AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wielka parada

Thomas Köck, Trylogia klimatyczna, przekład Jacek Kaduczak, ADiT
Doktorant Wydziału Nauk Społecznych na Uniwersytecie Wrocławskim. Absolwent Filozofii oraz Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Współpracuje z czasopismem naukowym "Znaczenia".
A A A
 

Trylogię klimatyczną otwiera laudacja Rebekki Kricheldorf, którą dramatopisarka wygłosiła z okazji przyznania autorowi, Thomasowi Köckowi, prestiżowej Nagrody im. Kleista. Jest czymś na kształt wprowadzenia o tyle niezbędnego, że zdobywająca coraz liczniejszych zwolenników twórczość Austriaka jest u nas w kraju prawie nieznana. Wydany przez ADiT tom stał się pierwszą właściwie w całości jej poświęconą polskojęzyczną pozycją. Zresztą, jest to młody, można by nawet powiedzieć początkujący jeszcze, twórca. Wspomniane wyróżnienie zostało przyznane mu w 2016 roku, kiedy miał zaledwie 30 lat. Zdążył już jednak ukończyć studia filozoficzne, literaturoznawcze i dramaturgiczne, dostać stypendium im. Thomasa Bernharda w Linzu, a i samo wspomniane wyżej odznaczenie nie było dla niego pierwszym. Wcześniej zdobył między innymi Osnabrücker Dramatikerpreis za sztukę Po tamtej stronie Fukuyamy. Kricheldorf wspomina o tej wygranej, przywołując słowa jednego z jurorów, który metaforycznie ujął esencję tego dzieła w następujący sposób: „ktoś się bardzo daleko wychylił z okna”.

Wydaje się, że w Trylogii klimatycznej Köckowi udało się „wychylić” jeszcze bardziej. Wychylić się i, co istotnie, z owego okna nie wypaść. Wchodzące w jej skład sztuki zostały bowiem przyjęte z jeszcze większym entuzjazmem. Szczególnie pierwsza z nich, czyli raj potop (tytuł zapisywany małą literą), którą w prasie nazywano, ponownie cytując laudację, tekstem „wykrzyczanym” i „niezmierzonym”, „kolosem”, „potężnym wirem” czy wręcz „tekstem potworem”. Zdaniem Kricheldorf w ten sposób pisali krytycy, którym „nie udało się jeszcze ujarzmić tekstu, jakby był on jakąś bestią, która odmawia poddania się tresurze na cyrkowej arenie, która wymaga mistrzowskiego tresera w złotej klatce teatralności”. Piękne i trafne to słowa, pod którymi chętnie się podpisuję i natychmiast dodaję – nie pretendując do miana „tresera” i potępiając cyrk ze zwierzętami jako taki – postaram się opowiedzieć co nie co o tym „potworze” i „kolosie” tak, jak go czytam i rozumiem.

A zacznę od tego, że nie tak straszna jest ta trylogia, jakby się to mogło wydawać w trakcie błąkania po jej trzystustronicowym, pozbawionym niemalże wszelkich znaków przestankowych labiryncie. Zwłaszcza jeżeli po przeczytaniu nieco odetchnąć i spróbować spojrzeć na całość chłodnym, zdystansowanym czy wręcz analitycznym okiem. Okiem, które niejedno już przecież widziało. Rzecz, jak na trylogię przystało, składa się z trzech części, z których każdą można potraktować jako osobne, w pełni autonomiczne dzieło. W każdym razie nie współdzieli z pozostałymi postaci czy wątków. Tych ostatnich w każdej z części również jest kilka. Może nie do końca i nie zawsze są to historie, a tylko linie narracyjne, niespecjalnie splecione między sobą przyczyno-skutkowymi więziami. Rozmijają się raczej zarówno w przestrzeni, jak i w czasie.

Doświadczonego czytelnika i widza epoki wszelakich „post-” i „neo-” nie powinno to jednak dziwić. Jak również uwagi pokroju: „didaskalia należy czytać niczym odgłosy wojenne” czy rady dla inscenizatora, by zaangażować do spektaklu zespół taneczny, najlepiej w asyście całej orkiestry (podtytuł raju potopu brzmi zbłąkana symfonia), a już na pewno nie oszczędzać na chórze, dla którego przygotowano dość pokrętne, poetycko-muzyczne partie. Jak tłumaczy autor w zamieszczonym na końcu książki obszernym, naświetlającym wiele spraw wywiadzie: „Moja wielka fascynacja chórem wynika z tego, że to niezwykle stary środek teatralny, którego nie ma w żadnym innym medium opartym na opowiadaniu historii”. Tłumacz Jacek Kaduczak z pewnością nie miał więc z górki i w pełni docenić jego pracę można, porównując polską wersję z oryginałem, ale czyż świadczy to, że mamy do czynienia z trudnym do zidentyfikowania „potworem”? Śmiem w to wątpić.

Bo Trylogii klimatycznej, gdyby już szukać jakichś metek, najbliżej do dramaturgii dyskursywnej, polskim teatromanom dobrze znanej chociażby dzięki utworom chętnie wystawianej u nas Elfriede Jelinek. Snucie okołofilozoficznych refleksji, co prawda, łączy się tu z kreowaniem postaci, których autor nie ma zamiaru sprowadzać do samych symboli, paraboli, metafor czy żywych dowodów do wysnuwanych tez. Niemniej jednak dyskurs u Köcka, który za głównego patrona swego pisarstwa uważa Michela Foucaulta, pozostaje panem i władcą, chociaż rządzi w duumwiracie z językiem, o czym niżej. Austriak, daleki od potępienia zarówno mówiących o sobie w trzecie osobie bohaterów, jak i człowieka jako takiego, pozostaje bezlitosny dla licznych społeczno-politycznych struktur i procesów. Zapał krytyczny kieruje w stronę kapitalizmu, zwłaszcza w jego najbardziej drapieżnych formach, kolonializmu, globalizacji, neoliberalizmu, rasizmu… Zastanawia się nad narastającym kryzysem wspólnoty, rodziny oraz wszelkiej tożsamości jako takiej. Przestrzega przed napływem śmieci, fakenewsów i wszelkiego rodzaju symulakrów. Z tych właśnie elementów układa mozaikę zaniedbań, grzechów, przejawów pychy, ignorancji i zaślepienia szeroko rozumianego Zachodu.

Proces cywilizacyjny z iście historiozoficznym rozmachem przedstawia Köck jako „wielką paradę”. Niekończącą się, szaloną rewię ze wznoszeniem budynków opery pośrodku tropikalnej dżungli, migrantami zarobkowymi z Chin, pędzącymi bez zatrzymania pociągami czy zmuszonymi do rezygnacji z własnych marzeń tancerkami… Nadążając za tym wszystkim, raz za razem zmienia perspektywę, skalę i ostrość. Śmiało żongluje gatunkami, konwencjami i oczekiwaniami czytelnika. Wszelka spójność, struktura i hierarchia wydaje się mu podejrzana, ponieważ wątpliwymi są same fundamenty, na których można by te zacne budowle wznieść. A gdyby tego było za mało, „na końcu i tak zawsze język dyktuje materiałowi, co ma robić”. Stąd stawiane diagnozy, chociaż nie zawsze oryginalne czy odkrywcze, dzięki samemu sposobowi, w jaki zostały sformułowane, potrafią nieraz zaskoczyć, dogłębnie dotknąć czy wytrącić z równowagi. Wymagają wszelako uwagi, skupienia, wrażliwości oraz wewnętrznej, zarówno emocjonalnej, jak i intelektualnej pracy.

Wcale się więc nie dziwię, że raj potop, jak i cała Trylogia klimatyczna ma poważny problem z udanymi realizacjami. Przełożyć ją na teatr to prawdziwe wyzwanie reżyserskie. „Miałem ochotę – przyznaje się Köck – walnąć wielkim teatralnym projektem, by sprawdzić, do czego właściwie zdolny jest tekst teatralny. Kiedyś teatr był właśnie taki, ale nastąpiło znużenie formą literacką zwaną tekstem teatralnym. Jednocześnie chciałem zwrócić tej formie możliwość literackiego opisu świata. Także dlatego, że jestem przekonany, iż teksty dramatyczne dają dużo więcej swobody niż na przykład tekst prozatorski”. Z drugiej strony chętnych zmierzyć się z „potworem”, który potworem nie jest, wcale nie brakuje. 3 września 2020 roku w Thalia Theater w Hamburgu odbyła się pierwsza premiera całej trylogii. Reżyser Christopher Rüping zapewniał w prasie, że „w każdej z trzech opowieści jest więcej światowych i współczesnych zmagań, niż można przeczytać w Hamlecie”. W Polsce w Teatrze Żydowskim i Teatrze Ateneum czytania poszczególnych części przygotowała Karolina Kirsz, którym to przedsięwzięciom patronowała agencja ADiT oraz Austriackie Forum Kultury. Wreszcie w maju tego roku na spektakl Raj. Potop w reżyserii Grzegorza Jaremki zaprosiło STUDIO teatrgaleria w Warszawie. Chociaż nie miałem jeszcze przyjemności go zobaczyć, jestem przekonany, że czego jak czego, ale bolesnej aktualności widownia oglądająca spektakl w maseczkach dziełu Köcka odmówić nie mogła.

28-07-2021

Thomas Köck, Trylogia klimatyczna, przekład Jacek Kaduczak, ADiT, Warszawa 2020, 336 s.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: