AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Serduszko przebite szpadą

Cyrano, reż. Katarzyna Raduszyńska, Teatr Dramatyczny im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
fot. Tobiasz Papuczys  

W kadrze z tytułem filmu Cyrano de Bergerac ze sławnym Gérardem Depardieu w roli głównej widzimy muszkieterską szpadę przebijającą na wskroś akuratne, niczym as kier, czerwone serduszko. Trudno o równie prosty i wymowny emblemat charakteryzujący francuskiego pisarza, poetę, dramaturga, żołnierza, filozofa i pamflecistę. Prawdziwego libertyna i Gaskończyka! Człowieka swojej epoki, który miał czelność nie grać według jej zasad. Nikogo się nie bał i nigdy nie krył własnych sądów, raniących nie gorzej niż noszone przy pasie ostrze. Nikomu też, w czasach mecenasów i faworytów, nie zamierzał się wkradać w łaski. Budził powszechne zainteresowanie i podziw swoim wybuchowym temperamentem i nieustępliwością. Im też zawdzięczał zastępy nieprzyjaciół, knujących mniej lub bardziej perfidne plany zemsty. Nie starając się więc być lubianym, przez całe życie, jak to często bywa, poszukiwał prawdziwej akceptacji i miłości.

Przynajmniej takim go uwiecznił w swojej sztuce Edmond Rostand. Bo Cyrano, to tyleż rzeczywista osoba, co półlegendarna awanturnicza biografia. Nazbyt piękna i niesamowita, aby w nią w pełni uwierzyć i aby nie ulec pokusie jej opowiedzenia. Na dodatek Rostand wpisuje ją w ramy dość nietypowego trójkąta miłosnego: on, jego piękna młoda kuzynka Roksana oraz wyjątkowo urodziwy baron Christian de Neuvillette. Żeby było zabawnie, a napisany w 1897 roku utwór bliższy jest komedii właśnie, ten ostatni służył pod wodzą tego pierwszego. Żeby było melodramatycznie, Cyrano, nie widząc innej możliwości dla unii serc z ukochaną osobą, zaproponował niezbyt utalentowanemu w posługiwaniu się słowem i nic niepodejrzewającemu konkurentowi prowadzenie zamiast niego obfitej miłosnej korespondencji. Czynił to z wyjątkowym oddaniem i nie mniejszym powodzeniem. Nie przeszkodziła mu w tym nawet Wojna Trzydziestoletnia, której zakosztował, broniąc Mouzon czy uczestnicząc w oblężeniu Arras.

Chociaż monodram Katarzyny Raduszyńskiej i Michała Koseli nie wymaga szczególnego przygotowania, o tych kilku wymienionych wyżej rzeczach wypadałoby raczej pamiętać. Zachęcam więc do obejrzenia wspaniałego filmu kostiumowego w reżyserii Jeana-Paula Rappeneau. Warto również sięgnąć po samą sztukę. Zwłaszcza że w tłumaczeniu Marii Konopnickiej i Włodzimierza Zagórskiego jest legalnie dostępna w sieci. Zauważycie wówczas, że twórcy spektaklu, tak wiele jej zawdzięczając, świadomie zrezygnowali ze skonstruowanej przez Rostanda struktury dramaturgicznej. Kameralne, trwające zaledwie trzy kwadranse przedstawienie nie ma ambicji przedstawić historię Cyrano w jej przebiegu. Odstawiając na bok sztafaż historyczny, jak też inne wątki uboczne, skupia się w całości na swej głównej postaci. Stąd też dynamika przedstawienia nie jest dynamiką intryg i splotów sytuacyjnych, tylko katalogiem głębokich wewnętrznych konfliktów i traum, które zarysowują się w kilku starannie dobranych monologach.

Karolina Mazur, dzięki scenografii modułowej, stworzyła odpowiednią do podobnych wyznań i rozliczeń przestrzeń. Oszczędną w detale, jakby prowizoryczną, roboczą. Po lewej bez większego ładu piętrzą się różnorakie elementy z dykty. Po prawej, nad sceną, zawisł ogromny sześcian, który będzie ekranem dla puszczanych nań nagrań. Na jednym z nich zobaczymy meteor, który przemierza kosmiczne nieskończoności, przypominając jednocześnie, że Cyrano, „szermierz i filozof, piszący wierszem i prozą”, jest przecież autorem Tamtego świata. Wymyśloną przez niego historię podróży do państw i imperiów Księżyca uważa się nawet za jedną z pierwszych w dziejach powieść fantastyczną. Akurat w jednym z kraterów ziemskiego satelity, jak się wydaje, każe mu też wylądować Raduszyńska. W kłębach sztucznego dymu i przy dźwiękach dramatycznej muzyki. Ledwie oddychającemu. Powracającemu do życia jedynie dzięki szeptom Roksany: „Cyrano, obudź się! Wstawaj! Cyrano, kochanie, wstawaj”.

Ten słyszany z offu głos, jak i kilka innych (Iwona Skiba, Karolina Bruchnicka, Wojciech Świeściak), które towarzyszą Cyrano/Koseli podczas kolejnych etiud, czy też w trakcie krótkich przerw na podreperowanie spadochronu, nie bez powodu nazwano w programie głosami pamięci. Wszystko, co bohater przeżywa na scenie, wydaje się być jedynie echem dawnych wydarzeń. Ich powtórzeniem. Bez większej nadziei na odmienny wynik, ale też z rosnącym przekonaniem, że postąpić inaczej, byłoby postąpić wbrew samemu sobie. A na to ten, który – jak twierdzi jego wierny przyjaciel Le Bret – „przedkładał wolność nad wszelkie wygody”, za nic by się nie zgodził. Dlatego ponownie wyznaje miłość. Tylko że przez stary telefon uliczny, odpowiadający na jego wykwintne tyrady bezosobową prośbą o nagranie wiadomości po sygnale. Z mieszanką pokory i desperacji wysłuchuje podekscytowanej kuzynki, która cytuje mu jego własne listy, mylnie przypisując ich autorstwo Christianowi. Kiedy zaś, zachwalając młodego kochanka, przekonuje, że jest on prawdziwym mistrzem, poecie nie pozostaje nic, jak po kilku zapętlonych powtórzeniach tego tytułu w rozpaczy wtórować swojej bogdance: „Mistrz! Mistrz! Mistrz!”.  

W przededniu prapremiery nikomu wówczas nieznany Rostand szczerze prosił o wybaczenie wykonawcę głównej roli Benoîta-Constanta Coquelina. Za co? Ano za to, że wciągnął go w tak beznadziejne przedsięwzięcie. W teatrze de la Porte St. Martin przeczuwano bowiem klapę. Tym większe było ogólne zaskoczenie, kiedy po zapadnięciu kurtyny usłyszano frenetyczne oklaski i okrzyki zachwytu. Przedstawienie jeszcze przez lata nie schodziło z afisza. Skromny wałbrzyski spektakl, wyewoluowawszy z pomysłu na pełnoobsadowy spektakl muzyczny, z pewnością nie był stworzony do podobnych tryumfów. Niemniej jednak docenić go warto z co najmniej kilku powodów. Główny z nich to sam Kosela, czego dowodem nie tylko, i nawet nie tyle, pełna gorzkiej autoironii, iście popisowa scena sypania ciętymi ripostami na temat nietypowych rozmiarów nosa Gaskończyka, co wzruszający finał. Czułe pożegnanie „suflera, o którym słusznie zapomniano”, patos, który udaje się udźwignąć dzięki trudnemu do podrobienia, osobistemu stosunku aktora do roli. Po drugie, cieszy mnie, że teatr powraca do takich postaci jak Cyrano de Bergerac. Nie tak często widzimy na scenie kogoś, kogo moglibyśmy nazwać prawdziwym bohaterem. Bohatera, mimo upływu całych stuleci, wciąż nam bliskiego. Artystę życia, który nie zamierzał bawić ministrów i „drżąc ze strachu, ważyć każde słowo”. I rzeczywiście nie drżał. Niewielu odznacza się dziś podobną odwagą, talentem i gotowością do poświęcenia.

20-01-2021

Teatr Dramatyczny im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu
Cyrano
na podstawie sztuki Edmonda Rostanda Cyrano de Bergerac: Katarzyna Raduszyńska
reżyseria: Katarzyna Raduszyńska
scenografia: Karolina Mazur
przestrzeń, wizualizacje, światło i kostiumy: Paweł Walicki
obsada: Michał Kosela, (głosy z offu: Iwona Skiba, Karolina Bruchnicka, Wojciech Świeściak)
premiera: 23.10.2020

galeria zdjęć Cyrano, reż. Katarzyna Raduszyńska, Teatr Dramatyczny im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu <i>Cyrano</i>, reż. Katarzyna Raduszyńska, Teatr Dramatyczny im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu <i>Cyrano</i>, reż. Katarzyna Raduszyńska, Teatr Dramatyczny im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu <i>Cyrano</i>, reż. Katarzyna Raduszyńska, Teatr Dramatyczny im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu ZOBACZ WIĘCEJ
 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany Maria Radziwon
    Maria Radziwon 2021-01-20   22:30:33
    Cytuj

    to Raduszyńska czy Radulska?