AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

A tymczasem w Londynie…

Reżyser teatralny, historyk i teoretyk teatru. Profesor na Uniwersytecie Wrocławskim i w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie, absolwent Politechniki Wrocławskiej (1979) oraz Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST (1986). Publikuje m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”.
A A A
"One Man, Two Guvnors", materiały organizatora  

National Theatre, pod wpływem sugestii brytyjskiego rządu, w czasie pandemii co tydzień udostępnia za darmo jeden wybitny spektakl zrealizowany ostatnio w Londynie. Na początek, od 2 do 9 kwietnia, można było pękać ze śmiechu, podziwiając talent komiczny Jamesa Cordena, brytyjskiego aktora i piosenkarza, robiącego zawrotną karierę w amerykańskiej telewizji. Corden, pełen zwariowanych pomysłów, ożywił nocne talk-show w Ameryce. Wielkim przebojem stał się cykl Carpool Karaoke. Corden jeździ vanem po Los Angeles i zaprasza do środka wielkie gwiazdy współczesnej piosenki. W tych niezwykłych okolicznościach wspólnie śpiewają sławne przeboje i Brytyjczyk wcale nie ustępuje talentem czy głosem swoim wybitnym gościom. Odcinek z Adele w ciągu pierwszych pięciu dni obejrzało aż 42 miliony widzów…

W National Theatre James Corden zagrał współczesne wcielenie „sługi dwóch panów”, legendarnej postaci z komedii dell’arte, bohatera nieśmiertelnej komedii Carlo Goldoniego z roku 1746. Postać ta od siedmiu dekad króluje na scenie mediolańskiego Piccolo Teatro za sprawą brawurowej inscenizacji Giorgio Strehlera z plejadą wielkich aktorów komedii dell’arte w roli tytułowego sługi, nazwanego przez Strehlera Arlekinem. Genialny Ferruccio Soleri został nawet wpisany do księgi Guinnessa za najdłużej wykonywaną rolę w teatrze. Grał Arlekina przez 50 lat. Spektakl Strehlera z Solerim dostępny jest pod adresem: https://www.youtube.com/watch?v=zC0a24NJIgY.

James Corden miał się więc z kim mierzyć. Poradził sobie całkiem nieźle. Na współczesny język angielski przerobił Goldoniego brytyjski dramaturg Richard Bean. Premiera komedii One Man, Two Guvnors odbyła się w Teatrze Lytelltona z widownią mogącą pomieścić 890 osób. Po londyńskim sukcesie w maju 2011 przedstawienie odbyło tournee po Anglii, po czym przez trzy lata było grane w Adelphi Theatre na londyńskim West Endzie. W kwietniu 2012 roku Corden podbił Broadway. Za rolę w One Man, Two Guvnors Amerykanie przyznali mu prestiżową nagrodę Tony, teatralnego Oscara.

Spektakl wyreżyserował Sir Nicholas Robert Hytner, ówczesny dyrektor artystyczny National Theatre. Drugi reżyser, Irlandczyk Cal McCrystal, odpowiedzialny był za ruch sceniczny. Corden zachwyca sprawnością fizyczną. Jego krótkie etiudy solowe nie ustępują mistrzowskim akrobacjom Ferruccio Soleriego. Znakomicie nawiązuje kontakt z publicznością.

Bohater komedii Richarda Beana to bezrobotny muzyk folkowy z nadwagą. Wciąż jest głodny. Wynajmuje się więc dwóm panom, gangsterowi i głupkowi z wyższych sfer. Uwikłany w zawiłe intrygi nie ma czasu, by coś przekąsić. Zdesperowany błaga widzów o sandwicza. Kiedy jednak ktoś z pierwszych rzędów chce się z nim naprawdę podzielić kanapką, aktor robi publiczności wymówki, że ingerują w przedstawienie, bo teraz on, wybity z roli, nie wie co ma powiedzieć. Zaprasza także na scenę kobietę z widowni, żeby ją oblać zupą. Wszystko dzieje się w tak zawrotnym tempie, że nie sposób rozstrzygnąć, kto na widowni jest aktorem, a kto tylko widzem.

Żeby tylko aktorzy tak bardzo nie krzyczeli. Duża widownia zapewne prowokuje do głośnego mówienia, a wartka akcja komedii rozpala aktorów. Najwybitniejsi artyści potrafią jednak poskromić energię. Przykładem Wieczór Trzech Króli Szekspira z rewelacyjną Tamsin Greig w roli Malvolia, groźnego, acz naiwnego purytanina, udostępniony przez National Theatre w ostatni tydzień kwietnia. Greig nie gra mężczyzny, ale kobietę ślepo zakochaną w swej pani, Olivii, i dlatego podatną na manipulacje. Żarty Sir Toby’ego i jego wesołych przyjaciół dewastują „Malvolię”. W finale przedstawienia Tamsin Greig, obdarzona wielkim talentem komicznym, potrafiła nadać tragiczny wymiar swej postaci i ukazać wstrząsający portret kobiety tracącej tożsamość.

W elżbietańskiej Anglii Wieczór Trzech Króli wieńczył bożonarodzeniowe celebracje wygłupami i wariackimi przebierankami. Szekspir zainspirowany szczególną naturą tego święta zdestabilizował tożsamości bohaterów komedii. Olivia kocha Violę, myśląc że to chłopiec, a Viola, przebrana za swego brata, flirtuje z księciem Orsino. Simon Godwin, reżyser inscenizacji w National Theatre, poszedł dalej. Obsadził aktorkę także w roli błazna Feste. Genderowe gry nie tylko zwiększyły komizm przedstawienia, ale też ujawniły tragizm wielu scen. Znęcanie się kobiety w roli błazna nad kobietą w roli Malvolia nabrało szczególnego okrucieństwa.

Na początku maja można było z kolei podziwiać Frankensteina z Benedictem Cumberbatchem i Johnym Lee Millerem. Danny Boyle – reżyser takich głośnych filmów jak Trainspotting, The Beach czy Slumbdog. Milioner z ulicy – przygotował niezwykle spektakularną i błyskotliwą inscenizację. Obu aktorów obsadził w podwójnych rolach, Wiktora Frankensteina i jego tworu. Cumberbatch jako potwór dał istny popis cielesnych transformacji i akrobacji. Brawurowa scena jego narodzin, otwierająca spektakl, przejdzie zapewne do historii teatru. Cumberbatch nie przemienia się w pełnego człowieka, do końca przedstawienia pozostaje żywym trupem, nieszczęsnym produktem obłąkanej nauki i tragicznym symbolem ludzkiej pychy.

Jeszcze większe wrażenie robił Cumberbatch w roli oszalałego naukowca. Wstrząsająco i wiarygodnie sportretował powikłaną psychikę Wiktora Frankensteina. Nie krzyczał, jak czynił to Miller w pierwszej wersji przedstawienia, ale zadziwiająco logicznie i przekonująco używał argumentów, był w tym porażająco wręcz „ludzki” i prowokował do zadawania fundamentalnych pytań o przyszłość nauki, dzisiaj być może nawet bardziej aktualnych niż sto lat temu, kiedy to młodziutka Mary Shelley wymyślała ten horror, sprowokowana przez Lorda Byrona i swego męża, Percyego Shelleya, w burzową noc nad Jeziorem Genewskim. We współczesnych laboratoriach roi się od Wiktorów Frankensteinów. Sztuczna Inteligencja już wkrótce może zagrozić człowiekowi całkiem realnie.

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie nowa sztuka Jamesa Grahama This House, wielki przebój kasowy roku 2013. Młody dramaturg dotarł do serca brytyjskiego parlamentu, biur whipów. Tam tworzy się wielka polityka. Whipper-in to, wedle Oxford English Dictionary, „naganiacz”, podczas polowania zagania batem psy (od słowa whip, „bat”, „pejcz”). Zmowa milczenia, niczym mafijna omerta, otacza działalność whipów w parlamencie. Graham z młodzieńczą energią i tupetem przedarł się do tych dyskretnych polityków i uzyskał rzadki wgląd w prace Izby Gmin (House of Commons).

This House to artystyczna rekonstrukcja politycznego zamętu, który w pod koniec lat siedemdziesiątych doprowadził do przejęcia rządów w Wielkiej Brytanii przez Margaret Thatcher i konserwatystów. Sztuka jest niezwykle wartko napisana. Przez dwie i pół godziny śledzimy desperacką walkę labourzystów o zachowanie wątłej przewagi w głosowaniach. Obie główne partie nie stronią od mało etycznych manipulacji i chytrych podstępów. Liczy się tylko wygrana. Nikt w ogóle nie dyskutuje treści ustaw wnoszonych pod obrady. Żaden polityk nie próbuje nawet udawać, że troszczy się o przyszłość Wielkiej Brytanii czy losy Brytyjczyków. Osoba wierna wyborczym obietnicom traktowana jest jak dokuczliwy pryszcz na ciele parlamentu.

Biura whipów toczą ze sobą istną wojnę. „Nie stworzono nas do współpracy” – wyznaje whip konserwatywny swemu odpowiednikowi z Partii Pracy. W przewrotnym finale labourzyści przegrywają jednym głosem, bo ich whip, wbrew niepisanej tradycji, zachowuje się szlachetnie. Nie wzywa na głosowanie ciężko chorego i umierającego członka parlamentu.

Podobno najwięksi politycy wymykali się z Pałacu Westminster, siedziby Izby Gmin, żeby zobaczyć This House w Teatrze Garricka na West Endzie. Zdrady, brudne chwyty i zakulisowe machinacje w celu uzyskania chwilowej korzyści politycznej ukazane zostały w sztuce jako procedury nieodłączne od demokracji parlamentarnej. James Graham dowodził jednak, że zakres stosowania nieetycznych procedur zależy zaskakująco często od osobowości i klasy poszczególnych członków parlamentu, co widać boleśnie na przykładzie życia politycznego w dzisiejszej Polsce.

Najbardziej ze wszystkich streamingów udostępnianych przez National Theatre zachwycił mnie jednak Coriolanus, wyprodukowany w roku 2013 na przeciwległym brzegu Tamizy, w stosunkowo niewielkim teatrze Donmar Warehouse. Rolę tytułową zagrał Tom Hiddleston, pamiętny Loki w megaprodukcjach Mervela z cyklu Thor i Avaengers oraz były żołnierz brytyjskich sił specjalnych w świetnym miniserialu Nocny recepcjonista. Hiddleston to jednak przede wszystkim wybitny aktor teatralny, znakomicie wykształcony. Kiedy miał 13 lat został przyjęty do prestiżowego Eton College, potem w Cambridge studiował języki starożytne, dziś swobodnie czyta po starogrecku i łacinie, a aktorstwa uczył się w jednej z najlepszych szkół teatralnych na świecie, Royal Academy of Dramatic Art w Londynie.

Najnowsze, wielotomowe i pod wieloma względami przełomowe wydanie dzieł wszystkich Szekspira z obszernymi komentarzami, The New Oxford Shakespeare (2016), uznaje kreację Hiddlestona w Koriolanie za już klasyczną! To rzeczywiście wspaniały przykład inteligentnej i odważnej sztuki aktorskiej na najwyższym poziomie. Pierwsze dwadzieścia minut zapiera dech.

Jest rok 493 przed Chrystusem. Rzymianie obalili niedawno ostatniego króla. W bólach rodzi się Republika. Zubożała większość, już wkrótce nazwana plebsem, zarzuca patrycjuszom, zamożnym „ojcom”, przetrzymywanie zboża w spichlerzach i windowanie cen żywności. W Rzymie dochodzi do zamieszek. Prości ludzie obwiniają o wszelkie zło Gnejusza Marcjusza: jest dzielnym żołnierzem, ale nie lubi ludu!

Ulice zapełniają się agresywnymi rebeliantami. Każdy krzyczy. Hiddleston jako Marcjusz z impetem wkracza w rozgorączkowany tłum i bezpardonowo rozpycha ludzi na boki. Jego arogancja zdaje się potwierdzać wszystkie zarzuty. Informuje zebranych, że senat powołał nowy urząd – trybunów, którzy odtąd będą reprezentować interesy ubogich Rzymian i mieć realny udział w rządzeniu państwem. Wybucha radość. Marcjusz nie ma jednak czasu na dłuższą rozmowę, bo właśnie Wolskowie najechali na Rzym. Trzeba bronić ojczyzny. Natychmiast rusza do walki. Tymczasem dwaj nowi trybuni, Brutus i Sicinia, inicjują misterną intrygę, która już wkrótce doprowadzi do skazania bohaterskiego Gnejusza Marcjusza na banicję za… zdradę Rzymu.

Akcja przenosi się pod mury Corioli, miasta Wolsków. Marcjusz po raz kolejny demonstruje męstwo graniczące z brawurą, na co prości żołnierze reagują tylko drwiną i wybuchami śmiechu. Nikt nie rusza do walki za swoim dzielnym wodzem, każdy wycofuje się bezpiecznie do okopów. Osamotniony Marcjusz nie ginie jednak, ale zdobywa Coriolę i omal nie zabija wodza Wolsków. W uznaniu bohaterskich dokonań konsul Comunius nadaje mu przydomek Koriolan. Zwycięskie legiony wracają do Rzymu, gdzie Gnejusz Marcjusz Koriolan ma być mianowany konsulem. Wszystko to wydarza się podczas pierwszych dwudziestu minut przedstawienia.

Reżyserka Josie Rourke i scenografka Lucy Osborne przygotowały dla Hiddlestona nie lada wyzwania. Aktor musi się wspinać dwukrotnie po długiej drabinie na mury Corioli. Za drugim razem robi to przodem do widowni, potem znika w górnych kulisach, czołga się kanałem elektryków i szybko spuszcza na dół sceny, gdzie zostaje przechwycony przez charakteryzatorów, którzy błyskawicznie nakładają na niego spektakularny make-up i poplamiony kostium. Już po chwili aktor wyłania się z dymów cały zakrwawiony i ranny. To nie koniec. Po krótkim dialogu z Comuniusem Hiddleston bierze lodowaty prysznic. Może wtedy ukazać tułów pokryty licznymi bliznami, arcydzieło sztuki charakteryzatorskiej, i autentycznie syczeć z bólu.  

Szekspir podczas pisania sztuki korzystał z Żywota Koriolana, ułożonego przez Plutarcha na przełomie I i II wieku n.e. Wiele wątków jednak zmienił i genialnie rozwinął. U Plutarcha Marcjusz po zdobyciu Corioli prosi konsula Comuniusa o przysługę, uwolnienie pojmanego Wolska, który wcześniej okazał Rzymianinowi przyjaźń i gościnę. Szekspir dodał drobny element: Marcjusz nie potrafi sobie przypomnieć imienia swojego przyjaciela. To celny przyczynek do portretu rzymskiego patrycjusza, oskarżanego o pogardzanie ludem.

U Plutarcha pojawia się też sugestia, że Marcjusz popisuje się swoim bohaterstwem przed matką Wolumnią i nie dba o Rzym. Postać matki jest jednak w Żywocie marginalna. Szekspir tworzy z Wolumni kluczową osobę dramatu. Choleryczny młodzieniec jest tworem matki, wychowującej go samotnie po bohaterskiej, jak się można domyślać, śmierci ojca. Wolumnia projektuje na syna wszystkie swoje ambicje i tęsknoty, a także mało uświadamiane wady. W londyńskim spektaklu tę niezwykłą rolę zagrała znakomita Deborah Findlay. Podobno wspólnie z reżyserką i Hiddlestonem aktorka odbyła serię spotkań ze specjalistami od toksycznych relacji. Efekt artystyczny tych studiów poraża. Szczególnie w finale.

Koriolan, skazany przez trybunów na wygnanie, sprzymierza się z dawnymi wrogami, Wolskami, i rusza z nimi na Rzym. W nocy przed ostatecznym spaleniem Wiecznego Miasta Wolumnia odwiedza Koriolana i przekonuje go do poniechania ataku. Ocali ojczyznę, ale syna skaże na śmierć. Wolskowie obwołują go zdrajcą i natychmiast przeprowadzają egzekucję. Genialna Deborah Findlay stworzyła skomplikowaną postać toksycznej matki, wielkiej patriotki, mocnej kobiety.

Hiddleston nadał antypatycznemu Koriolanowi cechy głęboko ludzkie, a tym samym mocno skomplikował główny temat tragedii Szekspira: rolę wielkich osobowości w życiu społecznym. Reżyserka Josie Rourke wyostrzyła też i zarazem zrelatywizowała konflikt Koriolana z ludem. W rolach dwóch głównych trybunów obsadziła mężczyznę i kobietę. Elliot Levey zagrał oślizłego Brutusa, a Sicinia w kreacji Helen Schlesinger stał się zimną i przerażająco okrutną kobietą.
 
Brytyjski teatr ma się świetnie. Wszystkie przedstawienia udostępniane przez National Theatre wyróżniają się znakomitym aktorstwem i błyskotliwą inscenizacją. Żaden z reżyserów, często sławnych i nagradzanych, nie stara się zdominować spektaklu własnymi pomysłami czy teoriami. Nadrzędną wartością we wszystkich tych widowiskach, często porywających, jest czytelna opowieść i wiarygodny portret postaci scenicznej. Są to zarazem spektakle niezwykle atrakcyjne muzycznie i wizualnie, oferują bardzo dobrą rozrywkę. Między aktami komedii One Man, Two Guvnors gra na żywo grupa skifflowa. W This House występuje z kolei zespół rockowy. W Koriolanie muzyka jest wprawdzie puszczana z offu, ale rewelacyjnie dynamizuje akcję. Z kolei Frankenstein zachwyca grą świateł i wspaniałymi obrazami scenicznymi.

Warto zaglądać na stronę National Theatre. W zapowiedziach kolejne spektakle.

17-06-2020

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: