AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

K/312: Okrzyki i pojedynki

Tadeusz Słobodzianek, fot. Adam Tuchlinski  

Pojedynek
Walka o warszawski Teatr Dramatyczny nabiera rumieńców. W drugiej połowie listopada 2021 roku wiadomo przynajmniej tyle, że do bezpośredniego pojedynku staną Monika Strzępka i Tadeusz Słobodzianek. Czyli bardzo aktywna reżyserka średniego pokolenia i uznany dramatopisarz, dotychczasowy szef sceny w Pałacu Kultury. Strzępka i Słobodzianek reprezentują zupełnie inne środowiska i gusty teatralne. Stanęli po przeciwnych stronach barykady już w 2012 roku. Strzępka była wówczas liderką protestów przeciwko odwołaniu dyrektora Pawła Miśkiewicza i powołaniu na jego miejsce bez konkursu autora Naszej klasy. Wtedy zjednoczyło się prawie całe polskie towarzystwo teatralne, broniono nie tyle Miśkiewicza i jego wizji Dramatycznego, co dobrego obyczaju, przejrzystości nominacji. Próbowano rozpocząć dyskusję o konieczności długofalowej polityki kulturalnej, szkodliwości idei menedżerów w teatrze, przestrzegano przed obłędem rebrandingowania scen miejskich w chwili zmiany dyrekcji na nową.

Właściwie każdy, kto włączył się do akcji „Teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem”, próbował załatwić jakiś własny interes. Krzysztof Mieszkowski z Teatru Polskiego, protestując w Warszawie, ustawiał tak naprawdę do pionu wrocławskich samorządowców, z którymi miał od lat na pieńku. Weronika Szczawińska pokazywała, że młode pokolenie bardzo wykształconych artystów jest gotowe do przejęcia scen prowincjonalnych. Na wystąpienie wiecowe w Dramatycznym załapał się nawet Mikołaj Grabowski, który nie miał wówczas jasności, czy minister zostawi go na kolejne lata w Narodowym Starym Teatrze, wygłosił więc przemówienie solidarnościowe z Miśkiewiczem i środowiskiem, bo chyba nie wypadało inaczej. Ja znalazłem się w rewolucyjnym tłumie, bo akurat przeżywałem lekką fascynację Moniką Strzępką i bardzo chciałem, żeby reżyserka lubiła mnie nieco bardziej niż lubił mnie Paweł Demirski. Ta piękna rewolucja, zryw wszystkich artystów i ich satelitów przeciwko urzędnikom, skończył się tak, jak kończą się rewolucyjne zrywy, które zrywają się nie w porę. Słobodzianek objął stanowisko, Miśkiewicz odszedł, najszybciej za pojawienie się na wiecu ukarano Grabowskiego, zamiast niego w Starym po zamkniętym konkursie zainstalowano Jana Klatę, Mieszkowski tak sobie nagrabił w urzędzie marszałkowskim, że kiedy cztery lata później poszedł w politykę, spektakularnie stracił Teatr Polski, a Teatr Polski stracił wszystko. Szczawińska rychło zaliczyła nieudaną kadencję dyrektorską w Kaliszu, po której chyba zrozumiała, że jest jednak artystką wielkomiejską. Ja pod wpływem Moniki Strzępki i jej idei przejmowania komitetów zapisałem się nawet do ZASP-u (rekomendowali mnie Ryszard Węgrzyn i Maciej Nowak), ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek płacił składki, więc chyba już mnie skreślili z listy członków. Strzępkę spotkałem jeszcze tylko raz w Dramatycznym, kiedy pod koniec pierwszej kadencji Słobodzianka zaczęła wytrwale chodzić do jego teatru i psioczyć na poziom tej warszawskiej sceny, recenzując w prasie aktorów i reżyserów. Wtedy do pojedynku nie doszło, czas rewanżu przyszedł dopiero teraz.

Słobodzianek początkowo się krygował, mówiło się, że nie chciał zostawać, ale po zapoznaniu się z warunkami konkursu, podjął decyzję o poddaniu się weryfikacji. Podejrzewam, że gdyby nie startowała Strzępka, decyzja mogła być inna. Cóż, żyłka sportowa wybiła na skroni u obojga kandydatów. Słobodzianek postanowił bronić swojej wizji Dramatycznego tak mocno, jak mocno próbuje ją zakwestionować Strzępka. Bodaj w jednym tygodniu oboje udzieli wywiadów w zaprzyjaźnionych mediach. Strzępka poszła na wywiad do Jakuba Majmurka z „Krytyki Politycznej”, Słobodzianek pozwolił się przepytać Piotrowi Zarembie w dodatku „Rzeczpospolitej”, „PlusMinus”. W równoległej lekturze obie rozmowy zabrzmiały jak korespondencyjna debata kandydatów na prezydentów. Strzępka ustawia się w pozycji antysystemowej, jako głos wykluczonych i niewysłuchanych kobiet/artystek, bat na patriarchat. Słobodzianek stawia akcent na literacki background jego teatru, pokazuje, że Dramatyczny jest może tradycyjny w formie inscenizacyjnej, ale za to bardzo postępowy w treści sztuk, które wystawia. Nie pominął w końcu żadnego z czołowych tematów ostatnich lat: bił w Kościół Katolicki, pokazywał środowiska LGBT, przypominał żydowskie losy w czasach Holokaustu. Strzępka zaczepia i prowokuje urzędników, oskarżając ich o ukrytą dyskryminację artystek takich jak ona, freelancerów. Słobodzianek cieszy się, że zapisali w regulaminie konkursu potrzebę kontynuacji jego modelu, że chwalą to, co zrobił dotąd. Kandydat i kandydatka w obu wywiadach akcentują swoje słuszne poglądy, bezpieczną odległość od partii władzy. No bo przecież decydujący głos w komisji konkursowej będzie miało jednak miasto. Ludzie z ministerstwa będą, ale bez przewagi liczbowej. Więc Strzępka ani słowem nie wspomina o swoim flircie z PiS-em sprzed sześciu lat, z okresu pracy nad Artystami, serialem, który miał premierę w TVP, a ona rozpływała się nad sprawną komunikacją z prezesem Kurskim w walce o lepszą porę emisji. Majmurek, jak każdy rasowy publicysta, nie wytyka jej nawet słynnej polemiki z Barbarą Zdrojewską na temat kobiecej higieny intymnej. Słobodzianek też jest dyplomatą, skoro Zaremba nie pyta, nie musi tłumaczyć się z dość wysokiego procentu nieudanych premier jak na te 10 lat dyrekcji, woli podkreślać zdanie Hübnera, że dobry teatr buduje się 10 minut albo 10 lat, i właśnie w kolejnej kadencji przyjdzie czas na zbiory. Oba wywiady przeczytałem z zainteresowaniem – głównie dzięki dziennikarskiej robocie Zaremby i Majmurka. Podobało mi się brawurowe porównanie przez Zarembę Słobodzianka do Holoubka, a także takie ustawienie rozmowy przez redaktora „Krytyki Politycznej”, w której jedyną przedstawicielką środowiska, jedyną walczącą reżyserką jest Strzępka. Poza nią nic, pustynia. Mówi na przykład Strzępka: „Gdzie dziś jest instytucja kultury, którą kierują kobiety?”. Majmurek dyskretnie milczy, a ja nie przebiję się nawet w Kołonotatniku z oświadczeniem, że wszystkie miejsca i teatry, z którymi współpracuję, mają wyłącznie żeńskie obsady dyrektorskie, kierownicze, menedżerskie i PR-owe. Być może Strzępka akurat o nich nie słyszała. Bo rzeczywiście teatry: krakowski Stary, Polski w Poznaniu, Polski w Warszawie, Żeromskiego w Kielcach, gdzie ostatnio reżyserowała to przybytki czysto i wieloznacznie męskie. Z kolei Zaremba gładko przełyka chytre deklaracje Słobodzianka, że podobała mu się Klątwa Frljicia, że wspierał ze sceny Strajk Kobiet. Strzępka chce Dramatycznego dla młodej lewicowej publiczności Warszawy, Słobodzianek obstaje przy teatrze dla warszawskiej inteligencji, która dzięki jego zabiegom wróciła do Dramatycznego po obrażeniu się na rewolucję repertuarową z czasów Miśkiewicza. Strzępka woła: „Już dość!”. Poglądy Słobodzianka można sprowadzić do zdania: „Dość eksperymentowania na tym teatrze!”.

Walka wyborcza Strzępki ze Słobodziankiem dzieli najprawdopodobniej środowisko na dwa obozy: jedni piszą rekomendację reżyserce, drudzy dyrektorowi. Nie jest to podział generacyjny, bardziej światopoglądowy. Spór o strategię rozmowy z widzem, dorobek kandydatów, licytacja na predyspozycje mentalne i artystyczne, poziom zaangażowania teatru w rzeczywistość. Słuchając obu stron, mamy ten komfort, że kogokolwiek komisja konkursowa wybierze, teatr Dramatyczny będzie autorski i wyrazisty. Starszy lub nieco młodszy. Więc nasze emocje są takie jak na mundialu, kiedy już odpadnie reprezentacja Polski. Nie ma histerii, zawałów serca i rwania włosów z głowy, smakujemy kolejne mecze, kibicujemy doraźnie temu lub tamtemu. Przestrzegam jednak przed sprowadzaniem walki o Dramatyczny do prostego wyboru Słobodzianek lub Strzępka. Znacie przysłowie: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta? No właśnie. Zapominamy o innych, skrytych na razie w cieniu kandydatach. Nie jest tak, jak chciałaby Strzępka, że tylko ona reprezentuje progresję i nie jest tak, jak to widzi Słobodzianek, że tylko on gwarantuje kontynuację. I dyrektor, i reżyserka chcieliby, żebyśmy sprowadzili konkurs w Dramatycznym do ich sporu, wybierali spomiędzy nich. A co, jeśli dojdzie do klinczu, obie strony wykrwawią się we wzajemnych bojach przedkonkursowych i pojawi się kandydat, który na razie spokojnie pisze program, szykuje wystąpienie, kolekcjonuje rekomendacje. Tak, myślę o Michale Zadarze. Strzępka i Słobodzianek też o nim myślą i dlatego nic o nim nie mówią. Udawanie, że trzeciego kandydata nie ma, jest póki co wszystkim na rękę. Może o nim milczeć Witold Mrozek, mogą Moroz i Skrzydelski. A jeśli na dodatek pojawi się ktoś czwarty, bo może się pojawić. Na przykład artystka z dorobkiem, równie rozchwytywana po teatrach, jak Strzępka, będzie jeszcze ciekawiej. Jak to sformułował klasyk: „każdy za siebie, a Bóg przeciw wszystkim”? Idą ciężkie, kryzysowe czasy dla samorządów. To z jednej strony najgorszy czas do przejmowania teatrów, bo będą cięcia budżetowe, walki o każdy grosz, z drugiej strony właśnie w tych ciężkich czasach artysta i ludzie z jego kręgu muszą się zabezpieczać, budować sobie schrony na przeczekanie. Własny teatr i gabinet to nienajgorsze rozwiązanie z punktu widzenia zawodowej strategii. Nawet tej stricte wizerunkowej.

Ileż ja bym dał, żeby obrady komisji i wystąpienia kandydatów w konkursie na dyrektora Teatru Dramatycznego transmitowano online! Nie chodzi mi tylko o transparentność wyboru, chodzi także o igrzyska. Mówiąc najkrócej: czekam na płomienne mowy i ukryte szyderstwa z kontrkandydatów, czekam na licytację na Dobro, Nowoczesność i Szlachetne Intencje. A także na wystąpienie programowe czarnego konia, które skomplikuje proste rozwiązania. Czyli w konkursie na szefa Dramatycznego trzymamy kciuki za wszystkich, ktokolwiek wygra – będzie dobrze dla warszawskich scen i polskiego teatru, ale niech będzie gorąco, niech się dzieje, niech się biją!

Trochę to jednak dziwne, że temperatura rywalizacji podniosła się tylko w przypadku Dramatycznego, o Studio cicho, konkurs na szefa Komedii zupełnie został w tle. Czyżby tam z grubsza było wiadomo, kto wygra? A może Studio lub Komedię dostanie ktoś, kto polegnie w Dramatycznym, ale zaprezentuje się na tyle dobrze, że z automatu przeskoczy na sąsiednią scenę? Koledzy mówią, że prawdziwym kąskiem jest jednak Komedia, gdzie można byłoby dokonać bezkarnego rebrandingu, zbudować od podstaw własny zespół, zająć dla progresywnego teatru nowy i ciekawy przyczółek. Boję się jednak, że w ogniu walki o Dramatyczny takie szczegóły zostają przeoczone.

Okrzyki
11 listopada redakcja portalu Teatrologia.info opublikowała okolicznościowy tekst zatytułowany i zakończony znamiennym zdaniem: „Niech żyje Polska!”. Przeczytałem to zdanie i kilka poprzedzających je równie górnolotnych fraz podpisanych inicjałami Jagody Hernik-Spalińskiej, Rafała Węgrzyniaka, Marzeny Kuraś i pomyślałem dość melancholijnie o czasach, w których krytycy teatralni muszą, przepraszam – chcą! – krzyczeć takie rzeczy, nie wiem nawet, przeciwko komu – Aleksandrowi Łukaszence? uchodźcom na granicy? lewicowym wrogom z „Dialogu”? – i nie czują się głupio z tym okrzykiem w ustach. W dniu święta narodowego jest w nich duma z narodu i państwa, odpowiedzialność wobec historii i teraźniejszości, wiara, że słuszną linię ma nasza partia. Zniknęła gdzieś odwieczna dla naszego zawodu przekora, potrzeba szukania dziury w całym, bycia samemu przeciwko władzy. Z okazji spektaklu teatralnego i widowiska rozgrywanego w rzeczywistości.

Do tej pory wydawało mi się, że sympatyzujący z PiS-em teatrolog będzie co najwyżej sumiennie obrabiał swój ogródek – pisał ciepło o spektaklach niezaangażowanych, tradycyjnych, letnich. Wspominał dawne dobre teatralne czasy. Że co najwyżej wyśmieje lewicowy eksperyment, przekłuje balon młodego zaangażowanego twórcy. Zdemaskuje miałkość treści i wtórność formy. Tak mniej więcej do tej pory wyglądały teksty na tym szacownym portalu.

Niestety patriotyczne wzmożenie dotarło także do redakcji Teatrlogia.info. Gdzie te czasy, kiedy poprzedni naczelny, Patryk Kencki, pisał wzruszające listy do francuskiej wymyślonej przyjaciółki o imieniu Madeleine, opowiadał o swoich wizytach u fryzjera, o tym, jaką przyjemność sprawia mu dyskretne rozczesywanie swoich blond loków na każdym spektaklu, grzebykiem wyjętym z kieszeni. Teraz zamiast tego artystowskiego plumkania na dotowanym ministerialnie portalu rozlegają się bębny wojenne. Redakcja podkreśla swój patriotyzm w dniu, kiedy marsz z racami idzie przez Warszawę. Zastanawiam się, czy Rafał Węgrzyniak już wstąpił do obrony terytorialnej, czy początek każdego spektaklu z nim na widowni będzie się teraz zaczynał od komendy: Do hymnu! Czy Jagoda Hernik-Spalińska spróbuje opowiadać wyłącznie o sztukach na polskie tematy, przedstawiających narodową historię i jej wielkich bohaterów. „Niech żyje Polska!” – w teatrze nigdy nie woła się bezkarnie.

Więc – „Niech żyje Polska!” – drze się redakcja portalu teatralnego, a ja pytam nieśmiało: Dobrze. Niech żyje. Ale jaka? Wasza? Żeby przetrwała Wasza Polska, moja musi przegrać. Osobiście wolałbym nie ginąć za Waszą Polskę. Przywoływanie dziś w tych okolicznościach, w Polsce wściekle podzielonej, okrzyku z innej epoki jest emocjonalnym i moralnym szantażem niegodnym ludzi teatru. Mogę się spierać z redaktorami Teatrologia.info o ocenę spektakli i ich interpretację, mogę się zdziwić polityką recenzencką portalu, ale przecież nie zaglądam na ich portal w poszukiwaniu patriotycznych wzmożeń i aktów solidarności z rządem i przestraszonym, buzującym od furii narodem. Nie interesują mnie Państwa poglądy polityczne, przeszkadza mi jednak, komu się podlizujecie, w jakiej grze i nagonce uczestniczycie. Jeszcze niedawno Wasze konserwatywne manifesty były co najwyżej śmieszne, teraz są lepkie. Kontekst się zmienił. Bo takie deklaracje wydaje się dziś przeciwko aktorom jeżdżącym do lasu na granicę, przeciwko aktorkom naiwnie oburzonym na bezwzględność służb mundurowych. Słuszne okrzyki, okrzyki z dramatycznej przeszłości, mogą brzmieć okrutnie w zmienionym kontekście. Okolicznościowy tekst z Teatrologia.info, który napisaliście z okazji przejętego Narodowego Święta Niepodległości, za sprawą środowisk prawicowych niebędącego już niestety w pełni wspólnym świętem, bardzo zrymował mi się z ogłoszonym kilka dni temu przez PAP listem otwartym pisarzy polskich (po sprawdzeniu okazało się, że prym wiodą wśród nich Antoni Libera, Jacek Piekara, Andrzej Plipiuk, Łysiakowie ojciec i syn). Najważniejsze zdanie brzmiało w nim jakoś tak: „Sprzeciwiamy się wszystkim, którzy – działając na rzecz wrogich dyktatur – organizują wulgarne, pełne kłamstw nagonki na funkcjonariuszy broniących polskich granic”. Tu także nie chodzi o spór o interpretację zdarzeń na polskiej granicy – bo przecież nie mamy pełnego obrazu tego, co się dzieje, oblepia nas propaganda i dezinformacja – tu jest tworzenie wrednego podziału na artystów-patriotów i artystów-zdrajców. Na tych, którzy popierają Polskę, i na tych, co trzymają z wrogiem: Europą, Niemcami, Białorusią, Rosją. To jest chore. Nie krzyknę dziś: „Niech żyje Polska”, z Wami, nie podpiszę się pod laurką dla pograniczników i ministerstwa. Naprawdę po doświadczeniach PRL-u ktoś jeszcze chce redagować i podpisywać takie propaństwowe i prorządowe apele? Wygląda na to, że chce. „Niech żyje Polska! Będziemy umierać za Polskę! Umierajcie pięknie!” – krzyczą wspólnie krytycy i pisarze. I jakby nie ustami krzyczeli, a prawą nogą. I jakby nie krzyczeli, a kopali tych, co nie krzyczą z nimi.

24-11-2021

Komentarze w tym artykule są wyłączone