AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Teatr na rubieżach

Teatrolog, krytyk teatralny, wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego (adiunkt w Katedrze Kultury i Sztuki w Instytucie Filologii Polskiej). Badawczo interesuje się dramaturgią współczesną i teatrem „nowej realności”. Publikowała m.in. na łamach „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego”, „Teatru”, "Dialogu". Była kierownikiem literackim Teatru Muzycznego w Gdyni, Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu i Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza w Gdyni, a także kierownikiem literackim i dyrektorem programowym Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port w Gdyni. Współtworzyła również projekt Gdyńskiej Nagrody Dramaturgicznej. Jest autorką książki Gra o zbawienie. O dramatach Tadeusza Słobodzianka.
A A A
 

Tworzymy zwartą, silną drużynę, która podejmuje się zupełnie nieprawdopodobnych wyzwań. Stawiamy na jakość, podnosząc ciągle poziom naszych propozycji artystycznych. Najbardziej cieszy mnie jednak to, że nie zrobiłem w Olsztynie „teatru Kijowskiego”. Nie wykorzystuję funkcji dyrektora do popisywania się swoimi reżyserskimi możliwościami.  Rozmowa z Januszem Kijowskim.

Joanna Puzyna-Chojka: Już dziesięć lat sprawuje Pan funkcję dyrektora naczelnego i artystycznego Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Choć to pytanie mocno spóźnione, chciałabym zrozumieć, w jakich okolicznościach u reżysera filmowego z europejskim adresem zrodził się pomysł na objęcie teatru na rubieżach?

Janusz Kijowski: Na tę decyzję złożyło się wiele spraw. Przede wszystkim uświadomiłem sobie, że kino, jakie chciałbym realizować, przeszło już do historii. Kino autorskie jest kinem katakumb – trudno pozyskać na nie publiczne środki, jeszcze trudniej liczyć na jego dystrybucję. W tej chwili można uprawiać jedynie kino komercyjne albo kino telewizyjne. A to mnie nigdy nie interesowało.

Teatr nie był mi całkiem obcy, jako że równolegle do twórczości filmowej zajmowałem się reżyserią teatralną i operową. Było mi łatwo przejść pewnego rodzaju mutację. Teatr im. Jaracza w Olsztynie był dla mnie miejscem szczególnym, ponieważ w latach 90. zrealizowałem tutaj dwie duże inscenizacje: Mszę za miasto Arras według powieści Andrzeja Szczypiorskiego i Czarownice z Salem Arthura Millera. Poznałem zespół i zobaczyłem, że na tzw. prowincji jest dużo więcej chęci do pracy, zapału, pozytywnej energii, żeby robić coś niestandardowego, niekomercyjnego. Są też wielkie talenty aktorskie, niedostrzegane z perspektywy Warszawy.

Poza tym wszystkim jestem rodzinnie związany z tą ziemią. Mąż jednej z moich ciotek, Walter Późny, był autochtonem – zmarł w ubiegłym roku w wieku stu dwu lat… Był niezwykle ciekawą postacią, takim mazurskim Sabałą. Kiedy przyjeżdżałem tu w dzieciństwie, obdarowywał mnie swoimi opowieściami, zakorzeniając we mnie nie tylko wiedzę, ale i dużo miłości do tego regionu, który nieco samowolnie uznałem za swój Heimat. Jestem dumny, że żyję w miejscu, które – w przeciwieństwie do coraz bardziej homogennej Polski centralnej – zachowało pamięć o dawnej Rzeczypospolitej wielu narodów, kultur, wyznań.

Jak teatr olsztyński ewoluował przez tę dekadę? Co uważa Pan za swój dyrektorski sukces?

Za najważniejszy swój sukces uważam to, że zespół nie skłócił się ze sobą ani ze mną. Tworzymy zwartą, silną drużynę, która podejmuje się zupełnie nieprawdopodobnych wyzwań. Stawiamy na jakość, podnosząc ciągle poziom naszych propozycji artystycznych. Najbardziej cieszy mnie jednak to, że nie zrobiłem w Olsztynie „teatru Kijowskiego”. Nie wykorzystuję funkcji dyrektora do popisywania się swoimi reżyserskimi możliwościami.

Rzeczywiście – reżyseruje Pan w swoim teatrze niezwykle rzadko. W ciągu dziesięciu lat doliczyłam się ledwie pięciu spektakli firmowanych Pańskim nazwiskiem.

Teatr w mieście tej wielkości, co Olsztyn nie może mieć autorskiego charakteru. Realizuję bardzo różnorodny repertuar – można go nazwać eklektycznym – który musi obsłużyć bardzo różne gusty i zapotrzebowania naszej publiczności, również na rozrywkę. Prowadzę jedyny teatr dramatyczny w regionie – moja „jurysdykcja” obejmuje obszar rozrzucony w przestrzeni około 200 km., od Nowego Miasta Lubawskiego do Olecka, Gołdapi i Ełku. Aby utrzymać wysoki poziom, musiałem stworzyć system wewnętrznej konkurencji, dzięki któremu mogę poczuć na plecach oddech młodszych pokoleń artystów. W tym celu stworzyłem trzy profesjonalne sceny teatralne, z których każda jest inaczej sprofilowana – Duża Scena przeznaczona repertuarowi klasycznemu; Scena Kameralna, na której gramy sztuki współczesne, polskie i zagraniczne; wreszcie Scena Margines, byt niemal autonomiczny, nastawiony na eksperyment artystyczny. Władzę nad tą ostatnią oddałem w ręce bardzo młodych reżyserów i krytyków, z którymi często się kłócę na śmierć i życie, ale szanuję zarazem ich odmienny pogląd na sztukę. Powstają na niej przedstawienia, których sam nigdy nie odważyłbym się wyreżyserować. Scena Margines to takie niesforne, ale hołubione przeze mnie dziecko…

W wywiadach wielokrotnie mówił Pan o przekształceniu teatru w nowoczesny multipleks. Czy ta idea została zrealizowana dziś po przebudowie i modernizacji zabytkowej siedziby, w której funkcjonują trzy niezależne od siebie sceny, wyposażone w nowoczesną technologię pozwalającą realizować różne formy teatralne?

To jest trochę żart nawiązujący do tego, czym stało się kino wchłonięte przez centra handlowe, gdzie sztuka stała się dodatkiem do marketu i gastronomii. Dzięki remontowi, który zajął nam trzy lata, stworzyliśmy nowoczesny – choć ulokowany w zabytkowych murach – obiekt teatralny, gdzie moglibyśmy grać równocześnie nawet na czterech autonomicznych scenach, wliczając w to studencką scenę „u Sewruka”. Nie ma to jednak sensu, bo nie bylibyśmy w stanie zwabić do teatru tylu widzów. Zdarza nam się jednak często granie dwóch spektakli jednocześnie.

Mam nadzieję, że nie staniemy się rychło multipleksem teatralnym. Choć jako dyrektor muszę też brać pod uwagę zmianę gustu kolejnych pokoleń. Może kiedyś młodzi ludzie będą przychodzili do teatru nie na konkretny spektakl, tylko – tak jak w multipleksie właśnie – będą wybierali dla siebie odpowiednią ofertę dopiero w holu przed kasą, śledząc obsadę czy faworyzując określony gatunek.

Krytyka teatralna straci wówczas rację bytu?

Teatr w mieście tej wielkości, co Olsztyn nie może mieć autorskiego charakteru. A coś takiego jeszcze istnieje? W Olsztynie nie ma krytyki teatralnej, co zresztą nie tylko ogromnie utrudnia tworzenie polityki repertuarowej, ale i pozbawia nas możliwości weryfikacji tego, co proponujemy. Dlatego we własnym zakresie musimy fundować sobie od czasu do czasu „seanse prawdomówności”, żeby stworzyć suwerenny system oceny. Tak sobie dobieram współpracowników z działu artystycznego, żeby mieli inny niż ja gust i pogląd na teatr. Z Ewą Jarzębowską – kierownikiem literackim czy Mariuszem Sieniewiczem – moim asystentem do spraw programowych regularnie wdaję się w spory, podczas których lecą przysłowiowe iskry. Bardzo sobie to cenię, choć nie ukrywam, że jako dyrektor rezerwuję dla siebie prawo do rozstrzygającego głosu, postawienia ostatecznego stempla na repertuarze, za który biorę odpowiedzialność.

Jak rozumiem, w idei multipleksu chodzi też o rozszerzenie pola działalności teatru. Olsztyński teatr to przecież nie tylko producent spektakli, ale gospodarz studia aktorskiego, organizator dwóch festiwali i szeregu projektów o charakterze  edukacyjnym. Czy myśli Pan o teatrze jako nowoczesnym centrum kultury?

Często zadaję sobie i swoim współpracownikom pytanie o to, ile jest teatru w teatrze. Produkcja spektakli ma być wciąż sercem teatru, ale – przykładając wagę do budowania repertuaru – chcemy uczynić z niego także miejsce debaty społecznej. Kiedyś przestrzenią do dyskusji był „Czerwony Październik” – cykl debat organizowanych wspólnie ze środowiskiem „Krytyki Politycznej”, poświęconych współczesnej kulturze, sztuce, filozofii i polityce, w których zachęcaliśmy do rozmowy na tematy pomijane w oficjalnym dyskursie, takie choćby jak teatralizowanie zbiorowej rozpaczy poprzez „spektakle żałoby narodowej” czy wpływ bajek i filmów z dzieciństwa na kształtowanie określonych postaw kulturowych i społecznych. Dwa lata temu zmieniliśmy formułę tych spotkań, zapraszając w każdy poniedziałek stycznia na burzliwe dyskusje pod hasłem „Powstania Styczniowe”, podczas których – wspólnie z intelektualistami z różnych ośrodków w Polsce – stawiamy pytania o miejsce kultury w polityce miasta czy zadania wpisane w formułę teatru instytucjonalnego, ale rozmawiamy też o koniunkturalności rozmaitych praktyk równościowych czy roli kobiet w ruchach narodowo-wyzwoleńczych, zawsze jednak w lokalnym, olsztyńskim kontekście. W ramach „Gońca Teatralnego” pracujemy z licealistami, dając im możliwość spróbowania sił i potwierdzenia swoich predyspozycji scenicznych. Prowadzimy dwusemestralne kursy wiedzy o teatrze dla nauczycieli, którzy dzielą się potem z nią ze swoimi uczniami, ucząc ich głębszego spojrzenia na spektakl, ale i wpajając świadomość, jaką rolę teatr odgrywa w życiu społecznym. Bardzo ważny jest też „Teatr przy stoliku”, z którym wykraczamy często poza naszą siedzibę, docierając do najdalszych rubieży naszego województwa. Prezentując w postaci czytania współczesną literaturę dramatyczną w interpretacji naszych aktorów, dajemy ludziom namiastkę teatru. Nie możemy sobie pozwolić na objazd regionu z dużymi spektaklami, bo to jest i bardzo kosztowne, i trudne logistycznie. Ale w takiej zredukowanej formie też warto spotykać się z publicznością z małych miasteczek w regionie. Część z tych osób przyjeżdża potem do naszego teatru.

Jako polski socjalista, o poglądach PPS-owskich, wierzę w sens takiej działalności, która może nie jest spektakularna, ale przynosi w dłuższej perspektywie owoce. Status sceny narodowej nakłada na nas – w moim poczuciu – dodatkowe obowiązki.

Czy budżet teatru wystarcza na realizowanie tej misji?

Wliczając przychody własne, dysponuję kwotą około siedmiu milionów rocznie. To pozwala na podejmowanie tego typu działań. Oczywiście zawsze można by robić więcej. Bardzo żałuję, że nie znalazły się dodatkowe środki, które pozwoliłyby nam zatrzymać budynek przy ulicy Pstrowskiego, który stał się naszą siedzibą na czas remontu. Specyficzna lokalizacja tej sceny na terenie jednego z olsztyńskich blokowisk przyciągnęła do nas zupełnie inną publiczność, która wcześniej nie chodziła do teatru. Gdybyśmy zdołali ją utrzymać, można by budować tam zupełnie odrębny repertuar kierowany do widzów tego „teatru w blokowisku”.

Teatr im. Jaracza wciąż przoduje, w porównaniu z innymi scenami w Polsce, jeśli chodzi o liczbę wystawianych premier. Nawet w trudnym okresie bezdomności, kiedy graliście poza siedzibą, przygotowywaliście dziesięć-dwanaście premier rocznie. Co jest podstawą Pańskiego myślenia o repertuarze? Przez dziesięć lat miał Pan możliwość rozpoznania olsztyńskiej publiczności, jej potrzeb i oczekiwań. Czy układając repertuar, wsłuchuje się Pan w swoją widownię czy też próbuje Pan zapraszać ją do nowych światów, rzucać jej wyzwania?

Status sceny narodowej nakłada na nas – w moim poczuciu – dodatkowe obowiązki. Stawiam na różnorodność, wielobarwność repertuaru i nieschlebianie najniższym gustom. Pozwalamy sobie czasem na farsę czy spektakl muzyczny, nie częściej jednak niż raz na dwa sezony. Nie chcę czynić z tych rozrywkowych pozycji podstawy repertuaru. Dlatego muszę robić dużo premier, żeby zachęcić widzów do obcowania z teatrem w całym jego bogactwie konwencji, gatunków, stylistyk, języków, dobierając autorów z różnych obszarów geograficznych i kulturowych. Próbujemy też uczestniczyć w budowaniu lokalnej tożsamości,  przywracaniu „pamięci miasta” przez odsłanianie trudnych momentów w jego historii, wypieranych ze zbiorowej świadomości przez propagandę peerelowską. Na jubileusz osiemdziesięciolecia teatru w Olsztynie wystawiliśmy Baby pruskie Alicji Bykowskiej-Salczyńskiej, olsztyńskiej autorki, która przepracowuje lokalne mity i subiektywizuje oficjalną wersję historii.

Kiedyś mówił Pan o swojej „stajni reżyserskiej” – grupie reżyserów, którzy podejmują regularnie pracę z olsztyńskim zespołem. Jak ta grupa ewoluowała? Kto dziś wyznacza artystyczny profil Teatru im. Jaracza?

Grupę stałych współpracowników tworzą dziś: Michał Kotański, Gabriel Gietzky, Julia Wernio, Giovanny Castellanos, Norbert Rakowski. To artyści, którzy nie popisują się swoimi pomysłami inscenizacyjnymi i nie wysuwają się na pierwszy plan. Tak rozumiem pracę reżysera teatralnego czy filmowego – jego praca ma pozostać przezroczysta, niewidoczna dla widza.

Właśnie zakończyła się siódma już edycja Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego DEMOLUDY, który w tym roku odbył się pod hasłem „Światy euforii, nostalgii i zatracenia”. Ten projekt, który zrodził się w 2007 roku z przekształcenia swojego poprzednika – festiwalu Na Pomostach, można traktować jako okręt flagowy Pańskiej dyrekcji. Jego nazwa kryje w sobie pewną prowokację…

Rzeczywiście, jest w tym trochę ironii losu. Staliśmy się bowiem tymi demoludami niejako po fakcie, odkrywając po odzyskaniu upragnionej wolności, że przez ponad czterdzieści lat trwania w komunistycznym baraku zakonserwowaliśmy w sobie specyficzną mentalność, inną niż ta zachodnia, która podszyta jest konsumpcjonizmem. Wspólne doświadczenia oporu przeciw totalitaryzmowi nauczyły nas głębszego, poważniejszego patrzenia na rzeczywistość, znieczulając na zewnętrzny blichtr. Jeżdżąc po krajach postkomunistycznych, zdałem sobie sprawę z bogactwa talentów i innowacyjności teatru Czech, Słowenii czy Serbii. Od tamtej pory moją tęsknotą stało się pokazywanie w Olsztynie dorobku tych nacji, które wyszły spod komunistycznego buta. Trochę się to udaje. Niestety, jako naród jesteśmy wciąż bardziej zapatrzeni na Zachód Europy, odwracając się od naszych sąsiadów ze Wschodu czy Południa. A warto docenić choćby doskonałe aktorstwo tworzące największą wartość spektakli z Węgier, Mołdowy czy Rumunii.

Dziękuję za rozmowę.

2-12-2013

Janusz Kijowski – reżyser, scenarzysta, producent filmowy. Jest twórcą terminu „kino moralnego niepokoju” i jednym z czołowych przedstawicieli tego nurtu, autorem wielu nagradzanych obrazów filmowych (m.in. Indeks, Kung-fu, Głosy, Maskarada, Stan strachu, Warszawa. Annee 5703, Tragarz puchu), spektakli telewizyjnych, teatralnych i operowych. W 1981 roku założył Studio im. Irzykowskiego, które miało ułatwiać debiuty młodym talentom. Wykładał w Institut National Supérieur des Arts du Spectacle w Brukseli i PWSFTViT w Łodzi, obecnie jest profesorem w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Od 2004 roku pełni funkcję dyrektora naczelnego i artystycznego Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Kieruje również Policealnym Studium Aktorskim, które działa przy teatrze.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany jkz
    jkz 2013-12-02   23:36:57
    Cytuj

    wszystko pięknie, brawo. Ale warto dodać, że to teatr ministerialny, żeby nie powiedzieć - partyjny.