AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

K/311: Drganie

Po prostu, reż. Weronika Szczawińska,
fot. Rafał Paradowski  

Czasem jest tak, że krótkie rozbłyski w ciemności prowadzą do czystego, w pełni iluminowanego obrazu. Więc najpierw zobaczycie kilka dygresyjnych mgnień, odsłaniających lub właśnie celowo zasłaniających spektakl, o którym chciałem tu opowiedzieć. Fakt, niezbyt nowy, ale nabierający dziś nowej aktualności. Wrócił mi w pamięci i nie chce sobie nigdzie pójść.

1.
Idę ulicą w samym środku miasta. Na balkonie kamienicy, tuż nade mną, stoi staruszka i trzepie zegar nad barierką, tak jak się trzepie wycieraczki spod drzwi wejściowych albo łazienkowe dywaniki. Przed chwilą zdjęła ze ściany w kuchni okrągłą tarczę, teraz mocno ściska jej krawędź w obu dłoniach i próbuje energicznie wytrząsnąć pozbierane w środku urządzenia kurz i kłaki, minuty i godziny. Symbolicznie odwraca czas na drugą stronę, chce go obudzić, wymierza mu karę, pozbywa się swojej przeszłości… Wszystko to jest naraz i znaczy wszystko – w tym jednym geście. Wzdrygam się odruchowo, ale jednak przechodzę tuż pod nią. Czuję, jak obsypują mnie chwile wypadające z oka czasu – zakurzone i cudze.

2.
Pamiętam, jak tamten mały stary pies stał na progu kuchni i przedpokoju na dzień przed swoją śmiercią i cały się trząsł ze strachu i ostatecznego zimna. Wibrował mu szczurzy pysk, kolebał tułów na lewo i prawo, trzęsły się łapki chude jak patyki. Nic już nie widział. To, co kiedyś było nim, skurczyło się w jego środku do rozmiarów pestki, a on był w tym swoim malutkim ciele sam, jakby porzucony na zawsze przez pana w lodowatej pustej hali magazynowej. I teraz w środku nocy ja też stoję w ciemnej kuchni i trzęsę się tak samo ze strachu, rozpaczy i złych przeczuć.  

3.
Krótki filmik nagrany komórką. Słoneczny, ale chłodny poranek na początku listopada. Kobieta znaleziona w polskim lesie przy białoruskiej granicy przelewa się sanitariuszom przez ręce: zostawcie mnie, chcę spać. W słońcu lśni jej mokra od rosy lub gorączki twarz, ma zamknięte oczy, jedynie jej powieki dziwnie drgają, jakby w synkopowym rytmie. Ciało kobiety – głowę i ramiona – okryto termiczną folią, tylko tym zamkniętym oczom jest wciąż zimno, one jeszcze wciąż nie wyszły z lasu.

4.
Kolczasta spirala nawleczona na polską trawę i polskie patyki. Obraz z kamery zamontowanej na patrolowym dronie Straży Granicznej pokazuje pośród jesiennego pejzażu dwie gęstniejące ludzkie plamy. Po naszej stronie rozwiniętego drutu ciasno zbity, brązowo-żółty tłum żołnierzy, mundur przy mundurze, hełm przy hełmie. Po tamtej stronie czerń: kilkudziesięciu mężczyzn w czarnych kurtkach i płaszczach w rojącej się chmarze. Ścięli kilka smukłych drzew, oskubali je z gałęzi, rozkołysali jak średniowieczne tarany i wbili w polski metalowy graniczny kłąb, jakby chcieli uczynić z nich most przez granicę, rampę do skoku w inny świat. Trwają właśnie rytualne męskie harce w imię obrony lub przerwania drucianej spirali narodowej nieskończoności. Co kilka chwil z roju wyłania się kilku najodważniejszych migrantów, próbują przesunąć pale jeszcze bardziej na naszą stronę. Wtedy z grupy polskich żołnierzy wylewa się strumień brunatnej cieczy. Mężczyźni odskakują i zawracają. Tylko jeden chłopak o rzadkiej brodzie i zaciętej w determinacji twarzy został, wali łopatą w kolczasty łuk przegrody. Zbliżenie z innej, trzymanej w ręce pogranicznika kamery. Widzimy plecy żołnierza, który wyrywa się z szeregu i strzela gazem w jego oczy. Na chłopaku nie robi to wrażenia, uchyla głowę i wali łopatą jeszcze raz. Żołnierz znów robi kilka szybkich kroków do przodu i kieruje strumień w tamtą stronę. Znów pudło. Przez twarz chłopaka przebiega zły, naprawdę niedobry, morderczy grymas, z wściekłością robi zamach łopatą, tak jakby nie w drut uderzał, a w ludzką głowę. Trafiony kłąb kolczastej spirali ugina się i kołysze, absurdalnie drga w powietrzu. A ja mam wrażenie, że za chwilę zachybocze się na śmierć. Czyjąś.   

5.
Mam sen o „korytarzu”. 11 listopada w rejonie Usnarza Górnego lub na przejściu granicznym w Kuźnicy formuje się pochód narodowców. Zamiast manifestować na Rondzie Dmowskiego w Warszawie, przyjechali tutaj. Karki z ONR-u, pan Bąkiewicz i spółka, cała Konfederacja i Masturbacja, antysemici i koronasceptycy, totalni wolnościowcy i polscy faszyści. Mają zielone opaski na ramionach, w dłoniach mieczyki Chrobrego wycięte z tektury, race i pochodnie. I bardzo dużo flag. Białych orłów. Husarskich skrzydeł. Policja, Obrona Terytorialna, celnicy i pogranicznicy rozstępują się z szacunkiem przed nimi. Dwudziestotysięczny Marsz Niepodległości przekracza drut kolczasty, depcze spiralę obronną i nie niepokojony przez nikogo wchodzi na teren Białorusi. Równocześnie z tamtej strony wlewa się do Polski równy liczbowo strumień uchodźców. Obie grupy mijają się, w pewnej chwili idą równolegle obok siebie, jak dwie odnogi tej samej rzeki płynące w przeciwnych kierunkach. Marsz Niepodległości wchodzi w gęsty las, słychać śpiewy, trąbki i huk rac. Ktoś, pewnie Bąkiewicz, drze się przez megafon. A potem wszystko cichnie. Zniknęli. Patrzę na drzewa. Kurczą się, przywierają do ziemi i widzę ten las już z lotu ptaka. Rusza się, faluje i drży. Jakby sam gdzieś szedł.

6.
Pięćdziesięcioparoletni mężczyzna i trochę młodsza kobieta w parku idą wolno i kłócą się. Idę za nimi i podsłuchuję. W końcu ona zatrzymuje się i woła do niego kaleką, jakby „masłowską” frazą: „Nie po to się z tobą żeniłam, żebyś mi teraz umrzył”. Wtedy widzę, jak mąż trzęsie się, myślę, że z zimna, bo przecież to listopad. Albo trzęsie się ze złości, bo nie wie, co odpowiedzieć. Telepie nim co najwyżej od Parkinsona. Ale on jednak płakał.

7.
Na ekranie telewizora zbliżenie na trzy SMS-y od Izy z Pszczyny do matki. Pisane ze szpitala, z łóżka, w daremnym oczekiwaniu na zabieg ratujący życie. Bez odpowiedzi matki. Suche, informacyjne teksty, właściwie równoważniki zdań, a nie całe zdania, pozornie pozbawione strachu, a może właśnie przez swą lakoniczność pisane na pełnym przerażeniu, w cierpieniu bez przymiotników. Ekran migocze i drga, wydaje się być sklejony z równoległych paseczków światła – jak zawsze, gdy kamera filmuje inny ekran. Matka Izy odkłada telefon i bierze w dłonie zdjęcie portretowe trzydziestoletniej córki – fotografia jest w ramce z czarną tasiemką przylepioną w lewym rogu kadru. Próbuję połączyć teksty SMS-ów z twarzą, człowieka z jego ostatnim wołaniem. I nie da się. Obrazy nie chcą nałożyć się na siebie. Klucz nie chce wejść w zamek, zgrzyta po brzegach. Ręka mi drży.

8.
Kiedy Piotr Wawer senior opowiada o tym, co go spotkało trzydzieści parę lat temu, już się nie trzęsie. Odpowiada jasno na każde trudne pytanie o tę sprawę, wygląda jak człowiek po skończonej terapii, z przepracowaną traumą, z dystansem i wewnętrznym spokojem, który ocala. Jest opanowany, sarkastyczny, wręcz tryska z niego przyrodzona jowialność. I to właśnie odbieramy jak nieoczekiwany zgrzyt. Osobowość opowiadacza nie zgadza się z opowiadanym doświadczeniem. Trzęsienie już nie wydobywa się na zewnątrz. Albo zmieściło się prawie całe w tekście, który Wawer napisał.

Spektakl Po prostu oparty na jego monologu wyreżyserowała Weronika Szczawińska. Firmuje go scena InSzPer, czyli Instytut Sztuk Performatywnych z Urli. Przedstawienie można zobaczyć na dużych i małych festiwalach, w obiegu offowym i obiegu amatorskim. Był na Boskiej Komedii, na Kontrapunkcie i bodaj na lubelskich Konfrontacjach. Chyba że coś zmyślam, bo chciałbym, żeby tam był… Piotr Wawer senior jest prywatnie ojcem aktora Piotra Wawra juniora, współpracownika i partnera Weroniki Szczawińskiej. Nie zdradzam tu żadnych prywatnych relacji, zresztą opisanych już wcześniej przez innych recenzentów, ale podkreślam rodzinny charakter tego przedsięwzięcia, intymność i graniczność sytuacji, której cała trójka dotyka w projekcie. Bo Wawer senior zapisał historię śmierci jego żony i matki Wawra juniora, która zmarła w szpitalu po urodzeniu dziecka na skutek błędów i zaniedbań lekarskich. Napisał ją dla syna, żeby wiedział, jak było.

A było tak. Lekarz prowadzący spóźnił się na salę, doszło do zatrzymania akcji serca kobiety, skutkiem czego było niedotlenienie mózgu. Dziecko urodziło się zdrowe, ale matka została warzywem. Jej stan ukrywano przed zaniepokojonym, a potem szalejącym z rozpaczy mężem, fałszowano dokumentację medyczną. „Tak się zdarza, proszę pana, niech pan nie traci nadziei; i o co w ogóle chodzi, przecież dziecko przeżyło!” Wawer dobijał się na oddział z obecną-nieobecną żoną, nasłuchał się kłamstw i próżnych obietnic, w końcu stwierdzono zgon. Dwudziestoparoletni mężczyzna został sam z noworodkiem, poczuciem krzywdy i świadomością draństwa, jakie się dokonało.

Kiedy Wawer senior – aktywny przez lata w ruchu amatorskim aktor i reżyser – wyrzucił z siebie tę opowieść, zrozumiał, że jest w niej potencjał teatralny, więc wysłał ją do wielu osób z branży, prosił o radę, jak to wystawić, czy to działa jak dramat, czy powinien w tym zagrać, czy oddać innemu aktorowi… Najczęściej próbowano otworzyć jego sceniczny testimonial konwencjami, które sam uprawiał jako twórca – komedią i farsą. Zrównoważyć absurdem absolutny tragizm tej historii, zabezpieczyć człowieka przed artystą w nim, takim, który szuka mocnego tematu, wystawia swoje cierpienie na cudzy osąd. Odwodzono go od monodramu, od opowiadania widzom wprost, przez co przeszedł. Bo szantaż moralny, bo epatowanie osobistym cierpieniem…

Chyba dopiero Szczawińska pokazała Wawrowi, że potrzebuje zupełnie nowej strategii teatralnej, kroku w performans i instalację sceniczną, zapośredniczenia swoich emocji przez rygorystyczną formę.

Po prostu zaczyna się nieefektownie. A potem też nie walczy o efekt. Wcale. Widzowie wchodzą w przestrzeń gry utworzoną zwyczajnie z kręgu krzeseł. Jakbyśmy byli na wspólnej terapii. Usadza nas na miejscach sześćdziesięciolatek z krzaczastą brodą, miły, lekko rubaszny. Wawer przebrany jest w biały kostium, chodzi w białych butach na obcasach, na szyi wisi komiczna kryza. W każdym razie ja pamiętam kryzę, na zdjęciach ze spektaklu pod szyją aktora widnieje jednak biała apaszka, koronkowy śliniaczek. Nie wiem, może na moim pokazie apaszka się zawieruszyła i Wawer założył kryzę. Może źle pamiętam. Ale kryza mi pasuje do obrazka. Oddziela głowę Wawra od ciała białą harmonijką. Głowa pamięta co innego niż ciało, ciało aktora chce żyć i brykać, głowa ciąży przeszłością. Wawrów jest dwóch w jednym aktorze. Wawer elegant wydaje się być na bieda-scenie, scenie opustoszałej i właściwie do końca niewykorzystanej, niezapełnionej, demonstracyjnie teatralny i przerysowany w swej elegancji, niedzisiejszej kurtuazji wobec widzów, został zacytowany z innej konwencji aktorskiej i kostiumowej. Za pulpitami nutowymi, postawionymi po prostu przy dwóch krzesłach w kręgu, siedzi jego sobowtór grany przez Łukasza Stawarczyka, aktora z Narodowego Starego Teatru. To młody Wawer senior, Wawer z czasów tragedii i żałoby. Ale też na biało, też elegant i trochę Gilles z obrazu Watteau. Wawer z dziś, a nie ten sprzed lat, zaczyna swoją opowieść dynamicznie, od bluzgów na konowałów i wściekłości na niedostatek empatii w polskiej służbie zdrowia. Ostrzega, żeby z lekarzami grać ostro, nie słuchać ich, egzekwować bezwzględnie swoje prawa. Mówi o tym, że najchętniej każdego doktora witałby na dzień dobry ciosem pięścią w twarz. Jest to butne i niesmaczne, ale podejrzewamy, że jest takie z jakiegoś wyraźnego powodu.

Opowieść rozpędza się, jesteśmy w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Słuchamy najpierw o zmarłej żonie: jak wyglądała, jaka była, o tym, jak się poznali, jak pokochali, co młodzi planowali na resztę życia. Potem jest ciąża, poród z komplikacjami i śmierć. Nie ma odgrywania sytuacji, jest sucha relacja, fakty. I zły demiurg, który wpływa na los innych ludzi: doktor Morliński, który, jak przypuszcza Wawer, zniknął z dyżuru, żeby uprawiać seks z pielęgniarką, umywa ręce, nie przyznaje się do winy, fałszuje dokumenty. Chroni go system, solidarność zawodowa, luki w przepisach. Lekceważy cierpienie i doświadczenie owdowiałego mężczyzny, nie prosi o wybaczenie, kluczy, nadrabia miną. Wawer wypowiada mu wojnę i walczy o sprawiedliwość miesiącami, latami, w Izbie Lekarskiej i w sądzie jako oskarżyciel posiłkowy. Studiuje dokumenty i przepisy, przechodzi szybki kurs prawa. Doprowadza do skazania winnego, ale – jak wnioskujemy z opowieści – nie daje mu to szczęścia i ukojenia. Odebranego życia nic nie przywróci. Wawer po prostu robi to, co trzeba było zrobić. W czym nikt nie mógł go wyręczyć.

Równolegle do narracji szpitalno-sądowej funkcjonuje w spektaklu zapis paniki i rozterek samotnego ojca. Szukanie pociechy i ratunku u różnych hochsztaplerów. Niemożność wykrzyczenia swego gniewu i bólu. Działanie. Zadaniowość. Niewyobrażalna przyszłość. Oglądamy pustkę, którą coraz trudniej wypełnić.

Wawer senior mówi tekst z pamięci, Stawarczyk czyta z kartek rozłożonych na pulpitach. A czasem odwrotnie. Ich spotkanie i wzajemna relacja przypomina przyjacielskie szturchanie się, nieustanne dziwienie się temu drugiemu, samej sytuacji zderzenia współczesnego, obecnego tu i teraz narratora ze swoim ja sprzed wielu lat. Albo tylko z aktorem, który takiego sobowtóra udaje. Który ośmielił się go zagrać, powtórzyć, zrozumieć. Na scenie przed widzami niewiele się wydarza, bo przecież od razu przenosimy się w przeszłość, do tamtych dni, w tamtą gorączkę żałoby. Aktorzy tylko recytują i czytają, czasem wejdą na środek kręgu, ale nie w sytuację, tylko w inną pozycję oratorską, w nowy punkt czasu. Na koniec w ogóle znikną z sali, zostawiając na pustym krześle głośnik, z którego dobiega głos młodego człowieka. Niewielu widzów domyśli się, że narrację przejął teraz Piotr Wawer junior, czytający historię ojca i własnych narodzin, pełny zapis walki o sprawiedliwość. Dzieje jednej zbrodni i jednej wendety. Junior czyta tę spowiedź ojca beznamiętnie, bez wzruszenia, wgryzając się w porządek zdań, a nie w emocje. To nie jest bajka o jego cudownych narodzinach, o samym początku bycia z ojcem, przy ojcu, obok ojca, tylko zapis losu, zapis niestety powtarzalnych doświadczeń społecznych. Jednostkowa tragedia otwiera się na to, co powszechne i możliwe. Bliscy nam umierają. Umierają także w szpitalach i często zbyt wcześnie. Wawrowie studiują mechanizm upokorzenia chorego i słabego, pokazują siłę instytucji i bezradność zbuntowanego wobec niej człowieka. I wcale nie proszą o litość, grosik empatii z powodu posiadania tak zwanego ciężkiego życia osobistego, bolesnej przeszłości, którą trudno pochować.

To nie jest pouczenie, co zrobić, kiedy wydarzy się tragedia, to zdumienie nad konsekwencjami działania błędnie zaprogramowanego systemu.

Spektakl miał premierę jeszcze w 2019 roku, a potem dostał drugie życie między lockdownami, w cieniu pandemii, bo przykleił się do niego nowy kontekst. Opowieść Wawra kołatała mi w głowie, kiedy słuchaliśmy o irracjonalnych wybuchach nienawiści do lekarzy, które pojawiły się chwilę po powszechnej euforii, podziwie i szacunku dla służby zdrowia ratującej ludzkie życie w czasach koronawirusa. Głos Wawra, sceptycznego wobec idealizacji zawodu lekarza, słychać teraz równolegle z ujadaniem antyszczepionkowców. Oczywiście nie jest tym samym, po prostu brzmi w tym samym czasie. I przez to niepokoi podwójnie. Bo pytamy – ze spektaklem z tyłu głowy! – co rodzi nienawiść do profesji i zwątpienie w wiedzę i doświadczenie? Co stawia ludzi poza racjonalnym systemem? Tylko to, że krzywda była, czy może już samo przeczucie krzywdy? Wawer nie ufa lekarzom, bo przeszedł przez piekło. Może wskazać konkretnych winnych i skalę zaniedbań. Ale obok niego krzyczy też ktoś, kto nie wierzy w pandemię, bo nie rozumie działania mechanizmu opieki medycznej, podejrzewa medialną propagandę, globalny spisek koncernów farmaceutycznych. Rozmowa z oboma sceptykami tym samym językiem nie ma żadnego sensu. Ale ich głosy słychać, jak powiedzieliśmy, razem. Wobec Wawra argumenty zasychają nam w gardle, wobec antyszczepionkowców opadają ręce.

W końcu pojawia się kolejny kontekst dla Po prostu – bezsensowna śmierć żony Wawra współgra z niedawnym niepotrzebnym umieraniem Izy z Pszczyny. Oświetla inaczej obecny strach lekarzy przed przedwczesną terminacją płodu, cierpienie kobiet będących zakładniczkami kardynałów, ideologów, polityków, sędziów i prokuratorów. Bardzo łatwo znów skleić w głowie widza te dwa przypadki. Całkiem różne i zrazem podobne. I pomedytować nad śmiercią kobiet z winy lekarzy. Co ukrywa się za tą winą? Czy strach przed moralnym błędem i wynikającą stąd karą, prowadzący prostą drogą do zgonu pacjentki, byłby czymś lepszym, łatwiej wytłumaczalnym niż buta, nieczułość i niefrasobliwość, poczucie lekarskiej bezkarności kończące się takim samym zgonem przed laty? Przyczyny zaniechania nie zasłonią faktu, że zaniechanie się dokonało. Jak to w ogóle zważyć? A przecież takie etyczne sklejki będą pojawiać się w świadomości widzów oglądających Po prostu.

Rzuca się kamień w wodę, a tafla drga, rozchodzą się kręgi, powierzchnia faluje. Jak dobrze, że teatr czasem osiąga taki efekt – wywołuje drgania, przyprawia widza o drżenie.

***
I jeszcze jedno: spektakl Wawra i Szczawińskiej pokazywany na festiwalach teatrów amatorskich ma siłę wstrząsu estetycznego, bo styka młode i seniorskie grupy z teatrem minimalnym, uwolnionym od mimetyzmu, z zaskakującą pozycją aktora wobec widza, tekstu, sytuacji. Tutaj nowy teatr jeszcze nie dotarł ze swoim językiem, a nawet jeśli dotarł, środowisko nadal zastanawia się, jak można wykorzystać jego założenia do swoich celów. Wejście Szczawińskiej z jej estetyką i myśleniem o roli teatru w ten amatorski obieg, nawet jeśli incydentalne i rodzinno-towarzyskie, jest jak haust świeżego powietrza, podpowiedź innej drogi poszukiwań: skierujcie reflektor na siebie, szukajcie form jak najdalszych od teatru, nieefektownych, pozornie suchych, skupcie się na prostocie, a dotknięcie sedna w opowiadaniu o życiu. Nie jest to jedyna droga, pewnie nawet nie powinna być drogą główną, ale dobrze mieć taką alternatywę w zanadrzu…

10-11-2021

Komentarze w tym artykule są wyłączone