AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

K/319: Kołonotatnik przedstawia: jeszcze nowsze obyczaje teatralne

Wieczór Trzech Króli albo Co chcecie,
reż. Piotr Cieplak, fot. Krzysztof Bieliński  

Miejsca nienumerowane
Warszawski Teatr Powszechny, 30 grudnia 2021 roku. Nadrabiam repertuarową zaległość – Bieguni Olgi Tokarczuk w reżyserii Michała Zadary. Dostaję bilet w kasie, stoję w kolejce z oświadczeniem covidowym, pokazuję certyfikat szczepień. Długo to trwa, prawie kwadrans. Zostało jeszcze dwadzieścia minut do 19.00, przyszedłem jak zwykle z zapasem. Wreszcie w środku! Idę szybkim krokiem do szatni, ale kątem oka widzę, że prawie cała publiczność już siedzi w fotelach. Foyer prawie puste, nie ma rozgadanych grupek, osób ślimaczących się z torebkami i płaszczami w okolicach wieszaków. Zniknął przedspektaklowy gwar i zamęt wchodzenia na salę. Publiczność zastygła grzecznie i nieruchomo w swoich rzędach. Zląkłem się, że zaczęli grać wcześniej. Przecież Zadara już tak robił – w Zbójcach z Narodowego ogłaszał przerwę, widzowie mogli wyjść do toalety, iść do baru, pospacerować po korytarzach, ale przecież na scenie działa się jakaś akcja, aktorzy grali wyciętą scenę. Dość ważną dla przebiegu akcji. O ile pamiętam, dyrekcja zmusiła reżysera do zrobienia przerwy, nikt nie wytrzymałby tyle na sali podczas wielogodzinnego widowiska, ale jemu było żal coś wyrzucać, zostawił więc to, co wyrzucone, z komentarzem, że pokazują tę scenę tylko dla naprawdę zdeterminowanej publiki. Na ścianie wyświetlały się komunikaty, że naprawdę jest przerwa i można wyjść, ale aktorzy robili swoje. To był jednocześnie żart i chwyt formalny, zagranie dyrekcji na nosie i próba sprawdzenia, co się stanie w takiej nieobowiązkowej scenie – czy widz ją zapamięta, czy będzie jej brakować tym, którzy wyszli, w pospektaklowym montażu osobistym tragedii Schillera?

Pamiętałem o Zbójcach i dlatego tak się wystraszyłem przed Biegunami. A jeśli Zadara zaczął spektakl pół godziny wcześniej, bo książka długa, bo jedną z historii Tokarczuk można zagrać jako rozpędówkę jeszcze przed osobistymi zdaniami noblistki o własnych pierwszych podróżach z czasu dzieciństwa. Skoro Zbójcy mogli mieć ważną i efektowną scenę nieobowiązkową w przerwie, Bieguni mogą mieć taką samą pół godziny przed oficjalnym rozpoczęciem przedstawienia. Wbiegłem pędem na widownię i szukam na bilecie, które mam miejsce. Żadne. Okazało się, że w Powszechnym, przynajmniej na tym spektaklu, a chyba i na innych też, nie ma już przydzielonych indywidualnie foteli.

Demokracja bezpośrednia. Wybierasz sobie to miejsce, które chcesz. Nie ma miejsc lepszych i gorszych. Chcesz siedzieć bliżej – przyjdź wcześniej. Znikają kłótnie typu: „Pan tu nie siedział! Och, co robić, nasze miejsca chyba są zdublowane? Przepraszam, to szósty rząd? A ja mam miejsce w piątym! Jest po trzecim dzwonku, siedzę na pani miejscu i co mi pani zrobi? Trzeba przychodzić wcześniej!”.

Tak oto wyjaśniła się przedspektaklowa bierność i ospałość widowni Powszechnego, którą dostrzegłem z foyer. Ludzie przyszli wcześniej, zajęli dobre miejsca i nie wstają, żeby ich ktoś nie podsiadł. 20 minut przed spektaklem już są osadzeni w punkcie obserwacji, patrzą na odsłoniętą dekorację, przedstawiającą podniszczoną poczekalnię dworcową. I niezwykle skupieni czekają. Tak jak czekają na scenie bohaterowie Zadary na kolejną podróż lub opowieść o niej. Czekanie widzów staje się elementem współtworzącym przerwę w biegu postaci, nakłada się na czekanie aktorów. Przychodzenie długo przed czasem, żeby zdobyć wolne miejsce, to zupełnie inny obyczaj widzowski niż walka o krzesła i fotele na widowni, którą teatr otwiera punkt 19.00. Kiedy na salę wdziera się tłum, trzeba w mgnieniu oka podjąć decyzję, gdzie kto usiądzie, które miejsce będzie najlepsze. Wtedy pozycjonujemy się w tłumie, w gromadzie tłoczącej się jeszcze przed zamkniętymi drzwiami. Kto raz wchodził do Łaźni Nowej, ten wie, co dzieje się w korytarzach podczas oczekiwania na początek. Jak migrują grupy i grupki, jak w minutę tracisz dogodne miejsce na rzecz pełzającej niezauważalnie formacji widzowskiej. Żeby wejść i zdobyć dobre miejsce, trzeba to wejście sobie zaplanować, przygotować. Metoda otwartych drzwi Powszechnego i odpowiednio wczesnego zajęcia dowolnego miejsca przez widza likwiduje te wszystkie strategiczne gry.

Wiele rewolucyjnych pomysłów Teatru Powszechnego dotyczących organizacji życia teatru znajduje się obecnie w fazie prób i testów. Kto by pomyślał, że jedna decyzja o skasowaniu numerów foteli i numerów rzędów, gest pozostawienia widzowi wyboru, gdzie będzie siedzieć, wpłynie tak bardzo na wspólne odczuwanie, przygotowanie emocjonalne do spektaklu.

Historycy teatru znają pojęcie „uciszenie parteru” – gwarny i egalitarny widz parteru teatru pierwszej połowy XIX wieku, oglądający spektakl na stojąco, przemieszczający się w tłumie, popijający i podjadający na boku, przychodzący do teatru z psem, głośno komentujący akcję, ucichł z chwilą, kiedy na parter wstawiono krzesła. Widz siedzący to nie jest widz awanturujący się. Najwyżej krzesłem skrzypiał. Już nie dogadywał aktorom. Kiedy jeszcze wstawiono na parter pluszowe fotele – parter stał się najbardziej pożądanym terenem obserwacji w budynku teatralnym. Brak numeracji miejsc na biletach Teatru Powszechnego nie jest oczywiście rewolucją tej skali, co uciszenie parteru, ale już zmieniło to kilka nie tylko warszawskich obyczajów teatralnych. Skończyło się przedspektaklowe witanie ze znajomymi, ucichły przedspektaklowe teatralne plotki. Widz został sam ze sobą na długie minuty przed widowiskiem, co najwyżej z bliską mu osobą, z grupą, z którą przyszedł. Z komórką. Siedzi tam, gdzie chce, i broni tego miejsca jak niepodległości. Jest zadowolony, że przyszedł wcześniej, że wywalczył je sobie. Zaczyna oglądać spektakl na własnych warunkach.

Wtedy na Biegunach, zadowolony jak nie wiem co, usiadłem w przedostatnim rzędzie, na pierwszym skrajnym fotelu. Nikt nawet po przerwie nie zajął miejsca obok mnie. Znów w teatrze było jak w życiu.

O czym nie pisać w nekrologach
Mam pod własną, prywatną czaszką taki miniaturowy pokoik – urządzony biednie, właściwie bez mebli, jest tam tylko liche biureczko z zydelkiem. Na biurku leży mały aparacik z czerwoną lampeczką. Czasem wyobrażam sobie, że tam jestem. Siedzę w tym pomieszczeniu i niewidzialny dla świata czytam aktualności teatralne z wirtualnej gazety. Rozkładam przeźroczyste arkusze, litery same zjawiają się w powietrzu i gadają do mnie, ale wewnętrzne oko, najczęściej lewe, co rusz spoziera na aparacik na biurku. Światełko zapala się w nim na czerwono, ilekroć tylko przeczytam lub zobaczę jakąś bzdurę tygodnia, miesiąca albo nawet dekady. I wtedy skroń pulsuje alarmem, po pokoiku rozpełza się zgroza, trwoga i litość. Katapultuję się wtedy stamtąd do rzeczywistości i próbuję pozbierać myśli po kolejnej konfrontacji ze światopoglądowym oszołomstwem, jakie niestety od kilku lat pustoszy najwybitniejsze nawet umysły w naszym teatralnym światku.

Jestem przygotowany na absurdy recenzji, demagogię w esejach, przekręty logiczne w manifestach pokoleniowych. Ale kiedy nacjonalistyczne, prawicowe szaleństwo wkrada się nawet do nekrologów, opadają mi ręce, światełko pali się wściekle na czerwono i nie chce zgasnąć…

Oto nowa odsłona raptularza na E-teatrze. Czytam wspomnienie o Cezarym Niedziółce pióra Joanny Godlewskiej, bliskiej koleżanki zmarłego wczesną jesienią teatrologa i kierownika literackiego Teatru Wybrzeże. Pisze Godlewska:

Cezary był prawy, intelektualnie przenikliwy, nigdy nie przyjmował na wiarę cudzych opinii. Nie był typem działacza, ale kiedy uważał, że czas tego wymaga, działał (wystarczy wspomnieć o tym, jak intensywnie zaangażował się w podziemny „Krąg” w latach osiemdziesiątych). W tych sprawach więc rzadko ścieraliśmy się na serio, ale tak się stało, gdy dowiedziałam się, że jest przeciwny wstąpieniu Polski do UE, i że w referendum głosował na „nie”. Ja byłam wtedy ślepa, on wiedział swoje – i przecież przyszłe wydarzenia dowiodły, wciąż dowodzą, że miał rację.

Godlewska na samym końcu tego zacytowanego akapitu konstruuje zdanie, po którym chce się krzyczeć i protestować, ale nie krzyczy się i nie protestuje, bo to przecież wspomnienie, pół-nekrolog, podsumowanie czyjegoś życia. Nie wypada. A może jednak wypada? Sprawa jest delikatna, polemizowanie z opiniami zawartymi w nekrologach i tekstach zbliżonych doń gatunkowo przypomina spacer po polu minowym, jeden krok w złą stronę i skończy się obyczajowym faux pas, ale przecież nie można tego tak zostawić. To, co napisała Godlewska, boli mnie i uwiera.

Wiem. W naszych wspomnieniach o zmarłych często balansujemy na cienkiej granicy wytyczonej pomiędzy „ja” i „oni”, opowiadając o „nich”, opowiadamy tak naprawdę o nas patrzących na nich, bo to „ja” w nas ich pamięta. Projektujemy ich niejako w kontrze do siebie z przeszłości. Sęk w tym, żeby to nasze „ja” nie panoszyło się za bardzo w portrecie zmarłego, by na czas schować się za jego plecami, żeby to „jego” sobą oświetlić, a nie pisać o sobie pod pretekstem pisania o zmarłym. Oczywiście istnieją przypadki skrajne, jak pożegnania wielkich ludzi teatru autorstwa Rafała Węgrzyniaka, w których podstawowy chwyt narracyjny polega na tym, że Węgrzyniak przypomina wyłącznie te sytuacje, w których wielcy zmarli powiedzieli ciepłe słowa o samym Węgrzyniaku lub jego twórczości i to jest, jak można wnioskować, ich najważniejsza przepustka do wieczności. Nie szedłbym jednak tą drogą.

Wspomnienie Godlewskiej o Niedziółce należy do innej grupy niepoprawnych politycznie wspomnień. Takich, w których z pomocą szanowanego zmarłego, jego poglądów i biografii autor lub autorka wspomnienia próbuje usprawiedliwić swój obecny myślowy i emocjonalny zamęt. Jak można wywnioskować z zacytowanego fragmentu tekstu Godlewskiej, Godlewska sygnalizuje nam, że z kosmopolitki i liberałki stała się teraz konserwatywną nacjonalistką. I żeby samą siebie przekonać, że to nic złego, powołuje się na autorytet nieżyjącego przyjaciela, który 20 lat temu mówił i robił rzeczy niezbyt wtedy popularne, a na pewno także niezbyt mądre pod kątem tak zwanej polskiej racji stanu. Godlewska chwali Niedziółkę, że w 2003 roku był eurosceptykiem, głosował w referendum na „nie” i był to jej zdaniem eurosceptycyzm proroczy i zbawienny. No dobra, wspomnienie Godlewskiej ma cechy świadectwa historycznego z pierwszej ręki, może rzeczywiście wówczas Cezary Niedziółka chwilowo zwariował i był przeciwko obecności Polski w Unii Europejskiej, myślał wbrew całej klasie politycznej, na przekór elitom intelektualnym, wybierał inaczej niż papież i Episkopat, które wtedy sugerowały wsparcie akcesu unijnego. Mógł mieć Niedziółka takie dziwactwo, może zainspirował go Fukuyama i jego „koniec historii”, może po ataku na WTC uważał, że bezpieczniej będzie trzymać się z dala od głównego nurtu, nie solidaryzować z nikim, nie współdziałać – to może Historia o nas zapomni.

Godlewska z kronikarskiego obowiązku może o tym dywagować, może na dawne dysputy z Niedziółką się powoływać. Choć jest to, moim zdaniem, wspomnienie mało istotne dla dorobku Niedziółki, tak samo przyczynkowe, jak odnotowana wcześniej w tym nekrologu informacja, że Niedziółka chował przed Godlewską suchą kiełbasę, którą regularnie podjadała mu łakoma teatrolożka. Dorobek Niedziółki nie dozna uszczerbku z okazji tej eurosceptycznej demaskacji, nieodżałowani zmarli mogą w niedostępnej już dla nas i dla nich przeszłości bezkarnie chować przed Godlewską suchą kiełbasę i nie głosować za Polską w Unii. Problem tkwi w czym innym – w perfidii komentarza, którym Godlewska opatruje swoje wspomnienie o ówczesnych poglądach Niedziółki. Wróćmy do tego zdania: „Ja byłam wtedy ślepa, on wiedział swoje – i przecież przyszłe wydarzenia dowiodły, wciąż dowodzą, że miał rację”.
 
Czytam to zdanie kolejny raz i dalej nie wiem, w czym miał rację Niedziółka, nie głosując za Polską w Unii, do czego natchnął dziś Godlewską i resztę polexitowych Polaków? Czyżby zdaniem Godlewskiej Cezary już wtedy wiedział, że nie będziemy płacić kary za Turów i Izbę Dyscyplinarną, Polska PiS-owska będzie protestować przeciwko umowie o sprzężeniu unijnego budżetu z respektowaniem praworządności w krajach członkowskich? Nie tylko wiedział o nich, ale już wtedy zachęcał do oporu. Niedziółka bojący się Wspólnej Europy w 2003 roku miałby być zdaniem Godlewskiej prekursorem dzisiejszej narracji mediów rządowych o złych europejskich urzędnikach wydających Polsce absurdalne antywolnościowe rozkazy. Czy tamten Niedziółka pragnął przyszłej Polski autorytarnej, Polski niedemokratycznej, która nie da sobie powiedzieć nikomu z Europy, że przestaje na wielu obszarach być państwem demokratycznym?

Protestuję przeciwko używaniu autorytetu zmarłego krytyka do takiej prawicowej, krótkowzrocznej narracji. Nie każda koleżanka winna o nas wspominać, nie każda teatrolożka umie pisać nekrologii, nie każda Joanna Godlewska powinna wypowiadać się o polskiej racji stanu. Autorka była „ślepa”, ale teraz przejrzała na oczy – dowiadujemy się z lektury jej tekstu. Mylili się Polacy z 2003 roku, rację ma Godlewska z dziś, powołująca się na autorytet i wybór Niedziółki sprzed lat. Nie zabraniam Godlewskiej zmiany poglądów. Nie ona pierwsza przeszła z pozycji euforycznie liberalnych na skrajnie szowinistyczne. Boi się Europy, nie lubi Europy – Bóg z nią! Nie wiem tylko, po co przemyca swoje chore tezy o złej Europie w tekście wspomnieniowym, w hołdzie dla kolegi. Zaraża swoimi problemami z oceną rzeczywistości nie tylko formę literackiego pożegnania ze zmarłym, ale także jego biografię i naszą wspólną przeszłość. Czy naprawdę czytanie o życiu i dokonaniach Niedziółki musi kończyć się dyskusją o tym, co złego Europa uczyniła Joannie Godlewskiej, czemu Godlewska żałuje, że nie zrobiła wszystkiego, co trzeba, żeby Polska w Unii nie była? Jak Godlewska ma takie pragnienie, niech ogłosi tekst stricte polityczny w „Arcanach” albo wysmaży felieton w „Do Rzeczy” czy gdzieś na wPolityce.pl!

Eurosceptycyzm dziś, nawet ten niewinnie przesączający się do nekrologów, wygłaszany bezczelnie w kontekście teatralnym to aberracja umysłu porównywalna z ruchem antyszczepionkowców i płaskoziemców. Joanna Godlewska, przemycając takie brudne zdania do z pozoru szlachetnego w swej intencji tekstu, przekracza granicę szacunku wobec zmarłego i linię zwykłej racjonalności. Przenoszenie własnych lęków do cudzego, zamkniętego już rozdziału życia jest gestem wyjątkowo nieetycznym.

Szaleństwo polskiej teatrologii trwa w najlepsze. Niestety.

Piach
8 grudnia 2021 roku w Warszawie. Zimno, śnieżno. Poszedłem na Wieczór Trzech Króli Cieplaka do Narodowego. Po przerwie wróciłem jako jeden z ostatnich widzów. Prawie spóźniłem się na drugą część, bo zafascynowały mnie czerwone dywany sceny narodowej, te na schodach, i wykładzina w przejściach między rzędami. Nie, nie chodzi mi o to, że teatr jakąś nową kupił, że kolor się zmienił, że dywany nowe przywieźli. Pół godziny przed spektaklem szedłem po nich jak zwykle w poczuciu wstępowania do eleganckiej, odpicowanej świątyni teatru, spacerowałem sobie po bardzo eleganckim miejscu. Korytarze pałacu sztuki, schody na salę balową, dywany pośród marmurów… W przerwie te wszystkie czerwone rzeki dywanów były już uświnione piaskiem i solą. To nie były nawet pojedyncze ślady, ścieżki brudu i pyłu. To były wypiaszczone drogi pośrodku czerwieni. Teatr był tego wieczoru pełen.

Widownia młodzieżowa i starsza żywo reagowała na Cieplakową śpiewogrę, Szekspira przeszytego miłością i muzyką. W przerwie ta rozradowana gromada wypłynęła na foyer i schody, potuptała, poroznosiła to, co przyniosła ze sobą na butach. Wrócili na salę, ja chwilę po nich ze wzrokiem wbitym w podłogę. Piach na dywanach, brud na marmurach przypominał o Warszawie i zimie, z której weszliśmy do tego baśniowego angielskiego ogrodu, scenicznego labiryntu przebrań i udawań, jaki zaaranżował Cieplak. Ludzie nie wytarli butów, nie wytrząsnęli piachu na wycieraczkach przy wejściu. Pędzili szybko – do szatni, na salę! Wszyscy o tym wycieraniu, wytrząsaniu zapomnieli, pewnie ja też. Jak powiedziałem, w przerwie Wieczoru Trzech Króli solno-piaskowe strumienie prowadziły mnie prosto na salę. Zahipnotyzowały mnie ich nurty. Wyobraziłem sobie, że to przez teatr, że to musiało opaść z publiczności dzięki przedstawieniu, że im lepszy był spektakl, tym więcej piachu leciało z ludzi. Pałac sztuki zmienił się nieco w oborę radości życia, w zadeptany buciorami przybytek kultury śmiechu. Lud warszawski wszedł i przywrócił właściwe proporcje.

Wyobraziłem sobie dawne carskie moskiewskie i petersburskie teatry około roku 1919, 1920, 1921… Nieogrzewane, z głodnymi, zbiedniałymi ludźmi siedzącymi w kożuchach i paltach na widowni, niesprzątane, zapaćkane śniegiem i błotem, wilgotne, śmierdzące. Ten kontrast między pamięcią o dawnej czystości sztuki a obecnym brudem musiał wtedy działać specjalnie, doskwierać i ranić widza. Musiał coś znaczyć. Tak jak znaczył ten piach w Narodowym w zimny grudniowy warszawski wieczór. W bezpieczny wieczór w mroczniejącej rzeczywistości.

To nie jest dygresja o tym, że upadają obyczaje, że zapominamy wycierać buty. To jest próba połączenia detalu z ideą. Bo beztroski, bajkowy, naiwny i prostoduszny spektakl Cieplaka powstał po to, żeby taki piach codzienności, zła i beznadziei wytrząsnąć z nas przynajmniej na chwilę.

02-02-2022

Komentarze w tym artykule są wyłączone