AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Na jedną nutę

Kulka, reż. Tomasz Maśląkowski, Wrocławski Teatr Lalek
fot. Natalia Kabanow  

Tomasz Maśląkowski przygotował dla najmłodszych pantomimiczną opowieść o przyjaźni. Niemal wszystko tu działa jak w zegarku, budząc szalony entuzjazm widowni. Niemal, bo szwankuje puenta.

Siedząc w czerwcowy poranek na widowni wrocławskich Lalek, na jej tyłach, żeby nie zasłaniać sceny publice do lat pięciu, myślałam o tym, jaką frajdę muszą mieć z takiego spotkania aktorzy. Gdzie indziej byliby tak fetowani, oklaskiwani, okrzykiwani, gdzie każdy ruch i nuta byłyby w stanie obudzić emocje bliskie ekstazie, w jaką niegdyś wpadały dziewczęta na koncertach Beatlesów? Myślałam też o tym, jak to my, dorośli, jesteśmy w emocjach zblokowani, skoro żaden, najlepszy nawet spektakl nie jest nas w stanie poderwać z krzeseł na grubo przed finałem? Wiadomo, trzymają nas w sidłach normy i zasady, ale czy nie byłoby pięknie czasem się z nich wyzwolić? I powitać oklaskami – dajmy na to – Krzesisławę Dubielównę, która w n-tej godzinie Wycinki wnosi wreszcie na scenę tego tak długo i niecierpliwie wyczekiwanego sandacza po balatońsku (a może po bengalsku?).

Dziecięca publiczność ma swoje refreny, które wystarczy raz rzucić w przestrzeń, żeby wszyscy je podchwycili. Tego ranka były to: „panowie, panowie!” – powtarzane na widok dwójki przyjaciół granych przez Grzegorza Mazonia i Radosława Kasiukiewicza, „łap ją, łap za sznurek!” – na widok tytułowej kulki i „szybciej, tam jest!” – w kilkudziesięciu innych sytuacjach. Ma też sytuacje, z którymi sobie nie radzi, w których na sali zapada niezręczna cisza, kiedy daje się wyczuć pewne usztywnienie, niechęć, nawet strach – tutaj to scena scenicznej kłótni, wpędzająca na krawędź płaczu kilku najmłodszych widzów. Jest też cienka linia, która pęczniejące emocje trzyma na wodzy, nie pozwalając przekroczyć granicy oddzielającej widzów od sceny – kto był na pierwszym pokazie Podłogowa w WTL-u, wrocławskiej produkcji dla najnajów, ten doskonale pamięta, jak łatwo ją zerwać i jak trudno młodych odkrywców zawrócić z tej ekspedycji na nowy ląd. Pomyli się jednak ten, kto będzie się łudził, że w swoim emocjonalnym rozkręceniu mały widz zatraci krytycyzm – jest tak, jakby się z nim urodził, w dodatku dysponuje wersją w standardzie „super-ostry”. Spektaklu marnego, przydługiego, nudnawego nie omieszka skomentować, podkręcając na skali głośności sceniczny szept  tak, żeby z całą pewnością dotarł do aktorów: „Nudzi mi się! Kiedy to się skończy? Chodźmy stąd!”.

Tym razem na skali był tylko entuzjazm, rosnący entuzjazm i dziki entuzjazm, w finale rozbuchany do tego stopnia, że publice potrzeba było kilka dobrych chwil, żeby zrozumieć, że to naprawdę koniec i trzeba się zbierać do domu albo wracać do przedszkola. Trudno się dziwić – Maśląkowski z Mazoniem i Kasiukiewiczem przygotowali czterdziestominutową, esencjonalną opowieść, angażującą widza w najwyższym stopniu, a jednocześnie pozostawiającą przestrzeń na zagadki, niedopowiedzenia, metaforę.

Kulka to historia pewnej przyjaźni. Na scenie w wyrysowanym światłem okręgu spotyka się dwóch panów – nazwijmy ich Panem A (Kasiukiewicz) i Panem B (Mazoń). Są niemal identyczni, choć tak naprawdę tylko (i aż) podobni do siebie. Noszą takie same czarne spodnie, skarpety, koszulki w paski i fraki. Mają inne twarze i sylwetki, a klownowskie kulki zdobiące ich nosy też są w różnych kolorach – czerwonym i niebieskim. Obaj kochają muzykę i grają na małych gitarkach – jeden na brązowej, drugi na czarnej. Szybko okazuje się, że lubią tę samą melodię i ten nowo odkryty wspólny ton stanie się podstawą ich duetu. Energetyczna piosenka prowokuje do zabawy, do wygłupu, przywołuje ducha przygody i beztroski. Okazuje się jednak, że Pan A, jakkolwiek kocha to wspólne granie, lubi też od czasu do czasu improwizować w pojedynkę, wokół własnej melodii, która nie poderwie nikogo do tańca, raczej zatrzyma w biegu, prowokując do rozmaitych zamyśleń. Panu B ten muzyczny krok w bok w ogóle się nie podoba – bo po co solo, skoro tak dobrze szło im w duo? Próbuje wymusić na Panu A powrót do pierwszej melodii, a że ten stawia opór i uparcie wygrywa smętną nutę, panowie kłócą się, rozchodzą. I jak w takich sytuacjach często bywa, choć obu żal przyjaźni, każdy uważa, że przeprosić i wyciągnąć rękę do zgody powinien ten drugi.

Wreszcie na zgodę nie rękę, lecz swój czerwony nos-kulkę zostawia Panu B Pan A. Kulka ożywa i prowadzi swoje magicznie niezależne życie – znika z pudełka, żeby nagle z niego wyskoczyć, unosi się nad sceną, nie pozwalając się złapać, na przemian maleje i rośnie. Jest piłką i jest balonem. Raz wydaje dźwięki, kiedy indziej uparcie milczy. Ustawiona na miejscu porusza się, kiedy odwrócić od niej wzrok. Jest jak dziki, nieoswojony pies – pozwoli się delikatnie złapać, kiedy przestaniesz za nią gonić. Jest rekwizytem, ale też szalonym kostiumem, w którym ukrywa się nieobecny na scenie przez sporą część spektaklu Pan A.
Pan B próbuje się kulką bawić, próbuje ją obłaskawić i zrozumieć zasadę jej działania – zasadę działania przyjaźni. Seria pantomimicznych etiud z kulką odgrywanych przez Mazonia wydaje się abstrakcyjna, ale wciąż krąży wokół idei przyjaźni, jest czytelna, przejrzysta, a zarazem umowna i pojemna w metafory. Mówi nam, małym i dużym widzom, o szanowaniu cudzej podmiotowości, o niezawłaszczaniu przestrzeni, o wolności w przyjaźni, o równości, otwarciu na wszelką inność, na cudze potrzeby i nawyki, jakkolwiek by nam wydawały się dziwaczne. Mówi nie wprost, między wierszami czy może kolejnymi momentami, w których kulka toczy się po scenie lub unosi nad nią. Czasem przyjacielowi trzeba pozwolić odlecieć, kiedy indziej uchronić go przed upadkiem. Zrozumieć, kiedy chce pobyć sam. I kiedy chce grać własne melodie.

Cała ta narracja jest budowana w spektaklu niezwykle prostymi, a przy tym precyzyjnymi środkami. Aktorzy mają do dyspozycji wytyczony na scenie okrąg, dwa instrumenty, siebie samych i niewielką kolekcję kul, kulek i kuleczek. Podstawowymi narzędziami są tu ruch i muzyka, no i „językonaśladowcze” dźwięki, podobne do tych, które widzowie z mojego pokolenia znają z kultowego animowanego serialu La Linea. Z pomocą tych narzędzi aktorzy przeprowadzają nas przez całą fabułę – od spotkania pary przyjaciół, przez ich zgodne wspólne życie, kłótnię prowadzącą do rozstania, lekcje przyjaźni, które w samotności (czy raczej w towarzystwie kulki) „przerabia” jeden z nich, aż po finał, z którym – przyznam – mam pewien problem.

Biorąc pod uwagę wiek statystycznego widza Kulki, który raczej recenzji nie czyta, i to, że nawet zarys fabuły zakłada tu pewien schemat rozwoju akcji, nie obawiam się zarzutów o spojlerowanie. Wiadomo, że skoro w baśni o przyjaźni pojawia się konflikt, to w finale musi zostać zażegnany. Że jeśli było bolesne rozstanie, możemy liczyć na radosne pojednanie. I nie zawiedziemy się. Kłopot w melodii, którą na początku spektaklu obaj panowie grali razem i która godzi ich w finale. Do końca przedstawienia towarzyszy nam ten sam energetyczny kawałek, przyznam, że wprawiający wszystkich w dobry nastrój. Nie pojawia się za to żaden motyw z nostalgicznej pieśni, która odzwierciedla to, co grało w duszy Panu A, jakby zostało to wymazane, poświęcone w imię łączącej ich obu więzi. I jakby Pan B nie zapamiętał nic z tego, co powiedziała mu kulka. Cóż, wygrał w tej przepychance, postawił na swoim – jakby w przyjaźni chodziło właśnie o to, czyje będzie na wierzchu.

06-07-2022

Wrocławski Teatr Lalek
Kulka
scenariusz, reżyseria, scenografia: Tomasz Maśląkowski
muzyka: Grzegorz Mazoń
obsada: Radosław Kasiukiewicz
premiera: 11.06.2022

galeria zdjęć Kulka, reż. Tomasz Maśląkowski, Wrocławski Teatr Lalek Kulka, reż. Tomasz Maśląkowski, Wrocławski Teatr Lalek Kulka, reż. Tomasz Maśląkowski, Wrocławski Teatr Lalek Kulka, reż. Tomasz Maśląkowski, Wrocławski Teatr Lalek ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: