AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Duet (nie)istniejący

Absolwentka Uniwersytetu Gdańskiego, doktor nauk humanistycznych. Referentka krajowych i międzynarodowych konferencji naukowych poświęconych literaturze i kulturze. Publikowała m.in. w internetowym „Dzienniku Teatralnym” oraz w miesięczniku „Teatr”. Współpracowała z Centrum Sztuki Współczesnej „Łaźnia” i Nadbałtyckim Centrum Kultury w Gdańsku. Mieszka w Gdyni.
A A A
fot. Marta Ankiersztejn  

Anna Jazgarska: W najbliższym czasie zobaczymy cię na scenie Klubu „Żak”, gdzie w ramach Gdańskiego Festiwalu Tańca pokazane zostanie Drganie jednej struny, przedstawienie zrealizowane w koprodukcji twojego Teatru Dada von Bzdülöw i Instytutu Mirabelka w Lublanie.  

Katarzyna Chmielewska: Tak, zapraszamy serdecznie, gramy 17 grudnia. Bardzo lubię i cenię to przedstawienie, zrealizowaliśmy je z Magdaleną Reiter i Jakubem Truszkowskim w końcówce pandemii. To spektakl inspirowany powieścią Solaris Stanisława Lema, ale bez wątpienia mówi on o tamtym czasie, kiedy świat zamarł w bezruchu, a my wraz z nim nagle i niespodziewanie zostaliśmy unieruchomieni w naszych prywatnych mikrokosmosach.

Nie gramy tego przedstawienia często, jest to dość skomplikowane z uwagi na międzynarodową ekipę. Każde z nas mieszka właściwie w innym kraju, nie jest łatwo się zebrać. Tym bardziej cieszę się, że udało nam się wrócić do tego spektaklu po jakimś czasie. W październiku tego roku zagraliśmy go w krakowskiej Cricotece, teraz szykujemy się do prezentacji w Gdańsku.

Bardzo cenię to przedstawienie i cieszę się, że jest tak żywotne, że po dwóch latach jest przez was wciąż grane. I to pomimo trudności logistycznych, o których wspomniałaś.

Spektakle Dada na ogół miały wiele grań. Zawsze staraliśmy się, aby spektakle nie umierały tuż po premierze, ale dojrzewały w kolejnych prezentacjach. W Polsce obecnie jest o wiele trudniej niż kiedyś utrzymać tę żywotność przedstawienia. Oczywiście to pandemia po części uformowała tę skomplikowaną sytuację, ale nie tylko. Aktualnie jest może trochę lepiej, taniec nieco wyszedł z tego pandemicznego impasu, jednak wciąż sytuacja jest dość niepokojąca. Lata temu z Teatrem Dada graliśmy po czterdzieści przedstawień rocznie. Obecne warunki są zupełnie inne, taka liczba nie byłaby już możliwa.

Ale przy okazji Drgania jednej struny chcę powiedzieć o czymś jeszcze. Moja obecna sytuacja, mój aktualny status zawodowy, ale przede wszystkim mój sposób widzenia rzeczywistości, z przestrzenią sztuki włącznie, powodują, że już nieco inaczej postrzegam czas. To przedstawienie jest w moim odczuciu bardzo uniwersalne. I w tej uniwersalności ono cały czas jest, czeka na odpowiedni dla siebie moment. Jeśli nie jest grane – nie znaczy wcale, że go nie ma. Drganie jednej struny ma w sobie jakąś ponadczasową siłę, nie dezaktualizuje się. Mam poczucie, że jeśli zbierzemy się po kilkuletniej nawet przerwie i zagramy je, nic ono nie utraci, bo nie jest uczepione szczegółów jakiejś konkretnej, aktualnej rzeczywistości.

Drganie jednej struny to ostatnia produkcja Teatru Dada von Bzdülöw, teatru, który założyłaś wraz z Leszkiem Bzdylem i który współtworzyłaś przez ćwierć wieku. Zapytam wprost – czy to koniec Teatru Dada?

Stowarzyszenie Teatr Dada von Bzdülöw funkcjonuje. Nie zostało zamknięte, jest, realizuje projekty. Zmiana polega na tym, że w tej chwili działam sama. Leszek jest w momencie przerwy od Teatru Dada. Ujmę to tak: w historii Teatru Dada było bardzo wiele momentów, kiedy to obwieszczaliśmy sami sobie koniec, kiedy nie widzieliśmy już przyszłości. Zawsze jednak do ostatecznego zakończenia nie dochodziło, Teatr Dada wciąż trwał. Pojawiała się jakaś kolejna fala, która go niosła. Nie wiem, czy teraz to nastąpi. Wątpię. Biorąc pod uwagę bardzo wiele czynników – wątpię, żebyśmy z Leszkiem kontynuowali pracę w tej „dadowej” formule. Z drugiej strony, mam głęboką świadomość prawdziwości powiedzenia „nigdy nie mów nigdy”. Nie wiem, czy za pięć lat coś się nie zmieni.

Oficjalne zamknięcie Teatru Dada von Bzdülöw nie nastąpiło, ale fakt jest taki, że na ten moment nie pracujemy z Leszkiem razem. Projekty realizuję sama.

Odnośnie twoich projektów – jakiś czas temu wczytywałam się w wasze zawodowe losy.  Mówiąc wasze, mam na myśli trójmiejskie środowisko tańca. Z ciekawością zauważyłam, że jakkolwiek nie spojrzeć na wszystkie te relacje i losy, zawsze prowadzą one do jednej postaci. Waszą matką jest Janina Jarzynówna-Sobczak, założycielka Państwowej Szkoły Baletowej w Gdańsku.

To jest niesamowite i jednak dość niespodziewane, że dotarłam w swojej pracy do samego źródła (śmiech). To jest dla mnie, z wielu względów, naprawdę wielka rzecz!

Jak to się stało, że zainteresowałaś się postacią Janiny Jarzynówny-Sobczak?

Janina, Jana, „Jarzynka”. Matka, mama. Nie wiem, jak to przyszło, jak na nią wpadałam. To ma chyba związek z tym etapem życia, w którym obecnie jestem. Nie jest to jeszcze czas jakichś wielkich, intensywnych podsumowań, ale jednak wiele spraw staram się zobaczyć z innej perspektywy. To naturalne w moim wieku, okolice połówki życia są chyba dość mocno refleksyjno-filozoficzne. Mniej więcej do połowy życia większość osób jest w pędzie, który finalizowany jest swoistym zatrzymaniem i refleksją. Trzeba zatrzymać się i coś zobaczyć, obejrzeć; odpowiedzieć na pytania „dlaczego” i „po co”. Skąd takie decyzje, a nie inne. I kiedy ja zaczęłam się przyglądać sobie w takich właśnie kontekstach – odnalazłam Janinę.

Janina Jarzynówna-Sobczak pochodziła z Krakowa, do Gdańska przyjechała wraz z mężem, nie była to do końca zaplanowana przeprowadzka. Ale będąc już tutaj, bardzo mocno poczuła, że to jest jej miejsce. Ona była osobą bardzo mocno ufającą emocjonalnym doświadczeniom, a jednocześnie była niebywałą intelektualistką. Jestem świeżo po wywiadzie z Iloną Trybułą, która była uczennicą pani Janiny. Były w silnej relacji i w bliskim kontakcie, dlatego bardzo zależało mi na tym, żeby włączyć doświadczenia i wspomnienia Ilony w moją pracę. Tym bardziej, że była ona zaangażowana w tę najpóźniejszą pracę pani Janiny, pracę już typowo dydaktyczną i konsultacyjną. Ilona podkreślała, że owszem, pani Janinie niebywale bliskie były uczucia, natura, wszystko to, co pobudza nas emocjonalnie. Ale zarazem podkreśliła, jak głęboko intelektualna była jej praca. I zawsze sfera intelektualna towarzyszyła pani Janinie bardzo intensywnie.

Tuż po wojnie Janina Jarzynówna-Sobczak wpadła na pomysł, aby otworzyć, właściwie na gruzach, szkołę artystyczną. I to jej się udało. Także dlatego, że posiadała niesamowitą charyzmę, która przyciągała do niej osoby wspierające. Natychmiast więc otrzymała wsparcie dla swojego pomysłu i tak w 1946 roku powstała Szkoła Tańca Artystycznego we Wrzeszczu, przy ulicy Jaśkowa Dolina.

Czyli główną pracą w ramach twojego stypendium była praca badawcza poświęcona postaci Janiny Jarzynówny-Sobczak?

Tak, ale finalnym efektem tego okresu badawczego jest materiał ruchowy. Ponieważ w całym projekcie nie chodziło mi o zajęcie się postacią pani Janiny wyłącznie w ujęciu biograficzno-historycznym, lecz o pochylenie się nad jej sposobem pracy, nad strukturą konkretnych choreografii. Co towarzyszyło tym konstrukcjom, co je warunkowało, modelowało. To było dla mnie najciekawsze. Janina Jarzynówna-Sobczak stworzyła ponad czterdzieści choreografii. Bardzo wiele. Była niezwykle twórczą osobą.

Na czym pracowałaś? Choreografie Janiny Jarzynówny-Sobczak były rejestrowane?

Istnieją rejestracje choreografii, jest ich niestety niewiele. Ale są. Janina Jarzynówna-Sobczak realizowała sporo dla Telewizji Polskiej i istnieje pewna liczba nagrań takich właśnie prac. Te realizacje najczęściej kręcone były w przestrzeniach otwartych, w naturze, na przykład na wydmach, nad morzem. Poza tym korzystałam z fotografii.

Jakie były twoje pierwsze refleksje w kontakcie z jej pracą?

Muszę przyznać, że moja ostatnia rozmowa z Iloną Trybułą bardzo wpłynęła na moje postrzeganie pracy Janiny Jarzynówny-Sobczak. Wzmocniła moje pierwsze intuicje i interpretacje. A były one takie, że Janina Jarzynówna-Sobczak kochała relacje. Kochała słuchać i obserwować ludzi, ich miłości, spotkania, związki. Z nich czerpała inspirację do pracy, ich energię wykorzystywała do budowania konkretnych choreografii. Forma jej przedstawień, która z dzisiejszej perspektywy może nam się wydawać bardzo mocna i wyrazista, wcale nie była najważniejsza. Najistotniejsze zawsze były emocje, ich energia. Najważniejsze były przeżycia osób tańczących, ich bagaż emocjonalny, to, co przynosili ze sobą, a co ona potrafiła doskonale wydobyć. Oczywiście, emocje są u niej w mocnej ryzie choreograficznej, w muzyce, ale takie były wówczas czasy, taki system budowania choreografii. Zresztą muzyka to osobny, rozległy temat jej pracy. Nie jest to muzyka, którą da się łatwo „rozliczyć”, nie jest to muzyka ogólnie przystępna. Sama z nią teraz zresztą pracuję i jest ona wielkim wyzwaniem.

Przy czym należy podkreślić, że jej praca z cudzymi emocjami nie miała charakteru „wampirycznego”. Ona otaczała ludzi ogromną troską i życzliwością, nie nadużywała nikogo. We wspomnieniach o niej wielokrotnie pojawia się określenie „mama”, bo otaczała osoby, z którymi pracowała, rodzajem matczynej troski, opieki.

Badając jej pracę, odnosząc jej pracę do swojej twórczości – czujesz z Janiną Jarzynówną-Sobczak jakąś bliskość w tym obszarze? Znalazłaś jakieś punkty wspólne? Czy może to zupełnie osobne historie pracy, tworzenia?

Pierwsze, co przychodzi mi do głowy: nie. Z uwagi na odmienność narzędzi do pracy, które wówczas były zupełnie inne. Jednak w moim spotkaniu z „żywym” wspomnieniem o Janinie Jarzynównie-Sobczak, mam tu na myśli spotkanie z Iloną Trybułą, okazuje się, że jednak tak, mamy wspólne punkty. Jej praca polegała również na pracy ze stanami emocjonalnymi, one traktowane były jako droga do „poruszenia” ciała, do wydobycia z niego ruchu. Ja również pracuję tą metodą. Wchodzę w pewne stany, ich inspiracją jest muzyka, natura czy jeszcze coś innego i z nich wydobywam ruch, który „płynie” z ciała. I w tym obszarze odnajduję z pracą Janiny Jarzynówny-Sobczak podobieństwo.

Oglądając jej prace, zauważamy także, jak bardzo kochała ciało. Kostiumy osób występujących u niej były często opinające, cieliste. Oskarżano ją zresztą wielokrotnie o epatowanie golizną, o obrazoburczość. Miała bardzo nowoczesne podejście do ciała, które obecnie przecież jest traktowane jako narzędzie komunikacyjne. Ona to wówczas doskonale rozumiała, co jest niezwykle ciekawe i wyprzedzające czas. W każdym razie – to widzenie ciała również jest punktem wspólnym naszych prac.

Polubiłaś ją?

Bardzo! Wydaje mi się, że była niesamowitą osobą. Pracując nad tym projektem, wiele razy wspominałam czasy swojej edukacji. Szkołę baletową i osoby uczące w niej, które, delikatnie mówiąc, przekraczały nas, uczących się, wielokrotnie i dotkliwie. Za moich czasów panowała tak zwana „rosyjska szkoła”, która często polegała na zwykłym gnębieniu. Oczywiście nie chcę tu generalizować – nie wszyscy tacy byli, ale jednak te nadużycia miały miejsce, były niejako elementem całego systemu.

Janina Jarzynówna-Sobczak jawi się jako osoba, która do edukacji podchodziła w bardzo „dzisiejszy” sposób – wspierający, życzliwy, uważny na indywidualne potrzeby i zasoby. Bez posługiwania się przemocą. Za to niezwykle ją cenię.

W historii mamy mnóstwo przykładów „osób mistrzowskich”, które w swoim czasie budziły podziw, respekt, które wiele po sobie zostawiły, ale w osobistym kontakcie powodowały wiele cierpienia. Droga, którą dochodziły do swojego dzieła, była naznaczona stratami innych. Janina Jarzynówna-Sobczak nie była taką mistrzynią. Dziesiątki osób, które uczyła, z którymi pracowała, opowiadają o niej z miłością i wielką sympatią. Ludzie ją kochali, bo wspierała, pokazywała to, co mieli w sobie najlepszego. Była liderką w bardzo nowoczesnym, dzisiejszym rozumieniu i ujęciu. Oczywiście, bywała ostra, jak każdy z nas. Ale to zawsze było podbudowane życzliwością. I nie odnosiło się do człowieka, a do jego działania, zachowania.

Miałaś z nią kiedykolwiek jakiś bezpośredni kontakt?

Głównie funkcjonowała w sferze moich wyobrażeń. Kiedy dochodziłam do końca szkoły, ona prowadziła zajęcia z improwizacji i gry aktorskiej. Niestety, nie miałam szczęścia być jej regularną uczennicą, ponieważ odeszła wówczas, gdy dla mnie przyszedł czas na te właśnie zajęcia. Uczestniczyłam zaledwie w dwóch, trzech spotkaniach z nią. Ale całe lata mijałam ją na korytarzach, witałam się z nią. Tylko tyle.  

Skończyłaś już materiał ruchowy, który finalizuje Twoje pracę w ramach Gdańskiego Stypendium Artystycznego?

Obecnie go dopracowuję, są to ostatnie szlify. Jak wspomniałam już, ta praca będzie miała drugi etap. To dla mnie bardzo ważne, ponieważ będę mogła zgłębić i rozwinąć szczególnie interesujące mnie obszary, punkty, do których doszłam w dotychczasowej pracy. Materiał ruchowy, który kończę, to praca solowa, jest ona rodzajem abstraktu, zawiera w sobie wszystkie najistotniejsze refleksje i tezy w ujęciu całościowym. Pełnoprawne przedstawienie będzie dużo bardziej skupione na detalach, będzie bardziej analityczne. Tytuł stypendium to „Nieistniejący duet z Janiną” i myślę, że w przyszłym przedstawieniu pójdę w tym kierunku – pracy z nieobecną, niedostępną już w pewnym kontekście mistrzynią, która wychowała całe pokolenia. I, co należy podkreślić mocno, zbudowała fundamenty pod cały trójmiejski taniec współczesny.

Zaczęłaś już pracę nad tym przedstawieniem?

Tak, pracuję z muzyką Zbigniewa Turskiego, Tadeusza Bairda i z muzyką współczesnej kompozytorki, Teoniki Rożynek. Póki co, pracując nad tym pomysłem, poddaję się pewnym stanom, nagrywam to, co ruchowo z nich wypływa i buduję z tych fragmentów dłuższe sekwencje choreograficzne. Do tej pracy chcę zaprosić tancerkę trójmiejską, której personaliów jeszcze nie zdradzę, ponieważ nie jesteśmy ostatecznie umówione. Na pewno chcę zaprosić do pracy Ilonę Trybułę jako opiekunkę merytoryczną, jej doświadczenia wydają mi się nieocenione.

Wyjdzie „duet nieistniejący”?

Mam nadzieję (śmiech). Oczywiste jest tu nawiązanie do jednego z przedstawień Teatru Dada von Bzdülöw (Duety nieistniejące, przedstawienie z 2011 roku – przyp. A.J.). Ale myślę, że ów tytuł nazywa pewną potrzebę stworzenia duetu niemożliwego, zbudowania „pary” z kimś, z kim nigdy tej „pary” nie utworzymy. Pociągająca jest perspektywa bycia w duecie z mistrzem, mistrzynią.

Co cię najbardziej zaskoczyło w całej tej pracy z postacią i twórczością Janiny Jarzynówny-Sobczak?

Najbardziej zaskakujący był sam powrót do pracy w samotności. Lata temu, gdy zaczynałam swoją pracę, tak właśnie bywało – pracowałam wiele w samotności, sama ze sobą, analizując i badając różne obszary, próbując w pojedynkę. Później były lata pracy w grupie, we wspólnej perspektywie, często w pędzie. Ten obecny etap, bycia z samą sobą, jest dla mnie bardzo dobry, ciekawy i potrzebny. Wróciłam do siebie sprzed wielu, wielu lat, choć jednocześnie jestem na innym etapie siły, pewności siebie, potrzeb. Mam poczucie, że praca z dziełem Janiny Jarzynówny-Sobczak dała i daje mi wielką siłę. Mam wrażenie, że ona zostawiła tu, w Trójmieście, jakąś energię, którą my wszyscy, osoby tańczące, tworzące i edukujące w tańcu i choreografii, w jakiś sposób reprodukujemy. Jestem bardzo wdzięczna za to doświadczenie.

Dziękuję ci za rozmowę i do zobaczenia.

06-12-2023

Katarzyna Chmielewska − tancerka, choreografka, nauczycielka tańca, współzałożycielka Teatru Dada von Bzdülöw (od 1993 roku), natomiast od roku 2008 − prezeska Stowarzyszenia Teatr Dada von Bzdülöw. W 1993 ukończyła Państwową Szkołę Baletową w Gdańsku, a kilka lat później studiowała taniec współczesny w szkole tańca współczesnego P.A.R.T.S. w Brukseli (1996-1997). Autorka kilkudziesięciu choreografii i projektów z obszaru teatru tańca w kraju i zagranicą.


skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (4)
  • Użytkownik niezalogowany 말라떼
    말라떼 2024-06-10   10:13:33
    Cytuj

    Are you ready to dive into the vibrant world of Philippines nightlife? Click here for more: ->-> 말라떼.COM

  • Użytkownik niezalogowany Mitchell Marsh
    Mitchell Marsh 2024-04-26   11:55:40
    Cytuj

    Katarzyna Chmielewska's invite to their December 17 efficiency, motivated by Stanisław Lem's Solaris, provides a poignant representation on pandemic-induced seclusion. Perfectly mixing art and also social discourse this manufacturing by Chmielewska, Magdalena Reiter, as well as Jakub Truszkowski envelops the icy significance of our cumulative experience. Its thematic vibration can function as an engaging background for discovering legal thesis topics on the crossway of art, social characteristics together with the legislation in the middle of amazing situations.

  • Użytkownik niezalogowany Muhammad Anas
    Muhammad Anas 2024-03-31   21:49:08
    Cytuj

    In such a internet site, you'll see this webpage, you need to realise that facts. Peace Lily Plant

  • 2023-12-26   10:26:26
    Cytuj

    I like her a lot google