AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Teatr starej inteligencji

Deprawator, reż. Maciej Wojtyszko, Teatr Polski w Warszawie
Doktor habilitowana kulturoznawstwa, adiunkt w Zakładzie Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autorka i współautorka książek i artykułów wydanych w Polsce i za granicą.
A A A
fot. Marta Ankiersztejn  

W latach osiemdziesiątych dwudziestego wieku ruch przekształcający się właśnie z teatru studenckiego w alternatywny nazywano także „teatrem młodej inteligencji”. Teatr ten, będący wyrazem oporu wobec dominującej wtedy kultury, sterowanej przez jedną, jedynie słuszną partię, sięgał także między innymi do tekstów „wyklętych” wtedy (i częściowo nadal) twórców emigracyjnych: Gombrowicza, Miłosza oraz sporo podróżującego po świecie poety krajowego Zbigniewa Herberta. Obecnie ówczesna „młoda inteligencja” młodą jest głównie z ducha, ale dane jest jej to, co mało komu się przydarzyło – może obserwować powrót czasów tak podobnych jej młodości.

Skojarzenia (dobre!) z myśleniem o teatrze i jego roli sprzed kilkudziesięciu lat przyszły mi do głowy w związku z najnowszym przedstawieniem Macieja Wojtyszki Deprawator w Teatrze Polskim w Warszawie. Wojtyszko stworzył tekst niebywale tradycyjny w swojej formie: podzielony na wyraźne sceny, niemal pozbawiony akcji, gdzie narracja prowadzona jest wyłącznie przez dialogi (dopełnione wierszami), które nie są niczym więcej, niż zapisem rozmów i sytuacji towarzyskich. Ponieważ postaci w Deprawatorze to nie byle kto, tylko filary polskiej literatury dwudziestego wieku: Gombrowicz, Miłosz i Herbert, toteż owe rozmowy nie są plotami o przysłowiowych pośladkach Marii. Nie są też, co równie ważne, traktatami literaturoznawczo-filozoficznymi, dzięki którym Wojtyszko chciałby nas przekonać, że każdy z literatów „wielkim był”.

Kiedy trzy lata temu wyszedł drukiem tom Konfrontacje, zbierający listy między Czesławem Miłoszem a Witoldem Gombrowiczem, recenzujący go Andrzej Franaszek napisał: „oto materiał dla sztuki teatralnej, a może kameralnego filmu w stylistyce lat sześćdziesiątych, który uchwyciłby gęstość idei, ale także śródziemnomorską, nasyconą słońcem przestrzeń”. Życzeniu krytyka stało się zadość. Teatralna dialogiczność tej korespondencji rzuca się w oczy, nic więc dziwnego, że po sukcesie Dowodu na istnienie drugiego, namówiony przez Janusza Majcherka ze wsparciem Rity Gombrowicz, Maciej Wojtyszko zajął się spotkaniem tych wielkich ludzi pióra. Opowieść w Deprawatorze jest faktograficznie bardzo mocno zakorzeniona w rzeczywistości, to rodzaj teatru paradokumentalnego. Tytuł zaczerpnięty jest z cytatu z listu Herberta, który pisał do Miłosza: „Bardzo mnie niepokoi Twój kontakt duchowy z Gombrowiczem (...). Strzeż się, proszę, bo to deprawator, acz artysta”. Nawet plakat do spektaklu odtwarza znane zdjęcie obu pisarzy z Vence. Autor i inscenizator oddaje głos przede wszystkim tamtym ludziom przy pomocy rzeczywiście wypowiedzianych przez nich słów, nie próbuje pisarzy ani zbytnio interpretować, ani uspiżawiać, ani odbrązawiać. Dzięki temu sprowadza na scenę świat tak różny od tego, jaki nas otacza – świat, w którym ludzie potrafią ze sobą rozmawiać, nawet jeśli się różnią w opiniach, w którym dyskutuje się o sprawach ważnych – imponderabiliach, by przywołać to staroświeckie słowo, a równocześnie jest się zwykłym człowiekiem, żartującym, robiącym dowcipy, czasem zbyt mocno może imprezującym. To także świat, w którym dyskusje o Polsce i polskości nie muszą być waleniem na odlew inwektywami.

Staroświeckość świata przedstawionego jest w tym spektaklu fascynująca także od strony estetycznej. Scenografia to właśnie ta „śródziemnomorska, nasączona światłem przestrzeń” – ściana w barwach ochry z kilkorgiem drzwi, białe, poprzecierane drewniane meble – dość wiernie, choć schematycznie oddająca klimat prowansalskich wnętrz. Drzwi z prawej strony należą do mieszkania Gombrowicza, te przeszklone, tarasowe z lewej – to dom Miłoszów. Przestrzeń sceny jest jednym lub drugim domem w zależności od tego, którymi drzwiami wchodzą postacie. To typowy „teatr z meblami”, umowności jest w nim tylko tyle, ile wymusza mała scena Teatru Polskiego.

Uwidacznia tę potrzebę realizmu także pierwsza scena przedstawienia, w której Gombrowicz (Andrzej Seweryn) uczy Ritę (Anna Cieślak) mówić po polsku: „Pocałuj mnie”. Między sobą porozumiewają się oni po francusku (niemal cała rola Cieślak jest w tym języku, po polsku mówi ona tylko w końcowej scenie, opisując ostatnie chwile życia pisarza). Francuski pojawia się kilkakrotnie na scenie, kiedy na przykład Iza de Neyman (Magdalena Zawadzka) rozmawia ze swoją pomocą domową Charlotte (Katarzyna Skarżanka). Można się zastanawiać, czemu służy pojawianie się fragmentów tekstu w języku, który nie musi wcale być zrozumiany przez część widowni. Jeden z powodów, jaki przychodzi mi do głowy, to właśnie realizm. Drugi: pokazanie, że to spektakl celowo skierowany nie do wszystkich, lecz do pewnej kategorii widzów, którą jakże pieszczotliwie nazwano „wykształciuchami”. Bez tego pogardzanego zaplecza intelektualnego nie można w pełni zrozumieć i docenić wszystkich smaczków przedstawienia, a także – co najważniejsze – docenić jego inteligentnego, ciętego poczucia humoru. Widzowie jednego z pierwszych przedstawień śmiali się dużo i często, lecz tylko pierwszy z dowcipów mógł sprawiać wrażenie dość rubasznego. Otóż kiedy Rita już płynnie jest w stanie powtórzyć „pocałuj mnie” Gombrowicz dokłada kolejną frazę: „w dupę”. Gdy kobieta dopytuje, co to znaczy, nauczyciel zbywa ją, że to nic istotnego. Potem humor i dowcip robią się bardziej subtelne, wyrafinowane, nierzadko złośliwe, ale zawsze inteligentne. Czasem jakiś żart o Polsce i Polakach wpisuje się bardzo mocno w aktualność, na przykład wtedy, gdy informacja o powstawaniu KIK-ów (Klubów Inteligencji Katolickiej) zostaje podsumowana, że inteligencja od teraz dzieli się na wrodzoną i katolicką. Śmieszność innych żartów wynikała właśnie ze znajomości kontekstu, choćby z wiedzy o ludziach, których nazwiska pojawiały się w tekście. Na przykład kiedy Iza de Neyman, grana przez Zawadzką, opowiadając o swojej wizycie w Polsce, przywołuje młodego aktora Holoubka albo gdy nie może zrozumieć, jak to możliwe, że inny teatralny bojownik z komuną (wymieniony z nazwiska) mieszka w willi i ma służbę, czyli powodzi mu się dobrze. Nic tu nie jest oczywistym żartem, wmontowanym dla wywołania śmiechu, bawić może głównie tych, którzy coś wiedzą i o tych artystach, i o czasach, o jakich mówi Deprawator.

Spektakl oparty głównie na słowach swoje ewentualne powodzenie zawdzięcza z jednej strony tekstowi, który Wojtyszko przygotował znakomicie, z drugiej natomiast – aktorom, którzy dają życie postaciom. W przypadku postaci, dla których modelem byli ludzie realnie żyjący, aktor stoi przed dość skomplikowanym zadaniem: musi oddać sprawiedliwość utrwalonej w tekście scenariusza postaci, równocześnie grając istniejącą kiedyś realnie osobę, która znana jest doskonale (także dzięki licznym fotografiom oraz filmom) tak, by oddać jej prawdę. W spektaklu Wojtyszki grają znakomici aktorzy, którzy jednakże bardzo starannie „chowają się za postaciami”. Wyniosłość, ekscentryczność i pewne kabotyństwo, które widać w grze Seweryna, są podporządkowane postaci Jaśniepanicza, to nie sam aktor odgrywa przed nami zachwyty nad sobą samym. Choć w spektaklu pojawia się trzech wielkich pisarzy, to jednak Gombrowicz jest tu centralnym bohaterem, a to, co rozgrywa się między Herbertem i Miłoszem, też w dużej mierze dotyczy właśnie stałego mieszkańca Vence. To wraz z jego śmiercią kończy się teatralna opowieść. Lecz w Deprawatorze Sewerynowi dzielnie sekundują dwaj pozostali odtwórcy głównych postaci: Wojciech Malajkat (Miłosz) oraz Paweł Krucz (Herbert). Cała obsada tworzy właśnie taki, obecnie wyglądający na bardziej niż tradycyjny, teatr postaci „dobrze zrobionych”, bardzo sprawnie skonstruowanych od strony dramaturgicznej i znakomicie zagranych.

Oglądając to przedstawienie, miałam nieodparte wrażenie, że obcuję ze spektaklem wywodzącym się z najlepszej tradycji polskiego teatru dramatyczno-repertuarowego: tradycyjnym w formie, a jednak takim, który się świetnie ogląda. Bardzo dobrym aktorsko, choć utrzymanym w konwencji mało modnej w obecnym teatrze. Przede wszystkim jest Deprawator spektaklem, który daje do myślenia: jaką formą wspólnoty może być polskość? Czy – patrząc z dzisiejszej perspektywy – Gombrowiczowski „kościół międzyludzki” nie staje się jeszcze bardziej kuszącą propozycją?

22-10-2018

galeria zdjęć Deprawator, reż. Maciej Wojtyszko, Teatr Polski w Warszawie <i>Deprawator</i>, reż. Maciej Wojtyszko, Teatr Polski w Warszawie <i>Deprawator</i>, reż. Maciej Wojtyszko, Teatr Polski w Warszawie <i>Deprawator</i>, reż. Maciej Wojtyszko, Teatr Polski w Warszawie ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Polski w Warszawie
Maciej Wojtyszko
Deprawator
reżyseria: Maciej Wojtyszko
scenografia: Paweł Dobrzycki
muzyka: Piotr Moss
obsada: Grażyna Barszczewska, Anna Cieślak, Paweł Krucz, Wojciech Malajkat, Andrzej Seweryn, Katarzyna Skarżanka, Magdalena Zawadzka
premiera: 28.09.2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany Ryszard Paradowski
    Ryszard Paradowski 2023-10-30   12:04:05
    Cytuj

    Jeszcze raz, bo poprzednia próba komentarza nie wypadła dość precyzyjnie. Sztuka nie jest antyrosyjska, patrz wypowiedź „Miłosza” w kwestii Katynia (powołanie się na los rosyjskich jeńców po wojnie 20 roku byłoby nie mnie wymowne), ale wprowadzenie na końcu flagi ukraińskiej zmienia pod tym względem wymowę spektaklu na wyraźnie antyrosyjską, ciekawe czy za wiedzą i zgodą autora.

  • Użytkownik niezalogowany Ryszard Paradowski
    Ryszard Paradowski 2023-10-30   11:31:52
    Cytuj

    Pod koniec spektaklu, przy ukłonach, pojawia się flaga ukraińska, relatywizując ( na nowo absolutyzując) polską antyrosyjskość, relatywizowaną (podczas wymiany zdań na temat Katynia) przez jednego z porte parole autora

  • Użytkownik niezalogowany eljot110@wp.pl
    eljot110@wp.pl 2019-03-14   09:27:16
    Cytuj

    W treści recenzji Skarżanka, a pod tekstem w obsadzie Skuszanka.

  • Użytkownik niezalogowany Blondynka
    Blondynka 2018-12-03   09:42:43
    Cytuj

    Byłam. Znakomite przedstawienie! Tak ze względu na treść, jakże aktualne dwie wizje Polski, jak i ze względu na doskonałe role, Andrzeja Seweryna, Wojciecha Malajkata i pozostałych aktorów. Bardzo ważny spektakl!