AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Fatigue

Eldorada, Marius von Mayenburg, Agencja Dramatu i Teatru ADiT
Doktor nauk humanistycznych, krytyk teatralny, członek redakcji portalu „Teatralny.pl”. Pisze dla „Teatru”, kwartalnika „nietak!t”, internetowego czasopisma „Performer” i „Dialogu”. Współautor e-booka Offologia dla opornych. Współorganizuje Festiwal Niezależnej Kultury Białoruskiej we Wrocławiu.
A A A
 

Czytam Eldorada Mariusa von Mayenburga i raz za razem nawiedzają mnie obrazy amerykańskiego surrealisty Johna Brosio. Wiele z nich mogłoby się znaleźć w tym opasłym, wydanym przez Agencję Dramatu i Teatru, tomie. Z pewnością stanowiłyby świetny dodatek do sztuk niemieckiego dramaturga. Zwłaszcza Fatigue (z całym szacunkiem dla umieszczonej na froncie okładki reprodukcji pracy Krzysztofa Oraczeswkiego) wydaje mi się niemalże idealną oprawą graficzną dla tego zbioru. Mężczyzna w garniturze z neseserem w ręku stoi odwrócony do nas plecami, spoglądając na jednorodzinny dom z obszernym garażem. Byłaby to banalna scenka obyczajowa, gdyby jednego z głównych symboli american dream nie atakowała gigantyczna ośmiornica i, rozmieściwszy się na dachu, nie zapuszczała bezceremonialne wszędzie swoich ohydnych, śliskich macek, powoli owijając nimi cały budynek. Postać stoi nieruchomo i nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jakie emocje nią targają. Domyślamy się jednakowoż, że przybysz z morskich głębin służy Brosio jedynie za sugestywną alegorię stanu psychicznego bohatera, za widmo tego wszystkiego, co ten starannie wypiera ze świadomości.

Tymczasem gdzieś za horyzontem zachodzi słońce. Bezimienny mężczyzna najprawdopodobniej wrócił z pracy. Albo, jak Anton w otwierającej tom sztuce, której książka zawdzięcza swoją nazwę, jedynie udaje, że z niej wrócił, spędziwszy czas w hotelu lub w samochodzie, gdzieś na odległym parkingu. Przyznanie się bowiem do tego, że został wyrzucony przez pracodawcę na zbity pysk, wydaje się czymś równie niewyobrażalnym, co rozpościerający się przed nim widok. Zwłaszcza teraz, gdy wreszcie założył wymarzone gniazdo rodzinne, kiedy w owym gnieździe ma się pojawić „pisklę”.

W tymże Eldorado jest piękny i przejmujący fragment, opisujący powyższą sytuację, tylko że z punktu widzenia wyglądającej zza zasłony przez okno żony: „Stałeś na jezdni za samochodem i patrzyłeś na nasz dom, jedna ręka na dachu samochodu, wzrok otumaniony, pusty, jakbyś czekał na jakiś głos w twojej głowie, który kazałby ci tam wejść, do domu, jakbyś nie był pewien, czy to twój dom, jakbyś wrócił w swoje strony po piętnastu latach wygnania. Chciałam zawołać, ale nagle przestraszyłam się, że to już nie będziesz ty, kiedy wyrwę cię z zamyślenia i pomacham do ciebie. Przez chwilę stał tam obcy człowiek”.

Fatigue na polski tłumaczyć należy jako „zmęczenie” albo „znużenie” i owego zmęczenia, i znużenia w Eldoradach jest pełno. Zgniatają one w swoich mackach poszczególne osoby z równą łatwością, co całą naszą zachodnią cywilizację. Jak stwierdza w błyskotliwym eseju Społeczeństwo zmęczenia filozof Byung-Chul Han, każda epoka ma swój zestaw gnębiących ją chorób, w naszym zaś przypadku są nimi „depresja, ADHD, zaburzenie osobowości typu borderline, a przede wszystkim syndrom wypalenia”. Potwierdzając to rozpoznanie, ekscentryczny artysta Haulupa ze Sztuki plastiku beztrosko zauważy, że doświadczenie stanu wypalenia „jest na topie”.

Marius von Mayenburg jest twórcą znanym i docenianym, z obszernym dorobkiem, który przełożono na dziesiątki języków. Od ponad dwudziestu lat zajmuje stanowisko dramaturga w berlińskim Schaubühne am Lehniner Platz, gdzie nieraz prapremierowo wystawiał własne sztuki. Niemniej jednak dotychczas myślałem o nim przede wszystkim jako autorze wspaniałych Męczenników, wystawionych w Polsce między innymi przez Annę Augustynowicz i Grzegorza Jarzynę. Dla wielkiego ekranu, w postaci filmu Uczeń, z powodzeniem zaadaptował ich słynny rosyjski reżyser Kiriłł Sieriebriennikow. Popularność tego dzieła wydaje mi się dość oczywista. Męczennicy, błyskotliwe studium religijnego fanatyzmu, obnażali zadziwiającą bezradność współczesnego konformistycznego społeczeństwa wobec nieletniego manipulatora, sprytnie posługującego się autorytetem Pisma Świętego. Zachwycali swoją precyzyjną konstrukcją dramaturgiczną. Krótkie, zwięzłe, naładowane napięciami sceny wynikały z siebie i wyśmienicie nawzajem się uzupełniały, stopniowo pogłębiając psychologię postaci, ujawniając niejednoznaczność ich motywacji, mocne i słabe strony przywoływanych argumentów. Tyle samo co słowa, liczyły się tu działania, wraz z finałowym desperackim performansem niezgody.

W Eldoradach poznamy nieco innego Mariusa von Mayenburga. W ten sposób ADiT wypełnia lukę w dotychczasowych, należy powiedzieć dość nielicznych (kilka rzeczy w „Dialogu” oraz jedna w zbiorze Współczesne sztuki uznanych autorów niemieckich. Zbliżenia), polskich publikacjach niemieckiego dramaturga. Innego, czyli jakiego? Otóż takiego, który z łatwością przekracza wszelkie ramy gatunkowe, pokpiwa wręcz z nich, nie stroniąc zarówno od farsy, jak też od tonów wzniosłych. Mayenburg chętnie sięga po cały wachlarz zabiegów metateatralnych, a raczej ubiera te ostatnie w jeszcze jeden nawias, żeby z nieskrywaną ironią przyjrzeć się oklepanym sposobom na zniesienie „czwartej ściany”. Wystarczy wspomnieć bohaterów Konsternacji, którzy proszą, żeby im wytłumaczyć: „dlaczego w środku sceny demontują scenografię?”. Odpowiedź, że to „klasyczny trik reżyserski” i „takie rzeczy dzieją się w co drugiej inscenizacji”, niezbyt ich uspokaja, ponieważ zaczynają podejrzewać, że w ich akurat przypadku od samego początku nie było żadnego reżysera.

Konsternacja jest też przykładem zamiłowania Mayenburga do groteski i absurdu. Salon w domu jednorodzinnym staje się tu przestrzenią szalonej zabawy z ciągle zmieniającymi się, nigdy do końca niesprecyzowanymi zasadami. Mieszając porządki symboliczne, zacierając granice między rzeczywistością i fikcją, autor wyśmiewa trwałość wszelkich „gorsetów”: małżeńskich, społecznych, politycznych, jak też popularne przepisy na ich zrzucenie. Każda transgresja bohaterów jest jedynie ułudą, bo „od niczego się nie uwolnili, niczego nie przekroczyli, tylko poszli wydeptaną mieszczańską ścieżką modelowego zrzucania gorsetu”.

Eksperymentom autora z formą daleko jednak do postdramatycznego radykalizmu. Głównym polem konfliktów pozostaje dlań rodzina, głównym zaś obiektem dramaturgicznej wiwisekcji - klasa średnia w swym permanentnym kryzysie wieku równie średniego. Jest bezlitosny w piętnowaniu jej dwulicowości, narcyzmu, nieczystego sumienia, chorych ambicji opłacanych nieustannym wyzyskiem, konsumpcjonizmu i burżuazyjnej dekadencji. Znakomicie mu to wychodzi w Sztuce plastiku, historii małżeństwa Michaela i Ulriki, które z powodu zmęczenia i wypalenia (a jakże!) zatrudnia nianię dla swego ukrywającego skłonności transseksualne syna Vincenta. Poprzednia opiekunka, Danuta, „niestety [...] pochodziła z Polski” (to nie jedyny polski trop w Eldoradach), mówiła więc po niemiecku z akcentem, a ta przykra wada mogła, broń boże, przenieść się na jej wychowanka. Zastępująca ją Jessica to niemalże gombrowiczowska Iwona, postać-lustro, a raczej krzywe zwierciadło, uwypuklające hipokryzję uprawianego przez zamożną parę kultu zrytualizowanej poprawności politycznej, niezgrabnie maskującego jej kompletne zagubienie światopoglądowe.

To, że pokłady przemocy - nie tylko tej symbolicznej - drzemią, jeżeli nie w każdym, to z pewnością w wielu z nas, czekając jedynie na dogodną chwilę, aby się móc ujawnić, najwyraźniej widać w monumentalnym, liczącym prawie dwieście stron Turyście. Zapętlona opowieść raz za razem prowadzi do tragicznego finału - śmierci małego Oliego. Przy czym w każdej kolejnej, wprowadzającej nowe wątki i szczegóły, wersji wydarzeń, ktoś inny dokonuje bestialskiego aktu mordu na niewinnym dziecku. Jak się okazuje, każdy miałby ku temu własne powody albo inaczej – dla każdego istnieje pewien zbieg okoliczności, który popchnie go ku ostateczności. Stąd powolne zanurzanie się w wypoczynkową anty-idyllę zamieszkujących pole campingowe rodzin -każda z nich, zgodnie ze słynnym rozpoznaniem Tołstoja, jest nieszczęśliwa na swój własny sposób - przypomina oprowadzenie po przemyślnie skonstruowanym Czyśćcu lub nawet Piekle, gdzie na każdego czeka spersonalizowana forma tortur.

Przekonać się, że mikrokosmos rodzinny jest dla Mayenburga obiciem makrokosmosu społecznego albo na odwrót - ten drugi jest jedynie przedłużeniem tego pierwszego, mamy szansę w Bumie. Jeszcze jedna rodzinna historia z najbardziej jednak oczywistym i aktualnym przesłaniem politycznym. Bum to wymowne nazwisko głównej postaci i spoufalonego z publicznością narratora. Jest nim niezwykłe dziecko (jego niezwykłość czasami przypomina tą znaną z serii filmów Omen), które przyszło na świat, aby „zbawić go od nudy”. Nic i nikt, jak zakłada, nie ma prawa go na tej drodze zatrzymać. Już w łonie matki, nie zamierzając nikomu ustąpić pierwszeństwa, udusi własną siostrę, a niedoceniającemu jego talentu muzycznego nauczycielowi gry na skrzypcach wybije oko. Bum to archetyp populisty i silnego przywódcy, głos przepełnionych „palącą nienawiścią do wszystkiego, czego nie rozumieją”, ktoś, kto „wreszcie powie im jasno i wyraźnie, kto ponosi winę za ich niepowodzenia”. Bum – wreszcie – to przykra diagnoza dla współczesnej demokracji liberalnej, nieumiejącej się przeciwstawić pozbawionym skrupułów, bezceremonialnie sięgającym po władzę politykom, którym wygraną zapewniają coraz liczniejsi zwolennicy prostych rozwiązań dla trudnych problemów.

Podsumowując, tom pełen zmęczenia i znużenia sam raczej nie męczy i nie nuży, w czym niemała zasługa świetnego przekładu Karoliny Bikont oraz obszernego i wnikliwego wstępu autorstwa Artura Pełki. Napawa jednakże smutkiem i niepokojem. Mayenburg kreśli wyjątkowo mroczną wizję teraźniejszości brzemienną w jeszcze mroczniejszą, wręcz apokaliptyczną wizję przyszłości. Jego światy zamieszkują bohaterowie, w życiu których zagnieździł się „czarny grzyb” i „zdążył zarazić już wszystko, obojętnie, gdzie spojrzeć, czego się dotknąć”. Jedynie Sonja i Dani, nastoletnia para z Turysty, poczuwszy w finale, że „tu coś jest niedobrego”, postanawia odejść. Przekroczyć uwierające ich młodość i niewinność granice sztuki. Ale czy im się to uda? Czy za dekadę lub dwie nie wrócą tu z własną zgrają dzieci? Sfrustrowani, wypaleni, rozczarowani i zmęczeni...

Johna Brosio fascynują tornada. Ogromne trąby powietrzne, które nadciągają niczym fatum, żeby za chwilę połknąć i przeżuć jakże swojską codzienność. W tej serii jego dość naturalistycznych obrazów niedorzecznym wydaje się zachowanie ludzi, niezamierzających przejmować się niszczycielską potęgą żywiołu. Beztrosko popijających piwo, przyglądających się bawiącemu się w nadmuchanym basenie dziecku. Podobni są do bohaterów Eldorad. Nawet w traktującym o zbliżającej się katastrofie Marsie, zamiast ocknąć się, ukazują swe najgorsze strony, rozpaczliwe próbując dołączyć do garstki wybrańców, mających znaleźć schronienie na innej planecie. Czy istoty, które „zabijają z przyjemnością, zabijają z rozkoszą”, zasługują jednak na drugą szansę? Czy my będziemy na nią zasługiwać? Z tymi trudnymi i ważnymi, pytaniami pozostawia nas Mayenburg. Takie złoto, ciężkie i połyskujące beznadzieją, mają do zaoferowania jego Eldorada.

10-05-2023

Marius von Mayenburg, Eldorada, tłumaczenie Karolina Bikont, Agencja Dramatu i Teatru ADiT, Warszawa 2022, s. 618.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (5)
  • Użytkownik niezalogowany seoo
    seoo 2024-05-22   14:45:54
    Cytuj

    I can see that you are an expert at your field! I am launching a website soon, and your information will be very useful for me.. Thanks for all your help and wishing you all the success in your business.You are truly well informed and very intelligent. You wrote something that people could understand and made the subject intriguing for everyone. Really, great blog you have got here.Nice knowledge gaining article. This post is really the best on this valuable topic.This is my first time visit here. From the tons of comments on your articles,I guess I am not only one having all the enjoyment right here! https://www.twitch.tv/debhoradebby/about

  • Użytkownik niezalogowany SAFETOTO
    SAFETOTO 2024-03-25   10:06:38
    Cytuj

    It's a game. Five dollars is free. Try it It's not an easy game ->-> 토토사이트.COM

  • Użytkownik niezalogowany seoo
    seoo 2024-03-13   11:42:57
    Cytuj

    Caldwells' price really is the best considering the quality of the materials they use for their products. https://caldwells.com/contact-us's the link to know more about them.

  • Użytkownik niezalogowany SAFETOTO
    SAFETOTO 2024-03-03   08:03:39
    Cytuj

    It's a game. Five dollars is free. Try it It's not an easy game ->-> 카지노사이트.com

  • Użytkownik niezalogowany Mandy
    Mandy 2023-05-16   13:27:04
    Cytuj

    Pretty cool work for creating this kind of content. Thanks for sharing. Attic Insulation Contractor