AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

K/375: Kołonotatnik powrotny

Anioły w Ameryce, reż. Michał Borczuch,
fot. Sylwia Matyja  

Utrudnianie
W czwartym akcie Iwony, księżniczki Burgunda Król Ignacy zaczaił się za kanapą i patrzy, co będzie. Chce widzieć to, co jest do zobaczenia. Zrobić z ukrytego jawne. I następuje noc prawdy – pełna zasadzek i przyłapań. Jako pierwszy w pułapkę wpada Szambelan, który, jak pisze Gombrowicz, „od niechcenia i jakby w tajemnicy przed sobą złośliwie zaczyna przestawiać meble, posuwa fotel, zawija róg dywanu, przewraca książki na półce do góry nogami, rzuca na podłogę pestki od śliwek”. Na pytanie zdziwionego króla, „po co wdaje się w te zalotne konszachty z martwą naturą?”, Szambelan odpowiada z dumą, że „utrudnia”. Co utrudnia? Siadanie utrudnia, bo trudniej usiąść, kiedy fotel tak stoi, chodzenie utrudnia, bieganie utrudnia, myślenie utrudnia, spiski utrudnia, bylejakości i łatwości się sprzeciwia. Dopiero po latach zrozumiałem, że hasło UTRUDNIAMY powinno widnieć na sztandarach wszystkich krytyków i krytyczek tego świata. O ileż ciekawszą koncepcją od krytyki towarzyszącej jest idea krytyki utrudniającej! To taka postać naszego zawodu, której głównym zadaniem jest sprawienie, żeby artyście nie było w pewnych okolicznościach za łatwo. Utrudnianie nie jest wcale zapobieganiem i przeciwdziałaniem w dążeniu artysty do celu. Utrudnianie jest wyłącznie przeciwko łatwości w sztuce, utrudnianie świadomie komplikuje proste odpowiedzi i spowalnia szybkie decyzje. Jak ktoś utrudnia, więcej się myśli, nawet jeśli myśli się przeciwko niemu. Więcej myślenia to więcej sztuki myślącej. Utrudnianie to nawoływanie do twórczej i strategicznej elastyczności. „Gibkości chcę!” – woła nocną porą rozpoetyzowana Królowa od Gombrowicza, kolejna ofiara zasadzki Ignacego. Polski teatr, który potyka się o pierwszą przeszkodę, nie radzi sobie z prowokacyjnymi trudnościami, nie jest ciekawym teatrem. No więc utrudniam. Kiedy tylko mogę i jak tylko potrafię.

Wyświetlaczowy mściciel powraca
Po 15 października 2023 roku wiele strasznych zjawisk w polskiej rzeczywistości stało się przynajmniej na chwilę zjawiskami komicznymi. I odwrotnie – to co śmieszne, nabrało nagle bardzo osobistego wymiaru. Na przykład pierwszy raz w życiu dostrzegłem ludzką twarz ojca Rydzyka. I w jednej krótkiej chwili, w jednym specyficznym momencie poczułem się jak on. Onet donosił, że wydarzyło się to na spektaklu pokazywanym w otwartym cztery dni po ostatnich wyborach Toruńskim Muzeum Pamięci i Tożsamości, mieszczącym się w Rydzykowym kompleksie, sklejonym z radiem, uczelnią, telewizją i wodolecznictwem geotermalnym. Bilety na przedstawienie pod tytułem Rotmistrz Pilecki. Ofiarowanie kupiło ponad 800 osób, pokazy odbyły się na początku marca. Scenariusz napisał bardzo aktywny twórca widowisk niepodległościowych i religijnych Sławomir Konarzewski. Reżyserował Piotr Trentowski. Zagrał zespół Rzeczpospolitej Apostolskiej z Ostrowii Mazowieckiej plus czterej studenci z Rydzykowego wydziału mediów i dziennikarstwa. Podobno przyjechało wiele autokarów z seniorami, sam ojciec dyrektor był na sali. Redaktorzy Onetu prześmiewczo komentowali jego zachowanie na widowni: „W trakcie sztuki wielokrotnie próbował uciszać widzów, którzy hałasowali. — Wyłączyć mi już ten telefon — krzyknął do jednego z nich”. To, co dla Onetu jest dyrektorskim błazeństwem i moralną kompromitacją, dla mnie staje się aktem braterstwa. Przecież zachowuję się dokładnie jak on. Siedzę w ciemnej sali, czyli w robocie, i tropię młodzież i seniorów sprawdzających Facebooka podczas przedstawienia. Uciszam werbalnie, artykułuję prośby i groźby karalne, prześladuję niewinnych, bronię skupienia na widowni i chronię aktorów przed niebieską łuną wśród foteli. Wzruszyłem się, kiedy zrozumiałem, że właśnie to pragnienie ciszy, mroku i nabożnej atmosfery łączy mnie z Tadeuszem Rydzykiem. Choćby nie wiem jak mądrzy ludzie przyszli do teatru, jak święci i nobliwi, nie usiedzą bez sprawdzenia godziny, maila, wiadomości na iPhonie. I wtedy wkraczam ja, wkracza ojciec dyrektor. Pouczamy, napominamy, błagamy. Nie wiem, jak jest z ojcem dyrektorem, na pewno ja czuję się wtedy lepszym człowiekiem. Wyobrażam sobie, że nadejdą takie chwile, kiedy będę zmuszony wyrwać telefon świecącemu mnie i aktorom po oczach widzowi, że to się skończy bójką, wyzwiskami, przerwaniem spektaklu, policją, jednak nie umiem przestać, nie umiem milczeć w obliczu panoszącego się zła. I wtedy jesteśmy na widowni tylko my dwaj, Rydzyk i ja, setki kilometrów od siebie w sensie geograficznym i tysiące lat świetlnych w sensie ideologicznym. Metafizycznie rzecz biorąc jest to jednak ta sama chwila. On jest mną, ja jestem nim. Chociaż jest pewna różnica – skarcony młody człowiek na widowni Aniołów w Ameryce Michała Borczucha w AST niestety nie wrócił po przerwie na spektakl. Onet zaświadcza, że mimo głośnych pouczeń i nawracających prób skarcenia niesfornych seniorów w Toruniu, ojciec Rydzyk pozostał dla nich autorytetem. Już po spektaklu ustawili się w kolejce po błogosławieństwo.

Nie tracę nadziei, że i mnie będzie to dane. Jakby co – w najbliższą niedzielę oglądam spektakl na Wawelu.

Dziś gramy Nie gramy
Streszczenie poprzedniego odcinka Kołonotatnika: trzy tygodnie temu nie napisałem o kurczących się repertuarach scen progresywnych w Warszawie. Ulubiony tytuł na afiszu: Brak wydarzeń. Pustka w środy, pustka we wtorki, nawet czwartki zagrożone. Granie tylko w weekendy i to na jednej scenie. Prym wiedzie stołeczny Teatr Powszechny. Ale Studio też ma za uszami, Dramatyczny w końcówce ubiegłego roku, TR – permanentnie. Nawet Nowy. Nie przyznawałem się w tym nienapisanym tekście, że znam powody tego niegrania: ekonomia głupcze, niskie budżety, wysokie koszty stałe, aktorzy w serialach i na planach zdjęciowych do polskich filmów, brak szerszej niż progresywna widownia, niemożność wygenerowania repertuarowego hitu, i tak dalej, i tak dalej. Wiem i rozumiem. Znajduję okoliczności łagodzące. Ale to jednak wstyd. Kapitulacja. Teatr, który gra tylko w weekend bardzo rzadko się do czegokolwiek wtrąca. Nie zmienia świata. Nie pracuje nad świadomością widza. Nie wychowuje. Nie kształtuje zespołu. Odpuszczenie wtorku i środy a nawet, o zgrozo, czwartku to misyjny obciach i zdrada. Warszawski teatr środka walczy o wtorkowego i środowego widza, ma zawsze jakiś tytuł w czwartek, Janda w Polonii wywalczyła poniedziałki, gra w drugi dzień świąt, Sylwestera. Na scenach progresywnych odpuszczono przedpołudnia i popołudnia, nie wynajmują nawet za friko pustych scen dla offu, studentów, amatorów. Lepiej żeby stało puste niż na chwilę było czyjeś. Przyjdzie jakiś przypadkowy widz i będzie kłopot, bo a nuż wróci, zacznie zadawać pytania. Nie mam pretensji do scen progresywnych o ich narracje i repertuary, mam pretensje o to, że w reakcji na malejącą frekwencję, brak otwarcia na klasę średnią po prostu ograniczają eksploatację. Efekt domu kultury nie działa, niegranie spektakli codziennie nie oznacza, że w miejsce przedstawień wchodzą od razu działania edukacyjne. Nawet jak są w programie, to i tak zostaje w teatrze wiele wolnych przestrzeni i wiele pustych godzin. Dni. Ostrzegam, że to się kiedyś zemści na teatrach, które nie grają. Nie wierzę, że Warszawa wytrzyma i utrzyma model teatralny z ośmioma eksperymentalnymi scenami zaludnionymi ośmioma licznymi zespołami. Osiem instytucji bijących się o tego samego widza w te same weekendy. Nie napisałem w tym niedokończonym tekście, że zespoły, które nie grają, są łatwiejsze do rozpędzenia, redukcji, połączenia z innymi instytucjami. Nie napisałem, bo nie chciałem nikogo straszyć – przecież ratusz zawsze będzie sprzyjał jednemu środowisku, jednej idei, jednej strategii. Wszystkie sceny mieszczańskie zamienią się w przyszłości w sceny progresywne, te za mało progresywne po prostu się zamknie, jak postulowali uczestnicy debaty zorganizowanej swego czasu w Komunie Warszawa pod hasłem: „Po co tyle teatrów w Warszawie?”. Jak już wszyscy w stolicy nie będą grać w dni powszednie, progresywni aktorzy będą mieli więcej czasu na piękne istnienie w polskich serialach. Godne zarobki. Teatr będzie socialem i parkingiem. I pięknym progresywnym weekendem wypełnionym frazesami o zespole, równości, tożsamości.

O łączeniu stanowisk
Oprócz sprawdzania aktualnych zarobków krytyczki Katarzyny Niedurny media społecznościowe w zimowe miesiące skupiły się na procederze łączenia stanowisk. O tym także chciałem napisać, ale się wystraszyłem. Pole minowe! Achtung! Minen! Bo w końcu Andrzej Wyrobiec, dyrektor Teatru Bagatela, poszedł do ministerstwa na wiceministra i nie dość, że nie opuścił stanowiska dyrektora naczelnego w Krakowie (choć wziął bezpłatny urlop na czas pracy w ministerstwie), to jeszcze firmował jako wiceminister największą dotację celową dla Bagateli spośród wszystkich krakowskich podmiotów proszących  o pieniądze w ramach wiosennego rozdawnictwa. Gdyby Piotr Gliński rok temu awansował Michała Chorosińskiego na ministerialny stołek, a awansowany Chorosiński przyznałby wysoką, najwyższą w Łodzi dotację Teatrowi Jaracza na remont piwnic, byłaby awantura na wszystkie media. A tu cichutko, żadnej afery nie ma. Nie wzdęliśmy się godnościowo. Joanna Scheuring-Wielgus nie skrytykowała kolegi. My, ludzie teatru, siedzimy cicho, boimy się o granty, boimy się ewentualnej pamiętliwości nowej władzy. Bo poprzednia była pamiętliwa. A teraz nie wiadomo, jak będzie, może lepiej swoich nie krytykować. Już same porównania z minioną epoką są ryzykowne. Więc ani słowa nie napisałem. Nie zwróciłem uwagi, że minister Gliński miał przynajmniej takt – Chorosińskiego nie awansował, zgodził się wyłącznie na to, by jego dwutygodniową następczynią w fotelu ministra kultury i dziedzictwa narodowego była Dominika Chorosińska i ona trochę porozdawała. Można? Można! Minister Wyrobiec mógł zachować podobny umiar i dyskretnie najwięcej pieniędzy dać na przykład Krzysztofowi Maternie na spektakl w Teatrze Polskim w Szczecinie. Gdybym był odważnym krytykiem, wytknąłbym to nowej władzy. Ale nie jestem. Nie skomentuję tego faktu, nie nazwę go niefortunnym ze zwykłego zawodowego kunktatorstwa. Bo a nuż minister zadzwoni, zapyta, co słychać, coś zaproponuje, pochwali, pogada jak człowiek dawnej opozycji z człowiekiem dawnej opozycji. A poza tym bardzo dyrektora Wyrobca lubię.

Reasumując, moje stanowisko w sprawie łączenia stanowisk jest takie: pozwólmy łączyć stanowiska osobom miłym, sympatycznym i przystojnym. Minister Wyrobiec i jeszcze kilka osób łączących obecnie stanowiska należą do tej wcale nie tak wąskiej grupy, która łączyć stanowiska może, a nawet powinna ze względu na swoje cechy charakteru, maniery i powierzchowność.

Zawsze stałem na stanowisku, żeby mili ludzie mieli w życiu lepiej.

O znikaniu
Zniknął luty, tak jak teraz znika marzec. Przez ostatni miesiąc, a nawet dłużej przekonałem się na własnej skórze, że demonstracyjne niepisanie i niepublikowanie Kołonotatnika może być tak samo pełne emocji, jak oddawanie co tydzień kolejnego odcinka cyklu. Teksty nieopublikowane nie zawsze bywają tekstami nienapisanymi, a teksty nienapisane niekoniecznie nie zostały stworzone w ogóle. Może po prostu nigdy nie opuściły głowy autora, osiągając w niej idealną i naprawdę bezkompromisową formę repliki, komentarza, analizy. Może zaistniały tylko w formie mówionej albo przełożono je na jakąś inną formę aktywności duchowo-fizycznej. Piotr Cieplak posłużyłby się w tym miejscu metaforą pracy w ogródku, okopywania grządek, podlewania sadzonek, przycinania krzewów, ja mógłbym z kolei wyznać, że ostatnio zamiast pisać o pewnym bydgoskim przedstawieniu Cezarego Tomaszewskiego, porąbałem siekierą starą choinkę, ale niestety nie mam siekiery w domu, a kiedy już wybrałem się na balkon z piłą do drewna i w robociarskich rękawicach, okazało się, że świąteczne drzewko w jakiś tajemniczy sposób zniknęło nie tylko z balkonu, ale i z całej posesji. Niczego nie porąbałem i nic nie napisałem. Złość przeszła mi sama, rozmyła się w pustce nicnierobienia. Brak zamiast dzieła, zniknięcie w miejsce aktywności – tak niepostrzeżenie w naszą prywatną i zawodową rzeczywistość wkrada się nieistnienie. Polecam każdemu okresowe treningi z nieistnienia. To mentalne przygotowanie się na definitywne zniknięcie.

Oto pewnego dnia na skutek okoliczności wewnętrznych przestajemy pracować i patrzymy, co się stanie. Przez jakiś czas oczywiście nic się nie dzieje. Świat teatralny dalej trwa, premiery nadal się odbywają, aktorzy palą papierosy na podwórkach, Redbad Klynstra wciąż dyrektoruje, jakby jego procedura odwoławcza miała pobić rekord procedury odwoławczej Krzysztofa Głuchowskiego, teatralne kasy wydają widzom bilety, szatniarze odbierają okrycia wierzchnie, ukazują się partackie recenzje różnych moich byłych znajomych z prawicy i lewicy, Katarzyna Szyngiera bez mojej polemicznej pomocy i jawnej zachęty udziela kolejnych wzniosłych wywiadów na temat jej przyszłej dyrekcji w Teatrze Wybrzeże. Coś ważnego stało się bez nas? Oczywiście, że nie. Ani nie uratowaliśmy Szyngiery ani jej szans na Wybrzeże nie pogrzebaliśmy. Nic w nas przełożyło się na nic wokół. Więc moje nic przygląda się w tym nic na zewnątrz bardzo intensywnie – jakbym patrzył na ulicę przez okno, w lustro, w którym ciekawsza od widoku własnej twarzy jest kompozycja detali odbitych za plecami patrzącego. To solowe zawieszenie, auto-zniknięcie, inner-canceling rozrasta się w końcu niemożebnie, tym mocniej i szybciej rośnie, im bardziej okazuje się, że świat radzi sobie bez nas doskonale. Sęk w tym, żeby nie przyzwyczaić się zbytnio do nieistnienia.

Znikanie solidarnościowe
Znikanie niekoniecznie jest wymazywaniem. I na pewno nie jest śmiercią cywilną. Znika się z teatru z różnych powodów, ale znika. Na dobre. Na złe. Na jakiś czas. Na własne życzenie. Znikanie, o którym myślę, nie jest odejściem z zawodu. Jest jakby przerwą w dostawie prądu. Zniknęła Monika Strzępka. Zniknęła Agata Adamiecka-Sitek. Zniknął Grzegorz Jarzyna. Zniknął Zbigniew Brzoza. Jeszcze wcześniej Paweł Demirski rozwiał się jak sen jaki złoty... Zniknął z TVP i E-teatru Jakub Moroz, zniknęli poza teatralne centrum Radek Rychcik i Krzysztof Garbaczewski, duchowi patroni mojej drugiej ekstatycznej młodości. Za plecami Luca Percevala zniknął Roman Pawłowski. Zniknął Paweł Kamza. Tylko ja jeszcze pamiętam, że była taka reżyserka Agnieszka Olsten i krytyczka Joanna Derkaczew. Odejście z Teatru Polskiego w Bydgoszczy i uwikłanie w absurdalny projekt pod nazwą Biennale Warszawa były preludium znikania Pawła Wodzińskiego i Bartosza Frąckowiaka, bez których w pewnym momencie nie wyobrażałem sobie polskiego życia teatralnego. Zniknął mi Ivo Vedral, zniknął Andrzej Majczak, zniknęła Monika Pęcikiewicz i Grażyna Kania. Wyparował z Polski Wojtek Klemm. W jakiejś fazie przeźroczystości jest już Paweł Świątek. Dodajmy do tego fantomową obecność reżyserską Natalii Korczakowskiej, dyrektorki artystycznej Teatru Studio. Zmęczona i rozczarowana teatrem jest Iwona Kempa. Krzysztof Warlikowski ma wprawdzie za miesiąc premierę w Nowym Teatrze, ale trudno ukryć, że właściwie go duchowo nie ma ani tu ani teraz, zniknął gdzieś na Sycylii, nowhere Warlika nazywa się chyba Palermo.

Znikanie to rozpaczliwa forma przetrwania w pułapce, jaką staje się dla artysty lub krytyka polski teatr. Zniknięcie dopełnia znikanie.

Kiedy mnie nie było, dużo myślałem o artystach, którzy odeszli od nas w ostatnim czasie, ale jeszcze więcej o tych znikających po trochu. Kiedy znika prawie całe twoje pokolenie, kiedy wypisują się z teatru ludzie, którym kibicowałeś, z którymi się kłóciłeś, którzy cię wkurzali i oświecali, jedyne co można zrobić, to uprawiać znikanie solidarnościowe. Empatię nieobecności z pomocą własnej niewidzialności. Znikanie solidarnościowe nie jest wsparciem dla kapitulacji zawodowej i misyjnej twórcy, przeciwnie – staje się niezgodą na ich samowypisanie się z systemu. Obciąża się innych (znikających we własnym imieniu) odpowiedzialnością za swoje również postępujące znikanie.

Niestety. Bo teatr jest jednak po to, żeby w nim trwać. Dedykuję to zdanie Monice Strzępce. Nieustająco tęsknię i czekam na triumfalny powrót. Gdziekolwiek by się on nie dokonał. I jakikolwiek by nie był. Zaprzeczeniem lub nie-zaprzeczeniem tego, co było.

Może dzięki komuś naprawdę odważnemu i empatycznemu Strzępka sobie wkrótce/kiedyś od-zniknie.

22-03-2024

Komentarze w tym artykule są wyłączone