AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

K/105: To wiadro też tak samo stało

Olaf Lubaszenko i Elżbieta Zającówna w spektaklu
Roma i Julian, reż. Krzysztof Jaroszyński,
Teatr Nowy w Łodzi, fot. Janusz Szymański  

1.
„Poniedziałki mają wolne!” – w Peerelu ludzie teatru budzili największą zawiść właśnie z tego powodu. E, tam zaraz „wolne”… W poniedziałek spełniano się w pracy dydaktycznej, gnało się do studia na Woronicza albo na plan filmowy. Przypuszczalnie obradowały wtedy wszelkie możliwe komisje zakładowe i rady artystyczne. A wieczorem trzeba było jeszcze obowiązkowo siebie w teatrze telewizji zobaczyć. Takie to były poniedziałki. Zagospodarowane racjonalnie, aczkolwiek bez grupowych uniesień, bez pragnienia trzymania ręki na pulsie kolektywu, bez koniecznego w tym zawodzie stałego kontaktu z odbiorcą. Ostatnie dwie dekady to nieśmiałe próby zmiany poniedziałkowego porządku. Zdarzają się teatry prywatne albo i sceny miejskie, które są zmuszone grać właśnie w te dni ze względu na ograniczoną dostępność niektórych aktorów albo zwyczajną chęć ukontentowania tak zwanego poniedziałkowego widza. Jak się okazuje – jest taki. Bardziej zdesperowany od tego, który przychodzi w weekend. I bardziej branżowy. O, właśnie. Od jakiegoś czasu nurtuje mnie następujący problem: co dziś artysta teatru robi, a co robić powinien w poniedziałek? Wyniki badań terenowych zaskoczyły nawet mnie. Z prawdziwą radością informuję, że narodziła się nowa świecka tradycja.

W poniedziałek 25 kwietnia, kiedy nie spodziewając się żadnego środowiskowego przełomu obyczajowego wybrałem się do Łaźni Nowej na nowy spektakl Borczucha, Śpiewaka i Zarzeckiego Wszystko o mojej matce, spostrzegłem narastającą masę krytyczną. Przed budynkiem kurzyła sobie papieroski jedna grupka aktorów, w foyer witała się kolejna. Po kilku minutach już wiedziałem, co się dzieje. Otóż do Łaźni Nowej zawitał nieomal w komplecie zespół aktorski Teatru Słowackiego pod wodzą nowego dyrektora Krzysztofa Głuchowskiego. Nie wiem, czy w tej wycieczce zakładowej wzięli też udział pracownicy techniczni sceny z Placu Świętego Ducha, bo nie znam ich z tak zwanej twarzy, w każdym razie Słowak był reprezentowany godnie (na oko ponad dwadzieścia osób!). Czy była to spontaniczna wizytacja bratniej sceny, czy raczej zorganizowany odgórnie wypad kontrolny, trudno orzec na drodze czystej dedukcji. Być może aktorzy ze „Słowaka” przyszli sprawdzić, jak to jest u ich pierwszego kuratora artystycznego Bartosza Szydłowskiego, co ich za chwilę czeka, jaka panuje atmosfera w tej placówce, czego mogą się spodziewać po artystach, których on zaprasza do pracy u siebie. Może Głuchowski zwyczajnie rzucił od niechcenia na korytarzu: „Chodźcie ze mną, pokażę wam, gdzie ostatnio grałem w Misji”. No to przyszli. Pewnie był to też, bo miał być, symboliczny gest otwarcia zespołu na inne estetyki. A może i znak emocjonalnego wchłonięcia konkurencyjnej dotąd sceny. „Wszyscy jesteśmy jedną wielką teatralną rodziną!” – zdawały się mówić uśmiechnięte oblicza aktorskie. I jeszcze: „Drżyjcie lokalne potęgi! Takie transfery robimy, na takich stadionach zagramy…”. Nie wiem, czy to nie z ich powodu, właśnie za przyczyną Słowakowego pokonkursowego entuzjazmu, odbiór spektaklu Borczucha był gorący. Zauważyłem, że najwięcej życzliwych, pełnych akceptacji wybuchów śmiechu pojawiało się zrazu po kwestiach wypowiadanych przez panią Iwonę Budner, ale nie zaryzykuję tezy, że „Słowak” en masse i intuicyjnie nagradzał w ten sposób członków rodziny nowej władzy; nie, po prostu pani Iwona – obok Haliny Rasiakówny, Moniki Niemczyk, Dominiki Biernat, Eweliny Żak – świetnie grała  w tej gorzko-melancholijnej, dowcipnie-smutnej, naprawdę najlepszej, najmądrzejszej w dorobku Michała Borczucha realizacji. O europejskim i festiwalowym potencjale. „Słowak” śmiał się, bo liczył, że też tak niedługo grać będzie w czymś podobnym. Jak ktoś jest głodny, to się śmieje, bo co ma robić lepszego? Do tej pory widywałem członków zespołu Słowackiego na krakowskich demonstracjach KOD-u, staliśmy ramię w ramię we frakcji ZASP-owskiej, razem skakali, śpiewali, a tu proszę, taka niespodzianka: łączy nas coś  jeszcze. W poniedziałki lubimy sobie dla odmiany pójść do teatru. Zainspirował mnie ten niecodzienny w końcu pomysł na wspólne spędzenie jedynego potencjalnie wolnego dnia środowiska teatralnego. Spotkajmy się w teatrze! Niech poniedziałek naprawdę będzie cotygodniowym świętem teatralnej wspólnoty: Dniem Spontanicznej Wycieczki Zakładowej. Odwiedzajmy siebie nawzajem, grajmy dla siebie, podpatrujmy, co niezależnie od siebie robimy, czego poszukujemy, jak rozmawiamy z widzem. Nie żartuję. Niech zespół aktorski z Tarnowa jedzie wynajętym autokarem do Rzeszowa, obejrzy spektakl i pobiesiaduje długo w noc z braćmi w teatrze. Toruński Horzyca może się zapakować do pociągu do Bydgoszczy, Teatr Polski w Poznaniu może przejść te parę ulic do Teatru Nowego, kielecki Kubuś zawitać do Żeromskiego… Jakąż okazję do wizyt i rewizyt stwarza lokalizacja warszawskich teatrów Studia i Dramatycznego: przecież to rzut beretem przez placyk! O, przepraszam ten ostatni przykład nie jest zbyt dobry, chyba że w wycieczce mogliby uczestniczyć aktorzy barbarzyńsko zwolnieni przez panią Aldonę Machnowską-Górę za śpiewanie w Internecie złośliwych piosenek o aktualnej dyrekcji Studia. Poniedziałek to dobry dzień na manifestację solidarności: z repertuarem bratniego teatru, z zespołem aktorskim w kłopocie. Odwiedzajmy się, proszę.

2.
Relacja Macieja Nowaka, na co dzień dyrektora Teatru Polskiego w Poznaniu, z moskiewskiego festiwalu Złota Maska i premiery najnowszego spektaklu Jana Klaty, opublikowana w piątkowej „Wyborczej”, świetny, głęboki, erudycyjny, teatrologiczny tekst, podpowiada mi inne, podobne rozwiązania recenzenckie: dyrektor Maciej Englert powinien stale pisać z Kontrapunktu, dyrektor Kępczyński z wrocławskiego Przeglądu Piosenki Aktorskiej, Paweł Wodziński byłby autorem relacji z Awinionu, Jan Klata podsumowałby Boską Komedię, Jacek Głomb firmowałby reportaż z Edynburga lub festiwalu w Sibiu. Premierami krajowymi mogliby się dyrektorzy scen polskich wymieniać wedle ustalonego wcześniej grafiku. W marcu Paweł Łysak opisuje nowy spektakl Pawła Wodzińskiego, w kwietniu Jan Englert zawitałby do Teatru Współczesnego w Warszawie, w czerwcu Adolf Weltschek podsumowałby sezon w Starym Teatrze.

Dział teatralny „Gazety Wyborczej” wychodzi ze słusznego skądinąd założenia: któż lepiej zna się na teatrze od dyrektora teatru? Nikt. Dlatego recenzje powinni pisać dyrektorzy scen. Ci to mają oko. Odkryją każdą techniczną i aktorską ściemę, dowiodą, do której sceny reżyserował debiutant, a od której dyrektor teatru, bezbłędnie skalkulują koszt scenografii, odczytają wszystkie ukryte aluzje do lokalnej władzy, wytkną kompromisy ideowe i cenzurę obyczajową. Skupią się na intencjach twórcy, bo przecież oni najlepiej wiedzą, że często są one ważniejsze od końcowego rezultatu.

A teraz poważnie… Czy Maciej Nowak nie czuje dziwności tej sytuacji? Z jego opisu moskiewska premiera Klaty wygląda na interesującą i zapewne tak jest, bo Klacie najczęściej wszystko się udaje. Ale czy dyrektor jednego teatru wystawiający laurkę artyście, szefowi było nie było konkurencyjnej sceny, jest wiarygodny jako krytyk? Moim zdaniem – nie bardzo. Rodzić to może nawet spore problemy w późniejszej interpretacji zwykłych gestów zawodowych. A jak Klata wyśle potem na festiwal do Poznania spektakl ze Starego po obniżonej cenie, a nie chciał tego zrobić gdzie indziej w Polsce, to będzie to kumoterstwo i spłacanie długu, czy nie będzie? A gdy, daj Boże, sam coś wyreżyseruje w Polskim, specjalnie dla Maćka, to będzie to pokłosie tej recenzji czy nie będzie? A jak puści swojego aktora na gościnne występy w Polskim, to zrobi to z wdzięczności za  ten tekst czy w ogóle tak z dobroci dyrektorskiego serca? „Co sobie Nowak załatwił tą recenzją?” – będą pytać wszyscy nieżyczliwi. Oczywiście, wszyscy balansujemy na jakiejś etycznej granicy, gramy po kilka ról w środowisku, w branży. Ale jednak chyba pisanie recenzji i dyrektorowanie trochę się wykluczają. Nie piętnuję tego tekstu, bo ciekawy, bo pisany na gorąco. Zgłaszam problem.

3.
W relacji Nowaka zatytułowanej nota bene Komu dobrze na Rusi znalazłem też inny fascynujący fragment. Cytuję:
„Polacy ciągle przeglądają się w rosyjskim zwierciadle. Wobec ostatnich napięć politycznych porównania z odchodzącym od demokracji systemem Putina stały się nagminne. Z perspektywy człowieka teatru widać jednak inne rzeczy. W Polsce władza traktuje teatr jak wroga, nieustannie próbuje go marginalizować, pozbawiać środków. W Warszawie zlikwidowano cztery profesjonalne sceny, w zamian oddając tylko jedną, czyli niedawno otwarty Nowy Teatr Warlikowskiego. Analogicznych centrów pracy, wybudowanych lub zmodernizowanych na użytek wybitnych artystów, jest w Moskwie kilkanaście. Jednego wieczoru można obejrzeć kilkaset spektakli, a publiczność nie szczędzi entuzjazmu ani niemałych kwot na bilety… ”

Nowaka zawsze trzeba czytać uważnie i między wierszami. Bo wie, skąd wieje wiatr i co się szykuje. Po analizie subtelnych analogii zawartych w powyższym fragmencie zastanawiam się, czy Maciej Nowak chce postawić tezę, że aby zdobyć fundusze na działalność sceny Warlikowskiego, warszawski ratusz wykosił cztery inne placówki, zagłodził ludzi, odebrał dostęp do sztuki lokalnej społeczności? A może chce powiedzieć co innego, mocniejszego: że teatrowi w dobie quasi-dyktatury, w państwie z demokracją fasadową jest zawsze jakoś lepiej. Ma więcej pieniędzy, choć mniej wolności. Nie jest, bo bywa potrzebny, tylko jest potrzebny bo „jest”. Nowak podpowiada: PiS póki co nie zamyka teatrów. PO pozamykała je w Warszawie. Ergo: czego my się boimy? PiS i jego zamach na konstytucję, wolności obywatelskie może być do zaakceptowania, jeśli w teatrze będzie status quo, jeśli dorzuci teatrom, otworzy nowe sceny i miejsca pracy. Możemy spokojnie przehandlować imponderabilia za trzy nowe państwowe sceny w Warszawie. Nie drażnijmy suwerena, to jakoś przetrwamy. A może nawet będzie lepiej. W Putinowskiej zamordystycznej Moskwie teatry mają się dobrze. Pomyślcie o tym, obywatele teatru.

Nie sądzę jednak, że taki choćby moskiewski Teatr.doc potwierdzi zachwyty Macieja Nowaka nad organizacją życia teatralnego w Rosji. Może w odpowiedzi podniósłby rolę cenzury, opowiedział o szykanach, przymusie podpisywania lojalek, pobiciach i nękaniach artystów przez tak zwanych zatroskanych obywateli. Trudno będzie zmienić teatralną Warszawę w teatralną Moskwę, bo po pierwsze Moskwa jest kilkanaście razy większa, Rosja siedzi na ropie, nawet w kryzysie oligarchowie piorą pieniądze z pomocą teatru. No i tak wychwalany przez Nowaka beneficjent rosyjskiego systemu teatralnego Kirył Sieriebriennikow ma, jakby co, mieszkanie w Berlinie.

Czy my, jakby co, też mamy?

4.
Nie było jeszcze za mojego życia takiej karuzeli z dyrektorami scen polskich. Przepraszam – to nie karuzela, to tsunami. Dymisje, konkursy, nominacje, wymiana pokoleniowa. Ład, który znałem, sypie się nawet nie z powodów politycznych, tylko generacyjnych. Co się z tego wyłoni, jaki porządek, jak trzeba będzie zmodyfikować teatralną mapę Polski, będziemy wiedzieć za dwa, trzy sezony. A teraz na przykład Łódź elektryzuje pełna zgrozy wiadomość, że w Nowym pojawi się Olaf Lubaszenko. Krzysztof Dudek wystartuje w konkursie, ale właśnie tego aktora zaproponuje na kierownika artystycznego. Lubaszenko na legendarnej Dejmkowej scenie! Przyjmuję tę opcję ze stoickim spokojem, choć rozumiem obawy części zespołu Nowego. Nie żebym był entuzjastą talentu pana Lubaszenki. Z fundamentalnych teatralnych realizacji, które ma na swoim koncie – Pięciu braci Moe, Kolacja na cztery ręce i komedii Mariusza Szczygielskiego, widziałem tylko sztukę Barza. Po prostu moją sympatię nieodmiennie budzą osoby publiczne zmagające się dzielnie z nadwagą i nic na to nie poradzę. Ale poważnie: w Łodzi urzędnicy od kultury myślą chyba tak – miejskim scenom potrzebny jest balans. Skoro Jaracz wbrew tradycji skręcił na lewo, w eksperyment i nowoczesność firmowaną przez Sebastiana Majewskiego i być może aktorzy potrzebowali tej odmiany, to niech Nowy, progresywny do tej pory, w którego buty wszedł Jaracz, dla równowagi skręci w stronę komercji. Choćby po to, żeby osierocona dawna publiczność Jaracza miała gdzie chodzić. Żeby jakąś estetykę uznała za swoją. Jakkolwiek zawsze dyskusyjne są wszelkie zmiany kursu scen, których estetyka zakorzeniła się już w świadomości odbiorcy, pragnące tego zespoły i organizatorzy mają prawo do wolty. Nie wierzę w edukację widza, wierzę raczej w przypływy i odpływy publiczności zwabionej taką, a nie inną opcją programową. A kto jest winny temu, że hasło „Lubaszenko w Nowym” w ogóle jest brane pod uwagę? Ano Tomasz Karolak jest winny. I Krystyna Janda też. Emilian Kamiński nawet. Kiedy liderem teatru, który ekonomicznie wiąże koniec z końcem i nie jest specjalnie sekowany przez krytykę za linię programową, staje się gwiazda, gęba, twarz, celebryta, lokalni spece i decydenci od kultury dostają pomieszania pojęć. Ach, żeby teatr publiczny ściągał widzów i istniał w mediach jak te teatry prywatne!!! Czemu nie skojarzyć tych dwóch modeli, nie skorzystać z obu wzorów? Działać jak teatr prywatno-gwiazdorski z zabezpieczeniem środków publicznych, mieć lubianego i popularnego frontmana i godzić komercję z ambicją. Kiedyś na początku stulecia każdy światły prezydent lub marszałek mówił sobie: ja też chcę mieć swojego Grzegorza Jarzynę. I dyrektorskie wakaty w teatrach obsadzali w miarę młodzi reżyserzy, debiutanci mieli otwarte drzwi do reżyserii na scenach prowincjonalnych. Teraz trend jest inny, ano taki: ja też chcę mieć swojego Karolaka. Dariusz Kordek i Małgorzata Potocka, startujący w większości konkursów dyrektorskich w Polsce zobaczyli, w którą stronę idą zmiany i pewnie w końcu się doczekają na nominację. Skoro winna jest Janda i Karolak, a nawet Kamiński, to niech teraz edukują Olafa Lubaszenkę. Wytłumaczą mu, na czym polega szyfmanowski model prowadzenia teatru. Jeśli już ma być dyrektorem po Dejmku, Brzozie i Jaskule, niech ich przynajmniej posłucha.

5.
Wiem, że bardzo zmartwię tą wiadomością – a raczej bardzo prawdopodobną hipotezą – Jacka Zembrzuskiego. I aktywnego lokalnego działacza PiS pana Półtoraka również. Nowym dyrektorem Teatru Dramatycznego w Brunatnymstoku zostanie szef Festiwalu Gorzkie Żale, teatrolog Paweł Dobrowolski. Wszystko wskazuje na to, że kuźnią kadr dyrektorskich będzie środowisko odpowiadające od kilku lat właśnie za tę warszawską inicjatywę teatralną. Chrześcijańscy intelektualiści bliscy nowemu szefostwu TVP Kultura, z Redbadem Klynstrą jako frontmanem to nie jest najgorsza rzecz, jaka mogłaby spotkać polski teatr pod nowym ministerialnym zarządem ideowym. Jeśli Paweł Dobrowolski będzie formował repertuar swojego teatru wedle recepty, jaką mieli na Festiwal Gorzkie Żale, może zrobić ponadlokalną furorę. I trochę uspokoić nastroje wobec teatru, chronić go przed Kościołem ks. Międlara i Szydłowskiego, prawym skrzydłem PiS-u, a nawet brunatnymi. Jeśli frakcja Wandy Zwinogrodzkiej i ministerstwo miałaby tak odzyskiwać teatry, nie będzie sprzeciwu. Prawdę mówiąc, bliżej mi ideowo i estetycznie do Pawła Dobrowolskiego niż do na przykład Bartka Frąckowiaka. Wściekli i oszołomy z prawicy są używani przez nową władzę do robienia rabanu i wywierania nacisku na środowisko, ale prawdziwe zmiany zdają się przynajmniej na początku kosmetyczne i robione z taktem, co osobiście bardzo mnie zaskoczyło. Myślałem, że będzie jednak wszędzie Janów Podlaski. A tu: jakie armaty można wytoczyć przeciwko grupie z Gorzkich Żalów? Mają inne poglądy, ale nie chcą źle. Są do zaakceptowania przez wszystkie teatralne frakcje, lobby i kanapy. I może wygrają też u widzów.

Bawi mnie za to inna wizja: po ogłoszeniu wyników konkursu w Białymstoku Jacek „Wanda, proszę cię” Zembrzuski stanie się jednym z najzagorzalszych krytyków nowej polityki kulturalnej. Jeszcze zobaczycie Zembiego na marszach KOD-u, powiadam wam. Będzie szedł z nami tak jak Cezary Baryka. W tę samą stronę, ale nieco przed tłumem.

4-05-2016

Komentarze w tym artykule są wyłączone