AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Kukiełki zła

Szaberplac, moja miłość, reż. Tanja Miletić Oručević, Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego
Profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, filolog, medioznawca, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr. oraz w Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta. Autor, współautor i redaktor książek z zakresu literaturoznawstwa i medioznawstwa. Był recenzentem teatralnym, m.in. „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Gazety Prawnej”.
A A A
fot. Natalia Kabanow  

1.
Szaberplac, moja miłość we Wrocławskim Teatrze Współczesnym to inscenizacja głucha na fonosferę codzienności i na wielobarwność uczuć. Ogołocona z językowego tła. Postaci są blade, płaskie, plakatowe. Akcja przewidywalna. Historyczna narracja zbanalizowana. Gra aktorów tylko poprawna. Wypisz, wymaluj teatralne Jezioro Bodeńskie.

Wystarczy, by ktoś widział Prawo i pięść, Salto, Samych swoich czy Wołyń. Czytał Piątkę z ulicy Barskiej, Złego czy z rzeczy nowszych Jakbyś kamień jadła, a nie znajdzie na Scenie na Strychu niczego, co prawdę o człowieku wydziedziczonym – serio lub buffo – wywraca na nice. Szaberplac jest spektaklem inscenizacyjnie tak obojętnym, że aż pozbawionym metafor. To raczej talent show, w którym aktorzy prezentują swój warsztat, niż dramat postaw i postaci.

Niestety, reżyserska robota Tanji Miletić Oručević rozwarstwia swoisty reportaż dokumentalny Szymona Bogacza na nadużywaną dziś etykietkę docu oraz niezbyt odkrywcze klisze pseudo-mentalu. Cokolwiek zobaczymy w poszarzałej sali gimnastycznej zamienionej w siedlisko migrantów czy też uchodźców, nie tylko gdzieś widzieliśmy, słyszeliśmy, czytaliśmy, lecz i w niczym nie demaskuje demonów wojny tak wrośniętych niemal w każde pokolenie. Może gdyby scenariusz Szaberplacu napisał Ziemowit Szczerek, bylibyśmy bliżsi prawdy.

2.
Kilka dni później obejrzałem Botoks Vegi – podobno film zły, jak pomrukują wysferzeni krytycy. Stereotypowy. Wsparty irytującą konfesją reżysera. A przecież Botoks powinien być przymusowym seansem dla twórców Szaberplacu. Megagatunkowość estetycznego produktu, błyskotliwe gry narracyjne i stylistyczne, wyprowadzanie postaci od plakatowości do subtelnych kreacji, znaczenie detalu i scenek rodzajowych, szacunek dla drugiego planu, funkcjonalność dekoracji, błyskotliwa transmisja języka powszedniego – tego spektakl wrocławskiego Współczesnego nie ma za grosz. Jakby realizatorzy ogłuchli i zaniewidzieli, jakby inscenizując topos wędrówki, nieustannie bawili się na śmietniku XX-wiecznego teatru studenckiego. Płaszcz, plecak, walizka, flaszka, materac. I para butów. Tyle z całego świata.

3.
Sięgnąłem do słownika, by starannie odczytać znaczenie słów szaber, szaberplac, bo mnie ten wątek historii akurat ominął. Sennik polski jako stygmat narodowy prędko się prześnił. Woodstock, Konopielka i Znikający punkt wielu z nas otworzyły oczy. Raczej więc dzieliliśmy się – jako pokolenie – rzeczami i emocjami niźli grabiliśmy kogokolwiek bez poczucia winy, choć niemieckie napisy wciąż przezierały spod starych tynków Wrocławia.

Wrocław rozłożył w 1945 roku gigantyczny szaberplac pomiędzy bulwarami Odry, stąd, gdzie kołysze się most Grunwaldzki, aż po most Szczytnicki. To przestrzeń większa od współczesnych hipermarketów. Sprzedawano tam mienie zrabowane Niemcom. Wyrosłem wszakże już w pokoleniu skąpanym w aurze komisów i komiksów, ciuchów z amerykańskich paczek, utalentowanych szwaczek zapatrzonych w żurnale Diora, nieco później w chmurze ortalionowych płaszczy i berecików z antenką. Niemcy prędko stali się tematem kinematograficznym i telewizyjnym. W realu – producentami limuzyn dla polityków, taksówkarzy i gangsterów.

Ciekawe, że my, naród, niechętnie przyznawaliśmy się do powojennego szabru. Być może dlatego, że od zawsze, tak jak i gwałt, był trudnym do gloryfikowania przywilejem zwycięzcy. Wszak w styczniu 1946 roku to państwo okazało się największym szabrownikiem, z kolei miejskie legendy Dolnego Śląska mówiły zazwyczaj o rabunkach dokonywanych przez Sowietów. Suweren wywodzony ze szczepu piastowskiego, wchodząc do poniemieckich domostw i w cudze buty, po prostu osiedlał się i rekompensował sobie gry wojenne. Nam zabierano – to okrucieństwo wojny. Odbieraliśmy, aby było sprawiedliwie.

Z perspektywy wielkich migracji dokonujących się po drugiej wojnie światowej szaber po polsku nie był kradzieżą rzeczy porzuconych przez właścicieli w 1945 roku, lecz dziejową dolegliwością. Niekiedy aktem niemal biblijnego powrotu do ziemi obiecanej, bo wędrowcy okazali się cywilizacyjnie zapóźnieni, co widać do dziś nad Odrą i Nysą.

Dla maluczkich był swoistą chwilową pożyczką – mało kto z nich wierzył do 1956 roku, że Wrocław będzie polski. Po stronie fanów materializmu historycznego komunistyczne media stroszyły przez dekady nagłówki i transparenty z napisami: „imperializm”, „faszyzm”, „reakcja”, lecz pulsujący atrakcjami mit Ameryki i powiew Zachodu via NRF nie zgadzały się z propaństwową propagandą wyrzeczeń. Szaberplac, moja miłość z podobnych rozdwojeń jaźni zrezygnował.

4.
Na szaroburym strychu siedzimy vis-a-vis. Dwie trybuny gapiów. Jak na meczu koszykówki. Przestrzeń zdarzeń udaje salę gimnastyczną z wysepkami żółtych materaców. Wydaje się sterylna, choć nieco zdewastowana. Przedziurawiona wybuchem bomby. Z lustrem wody wypełniającym wybrzuszenie podłogi po eksplozji. Trochę to nielogiczne. Uchodźcy znajdują azyl w zbombardowanym raju.

Nielogiczne, lecz funkcjonalne, w jednym z epizodów lej po bombie przemienia się w jacuzzi. W ogóle świat jest tu na wypowiedzenie-zaklęcie, bo jest opowiadany. Właściwie na scenie nie dzieje się nic albo też zdarzają się banały: ot, ktoś komuś nawrzuca, ktoś z kimś pije, ktoś poniewiera słabszym. Jak w kiepskim słuchowisku. Żadnych przemian, przeistoczeń. Akcja raczej slow niż fast.

Jest jeszcze pośrodku tej przestrzeni niczym w baśniach kufer okuty blachą – niemal czarodziejski kuferek czasu i rzeczy nim naznaczonych, jednak nikt nie wydobywa zeń rzeczy olśniewających ni artefaktów zła. Ponadto jakieś drobiazgi scenograficzne: saturator z wodą, bagaże podróżnych, drzwi, których nie widzimy, skrywające Onych-strażników lepszego świata. Bo w kulcie szabru zawsze istnieje jakiś lepszy świat i kapłani politycznego szalbierstwa. To swoista kulturowa afektacja dwubiegunowa: poniżeni i osiłkowie, zaborcy i wypędzeni, ofiary i mordercy. A wszystko wyznaczone role lub wyroki.

Podróżnicy, którzy trafili do tej przechowalni złudzeń, niosą ze sobą podręczne bagaże. Nic ważnego. Choć to prawdopodobnie ich jedyne dowody tożsamości. I strzępy pamięci.

5.
A zatem w tak oszczędnym w artefakty świecie przedstawionym żadnej stymulacji widzenia czy pamięci. Bierzemy rzeczy na wiarę, na domniemanie, skoro ich nie widać na scenie.

Anegdotyczny czas przeszły toczy się niemal równolegle do czasu teraźniejszego. Oba naznaczone są opowiadaną prawie-potwornością przemocy, mogiłami, zgliszczami, przymusową migracją. Wrocławskie klisze pamięci otwiera opowieść o przesiedleńcach wyplutych z pociągu na stacyjce Breckau, czyli Brochowie. Nieodległy Wrocław/Breslau to ocean materialnego planktonu i wyszukanych artefaktów – odzież, meble, platery, pościele, książki, biżuteria, buty, zegary. Rzeczy naznaczone ciepłem wygnanych ludzkich ciał i ich oddechem. Godne zawłaszczenia lub spieniężenia.

Jest i czas teraźniejszy. Grupa migrantów trafiających do ośrodka. Trochę nie wiadomo kiedy i skąd. Nie łączy ich nic poza stygmatem wojny. Zamknięci, kontrolowani, odcięci od świata. Załoga współczesnego statku szaleńców sponiewierana wędrówką, głodem, chorobą podróży do ziemi obiecanej, choć prędko okazuje się ona ziemią głuchą na wezwania. Lepszy świat jest niemy, pasywny, niewytłumaczalny. Cywilizowany, tak. Ale doszczętnie zaciemniony. Nieprzysiadalny. Obojętny. Ożywiony wyłącznie okiem kamer. A zatem historyczne nonfiction przemienia się we współczesne science fiction, w dystopię, która nam grozi tuż za różańcową granicą.

Pomiędzy wczoraj a jutro słyszymy historie o ludziach-potworach z Międzymorza – Polakach, Ukraińcach, Chorwatach, Bośniakach, nieradzących sobie z podstawowymi ludzkimi wartościami i gestami. Wojna w każdym z nich wyzwala demony i budzi upiory. Nie ma bowiem języków, które wypowiedzą prawdę śmierci, gwałtu, przemocy. Są eufemizmy, grube żarty, mity, krzyk rozpaczy, cisza. 

Opowieści snute wokół owych kosmicznych wysepek samotności trudno uznać za rewelacyjne diagnozy, skoro nawet śmierć bywa idiotyczna jak w anegdocie o chłopcu-szabrowniku przygniecionym na schodach zbyt ciężką szafą. Nie ma w tym spektaklu społecznego projektu przyszłości. Jest gruby żart, skamlenie i prymitywna agresja. Skowyt i zemsta.

6.
Skoro brak tu herosów, pozostają role i gadżety.

Akcja toczy się w granej live muzyce, której autorem jest Szilárd Mezei. Prym wiedzie Irena Rybicka w roli Niusi. Prowadzi swój katolicyzm delikatnie, półgłosem, który irytuje ateistów i egoistów. Nuci tęsknotę do bożej wspólnoty w rytm paciorków różańca. Bywa namolna – niczym sąsiadka prosząca o szklankę cukru, jednak jej Bóg jest nadal maleńki, podręczny, niemal prywatny, nawet gdy – na chwilę – ożywi salę wspólną pieśnią, mamy wrażenie, że to kabaretowa scenka. W modlitwie Niusia zda się kompletnie samotna, choć wędrowcy jakoś tam wspominają o polskim mesjanizmie i predestynacji, ale nie stać ich na metafizykę. Wybierają przyziemność.

Chudy 102 w interpretacji Macieja Kowalczyka to reprezentant pokolenia Z. Shipsteryzowany informatyk. Pozbawiony przez wojnę cybernetycznych gagów: przeglądarek, mediów społecznościowych, matryc komunikacyjnych, języków programowania. Chłop jak dąb, lecz wątły psychicznie niczym trzcina. Beksa z piosenki Artura Rojka to przy nim superman. Z kolei chwilowy „szacun” grupy zdobywa Pan Leon Przemysława Kozłowskiego. Twardziel odziany w mundurowe portki i ciężkie buciory – być może postać najbliższa faszyzującym nacjonalistom. Apoplektyk, mięśniak, lecz i cynik, okradający współtowarzyszy niedoli. Na tyle brutalny, by moralność mieć za nic, a siłę fizyczną, wreszcie przemoc czynić sposobem na życie.

Pozostali marginalizują swoją obecność. Wyskakują z materacy jak kukiełki na sprężynie. Odgrywają skecz i znikają w ciszy. Jak Profesor Krzysztofa Kulińskiego. Postać boleśnie dziadowska. Alkoholik, wielbiciel wina. Apologeta miłości do córki. Kontestator dewocji i paplaniny. Nieobecna duchem – być może pogrążona w depresji Barbara Beaty Rakowskiej. Partnerka politycznego satrapy, której porządek świata obrócono w niwecz. Wściekła, kostropata Dziewczyna Katarzyny Pilichowskiej. Buńczuczna kontestatorka obecności obcych, zwłaszcza ze Wschodu. Milcząca Dziewczyna Jolanty Solarz-Szwed. Ukrainka wycofana w milczenie i embrionalny skurcz zgwałconego ciała. Wreszcie Staszek Piotra Łakaszczyka – korpo-replikant, programowy entuzjasta. Fan przyciasnych garniturów i światopoglądów.

Ich postaci i role zmieniają się w kolejnych epizodach. Rakowska ma swoje pięć minut jako Kobieta Domowa w ekscytującym sparringu na apartamenty, samochody, ciuchy i facetów z Sąsiadką Domowej Kobiety Rybickiej. Kobiety, które podkradając sobie produkty, styl życia i seksualność, unieważniają własną osobę. Furia pożądania zmienia je w kukły porzucenia. To jedyny naprawdę lśniący epizod spektaklu.

Pozostałe wędrówki w czasie już nie porywają. Wrocław przeplata się z Mostarem. Ot, wygnaniu towarzyszy rujnacja, przesiedleniu – poczucie pustki i wydziedziczenia, rabacji – dylematy usprawiedliwiane łaknieniem normalności. Mnie te suspensy nie przekonały. Międzymorze ma obszerną literaturę i filmografię. Przejmującą do szczętu. Polska powojenna wędrówka ludów nie ma szczęścia. Bywa słabiej opisana i sfilmowana. Niestety, Szaberplac, moja miłość mego głodu nie nasycił. Ani obrazem zła szabru, ani refleksją wobec zlumpeksowanej współczesności. Po prostu zabrakło pomysłu i formy. Powstał taki sobie dramacik. Teatrzyk kukiełek.

20-10-2017

galeria zdjęć Szaberplac, moja miłość, reż. Tanja Miletić Oručević, Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego <i>Szaberplac, moja miłość</i>, reż. Tanja Miletić Oručević, Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego <i>Szaberplac, moja miłość</i>, reż. Tanja Miletić Oručević, Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego <i>Szaberplac, moja miłość</i>, reż. Tanja Miletić Oručević, Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego ZOBACZ WIĘCEJ
 

Wrocławski Teatr Współczesny im. Edmunda Wiercińskiego
Szymon Bogacz
Szaberplac, moja miłość
reżyseria: Tanja Miletić Oručević
współpraca reżyserska i opracowanie muzyczne: Piotr Łukaszczyk
dramaturgia: Marek Fiedor
scenografia i kostiumy: Maryna Wyszomirska
muzyka: Szilárd Mezei
ruch sceniczny: Zbigniew Szymczyk
obsada: Beata Rakowska, Katarzyna Pilichowska (gościnnie), Irena Rybicka, Jolanta Solarz-Szwed, Maciej Kowalczyk, Przemysław Kozłowski, Krzysztof Kuliński, Piotr Łukaszczyk (gościnnie)
premiera: 29.09.2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: