawowych dzieł literackich wycofano z listy lektur, więc nawet trudno byłoby stawiać bodaj minimalne wymagania. Jeśli nawet odbywają się jakieś rozmowy kwalifikacyjne, to nikt nie ośmieli się zadawać poważnych pytań, bo pytany może pozwać pytającego do sądu. Gdybym miał tu teraz wykazać, czego nie wiedzą – choć wedle dawnych miar powinni wiedzieć – nasi studenci na WoT-cie (którzy zresztą w większości są studentkami) i co w związku z tym o nich myślę (wszystkim paniom rączki wylewnie całuję, a trzem panom na krzyż przybijam piątkę!) to z pewnością skończyłbym w dożywotnim więzieniu o zaostrzonym rygorze.

W tej sytuacji rozumiem poniekąd olśnienie Michała Zadary, który odkrył Dziady i zapragnął swym odkryciem podzielić się z innymi. Dzieli się zresztą szczodrze, a wywiady i wypowiedzi świadczą o tym, że MZ patrzy na arcydramat świeżym okiem. Na przykład w Gustawie-Konradzie dostrzegł schizofrenika. Tym sposobem w interpretacji Bohatera Polaków (jak go nazywa Ryszard Przybylski) wchodzimy na wyższy w stosunku do istniejącej już tradycji poziom dolegliwości psychosomatycznych. Dotychczas chyba najbardziej radykalna była lekcja Swinarskiego: Konrad cierpiał na epilepsję. Dlatego miotał się i kąsał. MZ skupia się raczej na aspekcie urojeniowym, by nie rzec – paranoicznym – Konrada. Co nawet jestem w stanie zrozumieć; w 1988 roku, po inscenizacji Skuszanki w Teatrze Narodowym, napisałem w ówczesnej „Res Publice”, że naród ma takie Dziady, na jakie sobie zasłużył”. Tej myśli trzymam się do dziś.

A skoro już padło nazwisko Konrada Swinarskiego… Od czterdziestu lat podtrzymywana jest antylegenda, wedle której KS po raz pierwszy w życiu przeczytał Dziady w 1972 roku podczas pobytu w krakowskiej klinice psychiatrycznej, gdzie wracał do sił po ostrym kryzysie. Odwiedził go w czasie kuracji ówczesny dyrektor Starego Teatru, Jan Paweł Gawlik, postać cokolwiek niejednoznaczna, i przyniósł mu egzemplarz Dziadów. KS do tego stopnia wciągnął się w lekturę, że ledwo wyszedł ze szpitala, przystąpił do prób. Premiera odbyła się w lutym 1973 roku.

Podstawą antylegendy są, rzecz jasna, biograficzne uwikłania KS: że niby jak z matki Niemki, to Dziadów nie mógł czytać, bo to jak wiadomo utwór zastrzeżony dla prawdziwych Polaków, a KS był w Hitlerjugend…

Myślę, że KS jednak czytał Dziady za młodu – w końcu jako student reżyserii chodził na zajęcia do Schillera i nawet przygotowywał dla niego egzemplarz Nie-Boskiej komedii. Znając Nie-Boską, Dziadów by nie znał? Wątpliwe. Niewątpliwie natomiast zinterpretował je w sposób daleko odbiegający od polskiej tradycji, na co w istocie mogły mieć wpływ jego dwujęzyczność i dwukulturowość.

Ale jest jeszcze inna sprawa. Czterdzieści lat temu Dziady Swinarskiego postrzegano jako inscenizację, która miała przykryć świeżą wtedy legendę Dziadów Dejmka. Uważano nawet, że Gawlik działał na zlecenie partii. Mówiło się, że Stary Teatr złamał cichą umowę o niewystawianiu Dziadów, zawartą jakoby przez środowisko teatralne po aferach 1968 roku. Ile w tym wszystkim prawdy, to Pan Bóg wie (i Rafał Węgrzyniak). Tak czy inaczej, Gustaw Holoubek demonstracyjnie wyszedł z przedstawienia Swinarskiego, a Andrzej Łapicki jeszcze po latach twierdził, iż Dziady Swinarskiego były wręcz wymierzone w Dejmka; tylko że wedle Łapickiego po Dziadach Dejmka widzowie poszli bić się z milicją, a po Dziadach Swinarskiego co najwyżej paru intelektualistów poszło na wódkę.

Co się robi po Dziadach MZ? – nie potrafię sobie przedstawić.

KS miał niewątpliwie świeże spojrzenie na Dziady; załóżmy, że wynikało ono z dystansu do polskiej spetryfikowanej tradycji, dystans zaś był skutkiem podwójnej przynależności kulturowej. Świeżym spojrzeniem dysponuje również MZ – może nawet z podobnych w gruncie rzeczy powodów; o ile wiem, wychował się i wykształcił za granicą.

W jakim stopniu świeżość spojrzenia bywa skuteczna, to zupełnie inna sprawa. Wspomniany już Ryszard Przybylski dwadzieścia lat temu wydał studium o Dziadach zatytułowane Słowo i milczenie Bohatera Polaków. Jak zwykle u Przybylskiego, są to zawrotne szczyty hermeneutycznego wyrafinowania. A mimo to – albo właśnie dlatego – dzieło przeszło bez echa i żaden teatralny pies z kulawą nogą się nim nie zainteresował. Tymczasem taki Boy-Żeleński lat temu z górą osiemdziesiąt wypuścił w świat na łamach „Wiadomości Literackich” cykl artykułów, w których we właściwym sobie piankowym, błyskotliwym i prowokacyjnym stylu dobrał się do skrzętnie skrywanych tajemnic wieszcza. Artykuły, zebrane potem w tomie Brązownicy, choć wyszły spod pióra dyletanta, postawiły na baczność całą mickiewiczologię i bardzo ożywczo oddziałały na recepcję poety; do dziś zresztą czyta się je wybornie, podobnie jak równie w intencjach obrazoburcze Obrachunki fredrowskie.

Czytając wywiady i egzegezy MZ, odnoszę wrażenie, że są one w jakiś sposób podszyte duchem Boya (a może Gombrowicza, który wiele Boyowi zawdzięczał), przynajmniej pod względem bezpardonowości wobec strażników mickiewiczowskiej tradycji.

O Tadeuszu Żeleńskim mawiano: „Boy-mędrzec”. MZ to, wnosząc z tonu wypowiedzi, chłopiec-mędrek. Ja natomiast jestem oldboy – albo raczej: pobojowisko. W każdym razie do boys bandu już się nie nadaję.

17-03-2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (3)
  • Użytkownik niezalogowany warszawiak
    warszawiak 2014-03-19   10:01:58
    Cytuj

    Czy naprawdę musi Pan demonstrować swoją pogardę dla Zadary i brak klasy, pisząc o Nim MZ? Proponuje o Koenigu pisać JK. Moze będzie równie rubasznie i radośnie? Ręce opadają...

  • Użytkownik niezalogowany Przemysław Śmiech
    Przemysław Śmiech 2014-03-18   20:08:45
    Cytuj

    Brawo! Kłaniam się nisko

  • Użytkownik niezalogowany
    2014-03-18   11:47:27
    Cytuj