AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zmyślne rozbrajanie młodzieżowej bomby

Bestia, reż. Przemysław Jaszczak, Lubuski Teatr w Zielonej Górze
Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
A A A
gophoto.pl  

Nastolatek w teatrze to gotowy do odpalenia ładunek wybuchowy. Nie znosi żadnej instytucji, a tu dodaje mu się do szkoły, rodziny i paru innych jeszcze jedną – taką, w której trzeba być cicho, zachować pozory bon tonu, a tu ciemność na widowni korci, kusi, prowokuje…

Więc gdy na scenie pojawia się jakaś dorosła kobieta w brunet-peruce, w jakimś mundurkowo-fartuszkowatym „autficie” no i jeszcze w białych podkolanówkach i czarnych pantofelkach (wszystko to pachnie na kilometr przesyconą lolitowatym erotyzmem mangą), no to śmiech na sali! A kiedy jeszcze ta wyperukowana brunet-cizia przedstawia się jako uczennica Wanda Sandał – no to ryk, rechot i jęk, bo żenada.

Ale sprytna dorosła dramaturżka to przewidziała, bo ona planuje kilkanaście ruchów naprzód. I żenada (pardon: żena) wkrótce się skończy, bo tej „dorosłej lasce” (tak sama siebie w tekście nazywa), wyekwipowanej w odpowiednio nastawioną wyobraźnię, akurat tak wyszło, gdy podążała w swoim pisaniu w ślad za wymyślonymi przez siebie od a do zet regułami kompozycji zarąbistego polskiego musicalu dla młodzieży. 

Polski musical dla młodzieży… Już samo to sformułowanie w kontekście rodzimych praktyk scenicznych brzmi nieswojsko. Po pierwsze dlatego, że musical jako gatunek nie jest u nas dobrze zakorzeniony i wystawienie go po dziś dzień nie zawsze bywa sukcesem na często jeszcze zasuszonych operetkowo scenach teatrów muzycznych. Po drugie dlatego, że musical dla młodzieży to podgatunek właściwie u nas nieznany, nietestowany i w związku z tym skrzętnie omijany przez teatry muzyczne w obawie przed podjęciem absurdalnego ryzyka. Natomiast realizacja musicalu dla młodzieży w teatrze dramatycznym – to już pachnie ryzykiem wręcz obłąkańczym, stratami finansowymi tudzież moralnymi: obciachem i utratą zaufania młodych widzów. Czyli po prostu na dno zaciągającą z donośnym bulgotem klapą. 

A jednak dyrektor Lubuskiego Teatru w Zielonej Górze Robert Czechowski podjął to potrójne ryzyko. Dlaczego? Jak domniemywam, po pierwsze dlatego, że autorką musicalu z życia gimnazjum pt. Bestia jest Malina Prześluga, która potrafi namierzyć zmiany gustów i wrażliwości młodych niczym radar bazy wczesnego ostrzegania, a potem zaatakować tę wrażliwość precyzyjnie nakierowanymi dramaturgicznymi pociskami. Po drugie dlatego, że zielonogórski zespół jest bardzo sprawny wokalnie, czego w ostatnich sezonach dowiódł choćby w trzech rozbudowanych muzycznie spektaklach (Piaf, grudzień 2013, Ach! Odessa – Mama, grudzień 2014, Gdy przyjdzie sen – tragedia miłosna, wrzesień 2015). Po trzecie dlatego, że na reżysera Bestii Robert Czechowski wybrał sprawdzonego już z powodzeniem dwukrotnie na deskach Lubuskiego Teatru Przemysława Jaszczaka (Kopciuszek, maj 2014, Dziewczynka z zapałkami, luty 2015). I znów się nie zawiódł.

Gdy Wanda Sandał (Joanna Wąż) już się przedstawi, cierpliwie przeczeka wybuchy radosnego rechotu młodych spektatorów i odwróci się do widowni plecami, by odegrać swoje pierwsze zetknięcie z nową szkołą, koleżankami, kolegami oraz panią wychowawczynią, ujawni się wszem i wobec prosty, naoczny fakt: jej „mangowaty” mundurek jest niezwykły, bo z tyłu nie ma normalnego granatowego materiału takiego jak z przodu. Jego plecy uszyte są z półprzezroczystego muślinu. Za chwilę okaże się, że takie same mundurki z półprzezroczystymi plecami mają wszyscy uczniowie i wszystkie uczennice nowej klasy Wandy Sandał. Oprócz tego istotnego szczegółu ich niekonwencjonalne, najwyraźniej teatralne mundurki różnią się od swych życiowych, komiksowych i filmowych pierwowzorów jeszcze czymś: wyposażone są w różne naszywki, które skrótowo oddają charakter noszących je młodych osób obojga płci, a może lepiej: oddają ich zamiłowania. Jeszcze precyzyjniej: ich marzenia o swych wcieleniach idealnych. I tak: dwie „hop do przodu” uczennice (Joanna Koc, Alicja Stasiewicz) w blond perukach – tak samo pokaźnych jak ta Wandy, lecz odmiennych w kolorze – mają z przodu naszyte kocie główki, znane i opatrzone jako podstawowe gadżety-symbole serialu Hello Kitty. W programie spektaklu (i zapewne w dramacie Prześlugi) nazwane są po prostu Kicia 1 i Kicia 2. Z kolei dwaj młodzi  samookaleczająco-dołujący się poeci-ponuracy (Emo 1 i Emo 2, James Malcolm, Radosław Walenda) są przyozdobieni pięknymi „jak żywymi” żyletkami, a jeden z osiłkowatych, agresywnych Głąbów, nie ukrywający swego dorosłego zarostu (Aleksander Stasiewicz), ma z tyłu naszyty wilczy pysk.

Zagadką jak na razie jest dla nas tytułowa Bestia (Robert Kuraś), czyli dość niepozorny, niczym się niewyróżniający (no, może oprócz rudej peruki) chłopak.

Wkrótce jednak zapomnimy, i to na długo, o kostiumach, symbolach, o perukach i szczegółach charakteryzacji sugerujących umownie, z wyraźnym przymrużeniem oka, że ci całkiem już dorośli młodzi ludzie to uczniowie i uczennice gimnazjum. Wciągnie nas bowiem w swe tryby ostro podkręcona sceniczna akcja, która przeniesie nas w sam środek nastoletnich obciachów, traum, stresów, szlochów, zgrzytów, fałszów, zdrad i upokorzeń. Malina Prześluga jest bezlitosna i nie szczędzi nam (a przede wszystkim młodym widzom) żadnej boleści, żadnej negatywnej emocji – na scenie odkrywa się przed nami ni mniej, ni więcej, tylko zagęszczony ciąg wydarzeń rodem z gimnazjalnego piekła. Kicie i Głąby wysuwają pazury i obnażają wilcze kły, a Bestia wyraziście udowadnia, że zasługuje na to miano. Młodzi ludzie stają twarzą w twarz z samonakręcającym się, przerastającym ich uniwersum przemocy. Mamy tu przemoc w formie mowy nienawiści, przemoc domową, sieciową, indywidualną i grupową, chamsko-grubiańską i wyrafinowaną. Każda jej wersja jest dojmująco prawdziwa, z życia wzięta i tym boleśniejsza, że dotyka ludzi w fazie formowania, naznaczonej maksymalnym natężeniem wrażliwości i drażliwości w poszukiwaniu finalnej zgody na samą/samego siebie. I my wszyscy na widowni – ci młodzi i ci starsi – wiemy, że ta autoakceptacja nie przyjdzie sama, że potrzebuje czułej, bezinteresownej pomocy z zewnątrz. A tej próżno by szukać w gimnazjum, do którego trafia Wanda Sandał, gdzie koleżanki i koledzy na dzień dobry nadają jej ksywkę „Kapeć” – ot, szkolne, grupowe „przywitanie”.

Wszystkiemu temu „akompaniuje” z wysokości swej edukacyjnej misji oraz (wątłego dość) autorytetu pani wychowawczyni, znakomicie, z wielkim wyczuciem groteski zagrana przez Tatianę Kołodziejską (w programie postać ta określona jest jako Placówka). Jej fałszywie nastrojony „pedagogiczny” falsecik świdruje aparaty słuchu ludzi na widowni i na pewno będzie sennym postrachem uszu wewnętrznych niejednego dorosłego amatora musicali dla młodzieży (u śpiących młodych wywoła raczej tylko uśmiech politowania). Warto przy tej okazji zaznaczyć, że istnym majstersztykiem inscenizacyjnym jest pojedynek Kołodziejskiej-Placówki (przeistoczonej na moment w Dyrekcję) z Joanną Wąż, czyli Wandą Sandał, odegrany (muzycznie oraz scenicznie) jako duet rodem z opery barokowej. Dyrekcja przyozdobiona jest tu wymyślną srebrną peruką w kształcie pokaźnych rozmiarów żaglowca, a wyśpiewywane przez obie panie fioritury podkreślane są wyszukanymi, barokowo rozległymi gestami.

Skoro już mowa o śpiewaniu: od pierwszego, inicjalnego monologu Wandy Sandał do samego końca spektaklu przywoływane są dystansująco tudzież ironicznie amerykańskie musicale i seriale z życia szkoły, będąc tutaj wyidealizowanym, dobrze już utrwalonym w polskiej kulturze masowej wzorcem, do którego powinien się odwoływać każdy porządny rodzimy musical dla młodzieży pokazujący szkolną rzeczywistość. Prześluga, Jaszczak oraz aktorski zespół wciąż, z dużą konsekwencją i takąż dawką gorzkiej ironii ten wzorzec przełamują, negują, nicują, bo chcą pokazać jego drugie dno, nie tylko rodzime, rodem z polskiego piekiełka, lecz – jak sądzę – uniwersalne.

Ale musical must go on, więc są tu także piosenki, bardzo dobrze napisane (prosta, lecz oryginalna linia melodyczna), uzupełnione pomysłowo opracowaną, „po szkolnemu” nieskomplikowaną choreografią. Tyle że… Aż nie chce się wierzyć, by wokalna forma zielonogórskich aktorów i aktorek aż tak się pogorszyła w ciągu kilku ostatnich miesięcy! Ze sporym niedowierzaniem, podszytym dziwnym podejrzeniem, przyjąłem bowiem fakt, że w niektórych piosenkach aktorki i aktorzy Lubuskiego Teatru po prostu fałszowali! A wspomniane wyżej dziwne podejrzenie ma treść następującą: sceniczni wykonawcy grają tu ludzi młodych, więc prowadzący ich muzycznie dwaj twórcy: reżyser spektaklu oraz kompozytor Krzysztof Domański polecili im śpiewać w stylu „młodzieżowo-amatorskim”. Innego racjonalnego wytłumaczenia tego szokującego faktu nie potrafię znaleźć.

Piosenki piosenkami, tańce tańcami, ale opisana tu szkicowo spirala przemocy rozkręca się na scenie bardzo szybko, prowadząc do nieuchronnego zdawałoby się (także już wyeksploatowanego przez filmy i seriale) finału: zabicia kozła ofiarnego. W musicalu Prześlugi może nim być Wanda Sandał lub inna dziewczyna, także ciężko pokrzywdzona przez Bestię, określona w libretcie jako Grzeczna (ponownie Alicja Stasiewicz, która gra dwie role). Tymczasem dramaturżka wykonuje tu znaną ze swych innych tekstów narracyjną woltę: oto aktorki i aktorzy zdejmują peruki, ukazując się widzom w swych całkiem już dorosłych wcieleniach. Tyle że nadal mają na sobie te dziwne mundurki, łączące ich z granymi przed chwilą postaciami. Istniejąc wobec nas w tej hybrydalnej formie, wypowiadają do młodych ludzi na widowni swoje własne, dorosłe przesłanie (tyle że tekst jest autorstwa Prześlugi – dobrze zakomponowany, intelektualnie i dramaturgicznie poukładany, więc ta ich „prywatność” ma jednak wciąż charakter mocno sceniczny). Ale tym razem, w odróżnieniu np. od poznańskiej Stopklatki, wcale mi to nie przeszkadza. Mądre słowa o trudnym, żmudnym, ale pięknym dochodzeniu młodych do samoakceptacji same są przeniknięte mądrym, dorosłym zrozumieniem dla młodzieńczego, skrajnie trudnego fragmentu ludzkiej egzystencji. A ponadto są udanym zwieńczeniem dramatycznych wypadków, które przed chwilą zmierzały do, zdawałoby się, nieuchronnego tragicznego finału.

Bestia będzie prezentowana młodym widzom zamieszkałym poza ośrodkami teatralnymi, bowiem realizacja tego spektaklu włączona jest w projekt Teatr nie gryzie – spróbuj go oswoić. Jestem raczej spokojny o powodzenie tego przedsięwzięcia, bowiem dzieło Prześlugi, Jaszczaka i całego zespołu twórców jest mądre, atrakcyjne scenicznie i mało nachalne pedagogicznie. Mam zatem pewność, że nim młodzi ludzie płci obojga zasiadający na widowniach różnych domów kultury, spędzeni tam przez szkoły, odbezpieczą i zdetonują swoje bomby rechotu, pokasływania i mało parlamentarnych, szyderczych komentarzy, zostaną przez zielonogórską Bestię pokojowo, łagodnie rozbrojeni, a później wciśnięci w fotele, a jeszcze potem finalnie umocnieni w swym poszukiwaniu sensu siebie samych.

27-11-2015

Lubuski Teatr w Zielonej Górze

Malina Prześluga

Bestia

reżyseria i opracowanie muzyczne: Przemysław Jaszczak

scenografia, projekcje: Mateusz Mirowski

kostiumy: Adam Królikowski

muzyka, przygotowanie wokalne i opracowanie muzyczne: Krzysztof Domański

ruch sceniczny: Piotr Soroka

obsada: Joanna Wąż, Robert Kuraś, Alicja Stasiewicz, James Malcolm, Radosław Walenda, Joanna Koc, Aleksander Stasiewicz, Tatiana Kołodziejska

prapremiera: 7.11.2015

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
dwa plus trzy jako liczbę:
komentarze (2)
  • Użytkownik niezalogowany pinqween
    pinqween 2017-01-02   20:29:46
    Cytuj

    Treść jest dobra, lecz zbyt adekwatna do takiego typu recenzji :)

  • Użytkownik niezalogowany obiektywna
    obiektywna 2015-12-03   20:38:47
    Cytuj

    Słabe