AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Słowacki na warsztatach terapii zajęciowej

Balladyna, reż. Agnieszka Olsten, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu
Profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, filolog, medioznawca, wykładowca w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej UWr. oraz w Akademii Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta. Autor, współautor i redaktor książek z zakresu literaturoznawstwa i medioznawstwa. Był recenzentem teatralnym, m.in. „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Gazety Prawnej”.
A A A
Fot. Krzysztof Bieliński  

Kilka dni po premierze czytam recenzje Balladyny zamieszczone na stronie wrocławskiego Capitolu. „Udane role, postaci nieoczywiste” – pisze Grzegorz Chojnowski. „Polska, która wierzy w mistyczną moc pokoleń, skazana jest na porażkę; oglądając się nieustannie w przeszłość, zapomina o tym, co buduje teraźniejszość” – twierdzi Agata Janikowska. „Balladyna Olsten jest spektaklem na wskroś nowoczesnym, bezbłędnie zagranym. Napięcia rozpisane na dialogi i piosenki (zwłaszcza pierwsza pieśń Balladyny i śpiewny monolog Aliny/Jaskółki) rozkładają się równomiernie” – zachwyca się Karolina Augustyniak. „Spektakl Olsten sprawdza się także jako udana integracja sztuki ponad podziałami” – konkluduje Magda Piekarska. Wreszcie Małgorzata Matuszewska: „to majstersztyk formy ze świetnymi kreacjami aktorskimi”.

A przecież poza zaciekawiającą warstwą muzyczną nie jest to widowisko porywające rolami czy artyzmem scenografii. O dramaturgii zdarzeń nie wspomnę – co drugi widz wychodzący z sali zaklinał się, że musi doczytać Słowackiego w domu. Z pewnością oglądaliśmy narrację postrzępioną niczym kadry cyberpunkowego komiksu i słyszeliśmy dość monochromatycznie dobrane strzępy Balladyny. Czego zatem nie umiem lub nie rozumiem, że dziwią mnie opinie recenzentów i rzęsiste oklaski publiczności?

2.
Pomogła mi architektura Capitolu i jego publiczność. Myśląc o osobistym dyskomforcie, przyglądałem się bacznie tak zwanym okolicznościom przyrody przed, w trakcie i po. Sporo młodych par – ona z bukietem tulipanów, bo Walentynki, w spódnicy, swetrze i okularach z piosenki Osieckiej, sporadycznie mała czarna, raczej botki lub trzewiki niż szpilki; on – swobodna marynarka w stylu „wieczór po biurowej pracy”, dżinsy. Głośni przed wejściem na salę. Mówiący naraz, jakby tym mówieniem oznajmiali swój byt. Smartfony w defensywie.

Byli także moi rówieśnicy. Nieco pogryzieni przez życie i paskudy wieku. Raczej swetrzaści i bluzkowiczki, ale schludni, kameralni, wyciszeni. Trochę obok siebie, lecz umówieni w kordialnie witające się gromadki. Nieciekawe fryzury i wierzchnie okrycia. Wygodne bawełny, wełny i akryle pod spodem. Często ubrani na cebulę, otuleni szalami, w zgaszonych makijażach. Opowiadali o zakupach. Entuzjaści soldów wyciągali z reklamówek pudełka z butami i szeleszczące folie po bluzkach. Do szatni schodzili bez pośpiechu.

3.
Kiedy wieczorem, leciutko przejęci Balladyną, staniecie na rogu Piłsudskiego i Świdnickiej, zobaczycie, jak Capitol spina się z Arkadami Wrocławskimi. Budynek teatru i galeria handlowa mają niezwykle podobny odcień licowań. Podobne rytmy świateł ulicy otaczają oba gmachy. Rozdzielone nasypem kolejowym przecież zdają się zdumiewająco sobie bliskie. Industrialny puls architektonicznych podziałów. Płaszczyzny wielkich tafli szkła. Ostry rysunek fasad na tle wieczornego nieba. Brosze tramwajów i sygnalizatorów igrają z monumentalnymi fasadami.

W beż i granat teatralnego kolosa wsiąkają przechodnie z Arkad i niedalekiej Renomy, z biurowców PwC i HP, z Pasibusa, Kuchni Marché, Vis-à-vis i knajpek nasypu. Nasyceni fotosami mody i manekinami z witryn pasażu handlowego oraz zapachem kawy w Starbucksie. Fani Belfra Żulczyka i Innej duszy Orbitowskiego, namiętni oglądacze Pitbulla, Walking Dead czy Tabu. Widownia Top Model, ale i Googleboxu. Kondotierzy tanich linii lotniczych i wyznawcy ekstremalnego survivalu. Niepoliczalni, wielowątkowi, zafejsowani. Hejterzy i lifestylowcy. Wolontariusze i ksenofoby.

Po raz kolejny zmieniła się skóra świata – napisałby po niemal stu latach Tadeusz Peiper. Radykalnie.

4.
Przed dwoma laty Balladynę wystawił Wojciech Faruga w Wałbrzychu jako kampowe widowisko o nimfomance, pożądaniu i emocjonalnych kosztach seksu. Już wtedy dało się słyszeć na widowni, że nadmierne skracanie oryginału Słowackiego, ogałacanie go z historiozofii i fantazji wzbudza w tym bajecznym dramacie nadmiar pretensjonalności i odziera z magii dwa światy, realny i fantastyczny, fashion bowiem – może poza pracami Rolanda Barthesa – nie jest w dobie popkultury filozofią historii. Na tle polityki fashion jest estetyczną wydmuszką celebrytów, a nie kontestacją systemu. Zresztą system zmieli każdą estetyczną kontestację – dotacjami, nagrodami, tygodniami mody, wreszcie galeriami prêt-à-porter. Odrzuciwszy kamp, Agnieszka Olsten poszła w industrial. Od początku jest kostiumowo: mrocznie i brudno.

5.
Wtorek. Lodowaty wiatr. Młodziutka kasjerka wielkiej urody o włosach koloru blond jak w piosence Kossowskiego. Z biletem wchodzę na przeszklone podwórze-foyer Capitolu. Powietrze faluje. Kłując zimnem, wdziera się kłębami pomiędzy biurka i otomany, kanapy i fotele, wieszaki i poduchy. Foyer niczym nie pachnie, choć na drugim planie widać kawiarkę. Ochroniarz w ciemnej marynarce zaczytał się, siedząc na kanapie z wysokim oparciem. Panna z bufetu gdzieś przepadła. Przysiadam na chybotliwej kanapie przy szklanych drzwiach. Książki. Reklamy. Szepty.

Zegarek podpowiada czas zejścia do podziemi. Widownia stroma, skromna. Ściany oplecione czarnymi kratownicami. Scena w półmroku ledwie naszkicowana niczym rysunek Janka Kozy. Głos z offu – nieskutecznie, jak się okaże – uprasza o włączenie telefonów. Środek przestrzeni przecina pień rozdartego drzewa, zapewne trafionego piorunem w finale dziejów Balladyny – sadystycznej królowej pokaranej gromowładną ręką Opatrzności. Pień przeszkadza aktorom. Niczego nie wspiera. Niewiele symbolizuje.

Na proscenium tandetny blat wypełniają zabawkowe instalacje z patyczków, bawiące Fon Kostryna, lampa biurowa, tablet, z którego na żywo korzysta scenograf, bukiet suszonych kwiatów czy ziół – trudno rozpoznać, lalka-porte parole bohaterki, mikrofon. Obok kilka krzeseł, stos desek. Na podłodze szybko brudzące się folie. Fotel zamiast tronu. Z boku wielokrążek z łańcuchami na trójnogu nad mikro-basenem – czasem szubienica, czasem substytut przeznaczenia, niekiedy topiel i mykwa. W głębi wielki obraz Beaty Rojek, szaro-czarne mazy, za którymi nie wiadomo co. Całą tę estetyczną prowizorkę skleja mocna, rytmiczna muzyka i songi Kuby Suchara.

6.
Postaci dramatu prześlizgują się po intrydze oryginału. Z pięciu aktów dramatu dostajemy niespełna sto dwadzieścia minut – w tym piosenki, skecze komiczne i myjnię bezdotykową. Ponieważ ani świat magiczny, ani anegdotyczny nie ma w opowieści Agnieszki Olsten – jak się zdaje – większego znaczenia, opowieść układa się w dość niezborną grę o tron – kolejni pretendenci do władzy zostają wyeliminowani zazwyczaj podczas umizgów, więc Balladyna dostaje koronę, nawet gdy nie bardzo ma kim rządzić, co – w jakieś mierze – spełnia anegdotę z prologu Słowackiego o ślepym harfiarzu. Sprawowanie władzy bez miłości ludu ma podobny sens jak śpiewanie pieśni morskim falom.

Żeby ogarnąć całość, zacytujmy autora: „Niech naprawiacz wszelkiego bezprawia Kirkor pada ofiarą swoich czystych zamiarów; niech Grabiec miłuje kuchnią Kirkora; niechaj powietrzna Goplana kocha się w rumianym chłopie, a sentymentalny Filon szuka umyślnie męczarni miłosnych i umarłej kochanki; […] Balladyna wbrew rozwadze i historii zostanie królową polską — a piorun, który spadł na jej chwilowe panowanie, błyśnie i roztworzy mgłę dziejów przeszłości”.

Wiemy zatem od początku, że kochać Balladyna nie umie, a w stosunkach międzyludzkich jest – jak mówią polityczni hejterzy – zimną suką. Cynizm, wyrachowanie, brak skrupułów pozbawiają ją człowieczeństwa. Obcujemy z potworem z odmiennej galaktyki – powiedzmy, że to Seksmisja w stylu Łowcy androidów, ale po scenie walki Deckarda z Battym, z sufitu bowiem zwisają poprzerywane gumowe rury, a cała przestrzeń wydaje się solidnie poturbowana.

Okruchy tekstu nie budują charakterów postaci, stąd nadmiar niewytłumaczalnych póz i grymasów. Aktorstwo powierzchowne dominuje nad psychologią.

Balladyna Agnieszki Kwietniewskiej nosi swoiście militarny kostium – coś na kształt safari z czerwonym orłem, który, skądinąd, przybrał format nietoperza i zwisa, miast fruwać. Krótko ścięte włosy ów militaryzm podkreślają podobnie jak niezwykle ekspresywne ruchy – przysiady traumatyczne i półmostki erotyczne (te ostatnie w scenach zbliżeń z Grabcem). Prowadzenie postaci niemal obok wypowiadanego tekstu sprawia, że z jednej strony doceniamy kunsztowną dykcję niedoszłej heroiny, z drugiej odnosimy wrażenie, iż nic już nie zdarzy się pomiędzy słowami. Wszystko – miłość siostry, pogarda wobec matki, uleganie żądzom – zda się okrutną przygodą ciała, nie psyche.

Unieruchomiony przez ciasnotę i bałagan scenografii przepada czar magicznego świata Goplany, znika predestynacja i los. Jezioro zmienia się w zamulony basenik myjni ręcznej. Natura karleje do rozmiarów zasuszonego wiechcia ziół. A istota magii – przeistoczenie, to jedyny element niezwykły w spektaklu. Otóż nagie ciało Justyny Antoniak pokrywa body painting – jakby woda wypełniła ciało nimfy po krawędź ust. To piękne, świetnie zrobione, zwłaszcza że piękna jest nagość aktorki sauté. Cóż, kiedy ów sensualizm skamieniał przycumowany do krzesełka z boku stołu. Goplana nie rusza się od stołu do dziewięćdziesiątej ósmej minuty, pominąwszy leciutkie obroty głowy ku widowni. Mogłaby być zastąpiona erotycznym manekinem i głosem z offu – tyle w przymusowej interpretacji Antoniak żywiołu na scenie.

Grabca gra Konrad Imiela. W zbyt obszernej marynarce z lumpeksu, zeszlajanych pumpowatych spodniach i pstrokatej koszuli ów pośrednik pomiędzy obu światami – Goplany i Balladyny – jako żywo przypomina mieszkańca schroniska, który wyrwał się na alkoholową przepustkę, nosząc dla uciechy fryzurę w ciekawym stylu. Piotr Fronczewski mawiał: „wichura na dworze”. Mniejsza o przymioty ciała i kostiumu. Intryguje wszakże trywialny erotyzm Grabca, kompletnie odartego w tej inscenizacji z szekspirowskich przecież koneksji. Imiela, w mgnieniu oka dając popis aktorskiego talentu, bo to umie, prędko popada w dwie maniery – bywa skamieniałym mędrcem Rodina albo też nadpobudliwym Disneyowskim pasikonikiem, podtrzymującym gatki, jakby mu się chciało do toalety, co zapewne miało wyrażać chutliwość rzężącej po gonitwie po zasceniu postaci.

Alina w interpretacji przekonującej warsztatowo Ewy Szlempo – ofiara mordu za dzban malin, który dał w konkursie o rękę Kirkora królewski tytuł Balladynie – jakby zstąpiła z kultowego plakatu Zupa była za słona kampanii Powstrzymać przemoc domową z 1997 roku. Trudno to komentować i osadzić w Słowackim. Z kolei przejmujący dialog Balladyny-królowej z sądzoną na śmierć matką Olsten zmieniła w zblazowany monolog królowej. Paradoksalnie to jedyny moment, w którym Kwietniewska zdejmuje wszystkie maski i staje się kimś z nas. Serce zamiera. Raz czy dwa przekonuje Fon Kostryn Błażeja Wójcika, który szczęśliwie przez większość spektaklu milczy. Gwiezdnowojenna złota maska Kirkora na Adrianie Kący jest zabawna, ale całkowicie out sources. Wydarzeniom i postaciom towarzyszy, rysując bazgrołowate historyjki i napisy, Olaf Brzeski, autor scenografii. Basquiatem jednak nie jest.

Sporo hałasu o nic. Polski – czego chciał Słowacki – naprawdę tu nie odnajdziecie. Ani przeszłej, ani teraźniejszej.

7.
Długo szukałem klucza do przedstawienia Agnieszki Olsten. Konwencja „niech się dzieje, co chce, byle się działo” mogłaby funkcjonować na warsztatach terapii zajęciowej. W teatrze jednak się nie sprawdza. Oczywiście, można wydrukować w domu kartki z wywiadem z reżyserką i wyłuskiwać ze skreczowanych tekstów Wyspiańskiego i Słowackiego sensy, by – z egzemplarzem Balladyny w ręku – odnosić je do planu całości. Można tropić, penetrować, dociekać, tylko że wówczas nie widać, co dzieje się na scenie. Z kolei, gdy oglądamy ów cyberpunkowy komiks o polskiej Lady Makbet, która nie jest Lady Makbet tylko niezbyt seksowną Cindy Campbell w myjni samochodowej, nie uchwycimy sensów Słowackiego, o Wyspiańskim nie wspominając.

Zapewne jest to Balladyna autorska o tym, że ludzie źli dominują w polityce, a władza – zmywszy brud mrocznych fantazji – winna być transparentna. Odważne i sensowne. Tę wykładnię wzmacnia świetnie recytowane przez Agnieszkę Kwietniewską Uspokojenie i obmywanie myjką ciśnieniową gałęzi-korony-piorunu. Insygnia dumy mogą się stać symbolami pogardy i groteski – podpowiada Olsten.

Gdyby to jeszcze dało się wydedukować z zachowań scenicznych i tekstu dramatu, a nie z wywiadów i recenzji apologetów.

24-02-2017

galeria zdjęć Balladyna, reż. Agnieszka Olsten, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu <i>Balladyna</i>, reż. Agnieszka Olsten, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu <i>Balladyna</i>, reż. Agnieszka Olsten, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu <i>Balladyna</i>, reż. Agnieszka Olsten, Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Muzyczny Capitol
Juliusz Słowacki
Balladyna
reżyseria: Agnieszka Olsten
adaptacja tekstu: Tomasz Jękot, Silvermoon & Willow
muzyka: Kuba Suchar
scenografia i kostiumy: Olaf Brzeski
reżyseria światła: Robert Mleczko
autorka obrazu: Beata Rojek
obsada: Justyna Antoniak, Agnieszka Kwietniewska (gościnnie), Ewa Szlempo, Artur Caturian, Konrad Imiela, Adrian Kąca, Błażej Wójcik, Olaf Brzeski
premiera: 10.02.2017

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (5)
  • Użytkownik niezalogowany Alicja
    Alicja 2019-02-27   08:33:55
    Cytuj

    Przeczytanie tej recenzji było całkowitą strata czasu - treść żenująca.

  • Użytkownik niezalogowany Anna
    Anna 2017-04-03   21:52:33
    Cytuj

    kolejna już recenzja, w której w szczególny sposób zwraca pan uwagę na kobiece wdzięki. Właściwie to głównie na nie... Co do dekonstrukcji dramatu nie trudno się z Panem nie zgodzić. Natomiast zapomniał Pan wspomnieć w swojej recenzji o Arturze Caturianie, który wydaje się być obiecujący. Nie zgadzam się co do krtytycznej oceny atmosfery panującej na Podwórku Capitolu. Proszę przyjść w jakiś czwartek, godzinę lub dwie przed spektaklem. Proszę zabrać książkę lub coś do słuchania... Gwarantuję, że będzie Pan wracał tam co tydzień by odpocząć. To bardzo przyjazne miejsce.

  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2017-02-26   17:09:19
    Cytuj

    a kiedyś to była nawet zdolna dziewczynka (ostatnio próbowałem rękę podać), ale zaraz Nowak, Mieszkowski, Nowak i ziuuu (dziś bolszewia wrocka ma Rado Wiśniewskiego, mordoklejki i... kicz!)

  • Użytkownik niezalogowany Rado Wiśniewski
    Rado Wiśniewski 2017-02-24   15:23:31
    Cytuj

    Czy to ten recenzent co doradza Morawskiemu? Pewnie czeka na premiery w Polskim. Będzie miał Morawski swego człowieka wśród wrocławskich komentatorów.

  • Użytkownik niezalogowany półka z recenzjami
    półka z recenzjami 2017-02-24   15:18:07
    Cytuj

    Oj niedobrze z samopoczuciem recenzenta Portalu Teatralnego skoro krytykuje recenzje kolezanek i kolegów. Jemu nie styklo, a wiadomo, że tylko on ma rację, więc dalejze od apologetow. Ej recenzencie Leszku, gdzie standardy w tym zawodzie? Ej, portalu, czemu pozwalasz na to?