AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wojna to nie czas na teatr

Olena Apczel, fot. Dominik Werner  

Magda Piekarska: Zastanawiam się, czy w takim czasie jest w ogóle przestrzeń do rozmowy o teatrze?

Olena Apczel: Nie. Przynajmniej ja jej nie mam w sobie. Nie tyle że się skurczyła, ale całkowicie zniknęła, nie pozostało nawet pół milimetra. Od piątej nad ranem 24 lutego funkcjonuję zupełnie inaczej niż w czasie pokoju. Chociaż tego „pokoju” nie ma już od ośmiu lat. Ośmiu lat wojny. I nie mam dobrego języka, żeby o tym mówić. Większość z nas, osób, które wojna tak mocno dotknęła, jest teraz w specyficznym stanie, który łączy w sobie stres, nadzieję, rozpacz, zaangażowanie, funkcjonowanie bez snu, na adrenalinie. Ostrzegam więc, że moje dzisiejsze wypowiedzi zawierają ostre, jednoznaczne, uogólniające kwestie, z którymi być może w przyszłości się nie zgodzę.

A choć 24 lutego zastał mnie w Polsce, to jestem przecież z Donbasu, wiem, co to znaczy siedzieć w piwnicy, czuć zagrożenie, przysłuchiwać się, co i skąd nadlatuje. Wojna to nie czas na pokojowe, wyważone myślenie. Będę więc mówić wprost – Europa milczała przez osiem lat wobec naszego cierpienia i rosyjskiego terroru, i nawet teraz, kiedy pali jej się tyłek, nie pomaga wystarczająco Ukrainie, nie dochodzi do dojrzałej myśli, że to może uratować cały kontynent od wojny.

Pytam więc: liczycie na to, że Rosja zatrzyma się na naszych granicach? To naiwność. Estonia, Finlandia, Polska, Litwa i Łotwa będą następne. Iluzja, że możemy bez końca siedzieć we własnym ogródku, w którym będziemy popijali kawkę czy herbatkę, pokrywając się tłuszczem i spokojem, właśnie pryska. Tak jak wyobrażenie, że granicy Unii Europejskiej strzeże jakaś marmurowa brama, która nas wszystkich ochroni. Nie ma jej. Jedyna, jaka istnieje, znajduje się w dokumentach, tekstach. Jednak Putin oraz przedstawiciele rosyjskich władz terrorystycznych ich nie szanują, śmieją się z nich. Cała Unia w ich oczach to kawałek papieru, który można łatwo rozedrzeć. Kiedy on widzi, że w jedenastym dniu inwazji na Ukrainę Europa tak słabo reaguje, jest to dla niego zachęta do III wojny światowej.

O wojnie w Donbasie opowiadasz w swoim spektaklu Więzi, który powstał na podstawie twoich notatek, relacji z tamtego okresu. Czy tamto doświadczenie pozwoliło ci się przygotować na to, co nadeszło teraz?

Jeśli pytasz, czy 24 lutego byłam zaskoczona, odpowiem: nie, w najmniejszym stopniu. Zaskoczeni byliście wy, Polacy. Od półtora roku, odkąd mieszkam w Polsce, staram się rozmawiać o sprawie Ukrainy, uświadamiać moich polskich znajomych, że to, że Donbas zniknął z mediów, nie znaczy, że wojna tam się zakończyła. Przez osiem lat codziennie ginęli tam ludzie, codziennie odbywały się ostrzały. Wraz z wybuchem pandemii uwaga mediów została przekierowana gdzie indziej, ale wojna wciąż się toczyła.

Ostatnio usłyszałam wypowiedź pewnej analityczki. Mówiła o tym, jak bardzo jest jej wstyd, że wszystkie diagnozy z grudnia okazały się nietrafione i że tak naprawdę mieli rację szaleńcy, paranoicy, którzy mówili – wydawałoby się – straszne głupoty o nadciągającej wojnie światowej. W takim razie to ja będę teraz szaloną, który opowiada bzdury: zrozumcie, to już się dzieje, nie macie szans. Jedyna nadzieja w tym, że wygramy, bo widząc, jak Ukraina działa, jak potężny jest opór mojego odważnego narodu, wierzę, że damy radę, chyba że Putin odpali bombę atomową.

I to wszystko nie zaczęło się wczoraj – przez lata, na oczach całego świata, Rosja kneblowała niezależne kanały informacyjne, przygotowując kraj do izolacji informacyjnej. Czy Amerykanie, czy intelektualiści Europy nie są zaniepokojeni wewnętrzną siecią Putina, RuNet? Przecież od dawna było oczywiste, że on chce stworzyć drugą Koreę Północną, drugie Chiny. A Rosjanie są przyzwyczajeni do cierpienia, garstka liberałów pójdzie do więzienia za udział w protestach, część wyjedzie. A potem każdy, kto oddali się o pół milimetra od obowiązującego schematu myślenia, będzie zabity lub aresztowany.

Problem Putina polega jednak na tym, że on nie zdaje sobie sprawy, że my w Ukrainie nie jesteśmy cichym bydłem, że po Rewolucji Godności urosła następna fala świadomego społeczeństwa, że u nas nie istnieje pojęcie cara. Owszem, Zełenski dzięki wojnie stał się bohaterem, ale ten status nie został mu dany na zawsze. Nic nie jest dane – moje przyjaciółki i przyjaciele grali na skrzypcach, pisali książki, a teraz szyją kamizelki i pakują lekarstwa. Ukraina funkcjonuje horyzontalnie, a cała Rosja hierarchicznie, wertykalnie. Dzięki temu, mimo że Rosjan jest więcej, dajemy radę. Plan Putina, który chce osadzić na stanowisku prezydenta Janukowycza, jest absurdalny, bo Rosjanie wciąż myślą wielkimi postaciami, a my już dawno od tego odeszliśmy. Zaryzykuję tezę, że gdyby na czele Ukrainy stała osoba z doświadczeniem politycznym, pewnie przegralibyśmy tę wojnę. Tymczasem Zełenski i jego otoczenie są wsłuchani w kraj, w naród, ewoluują wraz ze wszystkimi, walczą jak my, są częścią społeczeństwa.

Wojna zastała cię w Warszawie?

Jestem tu od półtora roku, podczas pandemii skończyłam tu studia podyplomowe na stypendium Kirklanda. Pracuję w Nowym Teatrze, w dziale projektów społecznych. Wiedziałam, że wojna nadciąga. Nie mogłam sobie tylko wyobrazić, że Zachód pozwoli bombardować nasze miasta. Byłam naiwna, wierzyłam, że po pierwszym uderzeniu Europa zamknie niebo nad Ukrainą. Tak się nie stało. Okazało się, że biznes jest ważniejszy niż prawa człowieka.

Kiedy się zaczęło, dostałam wiadomość na Messengerze od koleżanki w Kijowie: „Нас бомбят!” (bombardują nas). Nagle w rzeczywistości pojawiło się zdanie, które wcześniej istniało w podręcznikach historii.

Od pierwszej sekundy zaczęłam coś robić. Mam rodzinę w Donbasie, przyjaciółki w Charkowie, robiłam wszystko, żeby wyciągnąć ich stamtąd. Przez to, że jestem tutaj, mogłam wspierać potrzebujących, łączyć ludzi ze sobą. Ale zaraz potem, drugiego dnia wojny, okazało się, że niektórzy z moich bliskich utknęli w jednym z najtrudniejszych miejsc, w regionie Donieckim. Moje ciotki, kuzyni, chrzestna mama, spędzali całe dnie w piwnicach, bez światła, wody, prądu, leków, jedzenia.

Żeby zająć się czymkolwiek sensownym, zaangażowałam się w pomoc, a o tym, że pracuję w teatrze, przypomniałam sobie czwartego dnia wojny. Przeżywałam to już w 2014 roku, podczas Rewolucji Godności w Kijowie i w Charkowie. Uderzenie adrenaliny i stres są tak potężne, że ciało ci drewnieje, zginasz się niemal w pół, nie możesz spać, jeść, funkcjonować. A jednocześnie robisz dużo, jak najwięcej, bo jeśli się zatrzymasz, wpadniesz w depresję, w histerię. A to nikomu nie pomoże. W tym stanie wiecznej gotowości byłam do przedwczoraj. Wystarczyło, że odpuściłam na chwilę i zaczynałam płakać – raz zdarzyło się, że łkałam histerycznie i naprawdę długo. Więc nawet teraz mówię szybko, jak najszybciej, żeby się nie rozpłakać. A choć generalnie staram się być dzielna i spokojna, to ciało mówi mi coś innego – serce bije nierówno, klatka piersiowa się zgina.

Tu, na miejscu, masz wsparcie?

Tak, przede wszystkim w działaniu. Koleżanka dramaturżka wynajęła hostel dla uchodźców, reżyserka szuka potrzebnych leków, aktorki kompletują taktyczne apteczki, różne aktywistki i aktywiści przywożą ludzi, pakują wszystko, co potrzebne. Pierwsze dni poświęciłam na opracowanie logistyki związanej z wywozem ludzi ze Lwowa, pomagałam to zorganizować, uspokajałam, że owszem, zdarzają się tam alarmy, ale nie ma ostrzału. Szukaliśmy dużych samochodów, autobusów. Przez trzy dni nie kładłam się spać. Nie pamiętam, czy cokolwiek jadłam. Odbierałam setki telefonów, miałam setki czatów. Odkryłam przy okazji, że nie wszyscy Polacy są świadomi, jaka ogromna jest Ukraina, nie wiedzą, jak wielkie są nasze miasta. Kiedy pytałam, ile osób mieszka w Charkowie, odpowiadali, że pewnie 300 tys. I byli zdziwieni, kiedy prostowałam, że według danych półtora miliona, a w rzeczywistości z pewnością dużo więcej, bo w ciągu ośmiu lat wojny wielu ludzi z Donbasu przeniosło się właśnie tam.

A teraz?

Staramy się uporządkować działania. Wiele spraw przekierowuję do innych osób, decyduję, w czym mogę być najbardziej skuteczna. Ważne, żeby wolontariat i aktywizm były jak najbardziej uporządkowane, a chaotyczne chwytanie się wszystkiego naraz tylko utrudnia pracę tym, którzy dysponują fachową wiedzą w konkretnych sprawach. Zdałam sobie sprawę, że wszystkich nie uratuję. Po jedenastu dniach wojny jestem wzruszona tym, co Polska jest w stanie zrobić na poziomie obywateli i obywatelek, ale też zszokowana, że władze centralne nie robią niemal nic. Pomagają zwykli ludzie, małe fundacje, organizacje, burmistrze i prezydenci części miast, podczas gdy na poziomie państwa panuje jakiś paraliż. Na przejściach granicznych w Hrebennem, Przemyślu, Medyce nie ma jasnych informacji dla uchodźców. Jedyne dostępne to te wypisane flamastrem na kartonach przez wolontariuszy. Gdzie jest państwo?

Też zadajemy podobne pytania. A jak radzą sobie twoi przyjaciele, artyści i artystki, którzy zostali w Ukrainie?

Postawy w tak skrajnych sytuacjach są w pewien sposób uniwersalne – ludzie aktywizują się, wycofują albo czekają zamrożeni. Tak samo dzieje się w środowisku teatralnym: część stara się być wszędzie tam, gdzie mogą się do czegokolwiek przydać. Znam osoby, które wstąpiły do terytorialnej samoobrony albo do sił zbrojnych, są w tej grupie kobiety, aktorki, dramaturżki, są pracownicy muzeów, artyści sztuk wizualnych. Przyjaciółki zostawiają swoje dzieci u babć i koleżanek i idą chronić swoją ziemię. Mnóstwo ludzi sztuki angażuje się w ruch wolontariacki. Większość teatrów przetworzyło się na miejsca noclegowe albo centra organizowania pomocy humanitarnej. I nie ma znaczenia, czy jesteś dyrektorką, reżyserką, aktorką – pracują wszyscy. Tak naprawdę między ludźmi teatru a resztą społeczeństwa nie ma większej różnicy, może tylko wrażliwość jest większa, co może psychicznie rujnować artystów. W szeregach wojska znalazły się bardzo różne osoby: kobiety i mężczyźni, ludzie b-płciowi i przedstawiciele społeczności LGBT, Ormianie, Gruzini, Żydzi i Białorusini, prawosławni i muzułmanie. To nie jest wojna białych Słowian, to wojna o wartości, która pokazuje, jak różnorodna, wielokulturowa jest Ukraina. W Polsce mało kto zdaje sobie sprawę, że Charków jeszcze dwa tygodnie temu był ukraińskim Nowym Jorkiem, że ogromna część populacji tego miasta to studenci z całego świata: z Indii, Maroka, Azerbejdżanu, Nigerii, Chin, Turcji, Egiptu, Izraela, Uzbekistanu. Nie mówiąc już o ogromnej diasporze wietnamskiej, która mieszka w Charkowie od lat. To było widać na granicy, kiedy podjeżdżały autobusy z ludźmi stamtąd i Polacy, którzy przyjechali, żeby nieść pomoc, byli zdezorientowani, bo spodziewali się, że zabiorą do siebie białą matkę z dzieckiem.

Czy w tym trudnym czasie obserwujesz u siebie i u swoich przyjaciół i bliskich radykalizację postaw?

Kiedy pojawiają się takie sformułowania, trzeba nieustannie je podważać, unikać korzystania z łatwych haseł. Jestem człowiekiem pokoju, artystką, interesują mnie prawa człowieka, a jeśli walka, to o klimat i przeciwko przemocy. Jako świadomy człowiek zdaję sobie sprawę, że każda skrajna postawa tworzy szowinistyczne zamknięcie. Zawsze byłam za tym, żeby wysłuchać wszystkich stron, bo wszystko się tworzy w odcieniach. Podziały na „tak” i „nie”, „za” i „przeciw” są zazwyczaj zawodne. A jednak teraz, kiedy Putin wraz z narodem rosyjskim dokonuje aktu terroru wobec Ukrainy, nic nie poradzę: to wygląda jak walka dobra ze złem i dopóki wojna trwa, tak to trzeba nazywać.

To nie jest czas na cieniowanie postaw, łatwe usprawiedliwienia. Dlatego tak ostro mówię o impotencji Europy. Kiedy sortujemy dary od ludzi, którzy próbują pomóc, obok artykułów pierwszej potrzeby znajdujemy też rzeczy zbędne – letnie sukienki, plażowe klapki. Oczywiste jest, że człowiek na granicy, zimą, nie będzie szukał klapków, ale wiem, skąd się te rzeczy biorą – kiedy pojawia się taki kryzys, próbujesz zrobić coś, co uspokoi twoje sumienie. To właśnie robi Europa – uspokaja swoje sumienie. Rozumiem ludzi – są w szoku. Natomiast władzy nie rozumiem.

W sytuacji pokoju, mieszkając w Polsce i widząc ksenofobię połowy waszego kraju, jego niebezpieczną jednorodność religijną i rasową, będąc świadoma szkód, jakich narobił nacjonalizm, wiem, że trzeba uważać. Ale teraz tak, jestem ukraińską patriotką – pozostanę nią do końca wojny i dzień później, potem przyjdzie czas na krytyczne spojrzenie. Dlatego, wracając do pierwszego pytania, wydaje mi się, że to kiepski czas na myślenie o teatrze, szczególnie krytycznym – zło, które się wydarzyło, jest przecież jednoznaczne, wobec niego najważniejsze narzędzia ludzi sztuki, czyli narzędzia podważania, postrzegania świata w tysiącach półtonów, wydają się zawodne. W walce dobra ze złem nie ma odcieni.

Ten czas jest też dla mnie o tyle bolesny, że muszę wyrzucić z siebie moich krewnych, którzy stanęli po drugiej stronie. Ktoś, kto tego nie przeżył, nie zrozumie, jak to jest, kiedy twój wujek mówi: „zasługujecie na taką śmierć, Putin ratuje was od banderowców, faszystów, nazistów”. Na szczęście wokół mnie jest mnóstwo osób wspierających i świadomych. I dochodzę do wniosku, że może wspólna krew nie zawsze musi przesądzać o sile więzi, że są mocniejsze związki.

Trudne są też bezpowrotne zmiany, jakie się we mnie odbyły. Czuję w sobie nienawiść do Rosjan. Nie chcę umieć nienawidzić, ale nie mogę słuchać, że nic nie mogą zrobić, bo pozamykają ich w więzieniach. Podczas Rewolucji Godności też nas zamykali, aż skończyły się miejsca w celach. Rosjanie, pozwalacie sobie na życie w poczuciu, że niczego nie da się zrobić. Pozwoliliście stworzyć tyrana, szaleńca!

Nie przebaczę tych wojennych śmierci, bo nikt nie musi umierać w świecie, w którym jest tyle pytań, tyle poważnych problemów do rozwiązania, tyle zadań dla nas wszystkich dotyczących przyszłości. Ale najgorsze jest to, że czuję, jak umiera we mnie osoba, która pragnie pokoju i tego też nie przebaczę – że ta wojna robi ze mnie kogoś zupełnie innego. Że znika to coś bardzo czułego i wrażliwego, co było moim cichym i niezłomnym fundamentem. Może mówię to wszystko pod wpływem adrenaliny, stresu, niespania, lęku o bliskich – mam taką nadzieję, bo naprawdę chciałabym, żeby to była pomyłka.

W czasie pokoju, kiedy jeszcze robiłam i oglądałam przedstawienia, nie przepadałam za teatrem, który posługuje się mocnymi środkami, krzykiem, krwią. Sama myślałam obrazami, symbolami, cichymi gestami i intelektualną wielopoziomowością. Dziś wydaje mi się, że trzeba odrzucić dekoracje i kostiumy, wszelkie ozdobniki, że muszą wybrzmieć same czyste głosy. Nie wiem zresztą, kiedy wrócę do teatru i czy będę w stanie. Kiedy wojna się skończy, będę płakać po Charkowie, w którym przeżyłam tyle lat i który został dokumentnie zniszczony, łącznie z budynkami, które przetrwały II wojnę światową. Będę płakać za moim rodzinnym miasteczkiem w Donbasie. Dzisiaj nie wiem, czy zostaną z niego choćby ruiny, czy po prostu zniknie. Będę rozpaczać po ludziach, którzy zginęli. Bo dokonuje się właśnie ludobójstwo na oczach Europy, której się wydaje, że dokumentami uda się jeszcze cokolwiek uratować. Nie miejcie złudzeń – nie uda się. Jeśli się uda, to dzięki jedności zwykłych ludzi. A potem wspólnie odbudujemy Ukrainę ze zgliszcz, które teraz chronią wartości europejskie i was od zniszczenia.

11-03-2022

Olena Apczel - ur. 1986, ukraińska reżyserka teatralna, performerka, scenarzystka, kuratorka projektów artystycznych. Ukończyła Wydział Sztuki Teatralnej, Filmowej oraz Telewizyjnej Państwowej Akademii Kultury w Charkowie na kierunku reżyseria estrady (licencjat), sztuka teatralna (magisterium). W tej samej uczelni uzyskała tytuł doktora historii sztuki, tam też w latach 2010-2015 wykładała. Reżyserowała i realizowała liczne spektakle teatralne m.in. Przewoźnik Anny Jablońskiej (VI Festiwal Teatrów Niepublicznych Kurbalesija w Charkowie, 2008; Nagroda Krytyki Artystycznej), Mój pierwszy mężczyzna Jeleny Isajewej (VII Festiwal Teatrów Niepublicznych Kurbalesija w Charkowie, 2009; Najlepsza Reżyseria). Autorka performansu Opositorium. Ścieżki/skrzyżowania będącego efektem badania stref tolerancji dialogu międzywyznaniowego we współczesnym społeczeństwie (Charków, 2016). W 2016 razem z reżyserem Artemem Wusikiem założyła niezależny autorski Bardzo Znany Teatr. Od 2017 do 2019 dyrektorka artystyczna Lwowskiego Akademickiego Teatru Dramatycznego im. Lesi Ukrainki. w którym wyreżyserowała Opowieść wigilijną Karola Dickensa oraz postdokumentalny spektakl Horyzont 200, gdzie była także współautorką tekstu i scenografii. Reżyserka oraz współautorka tekstu spektaklu Rodzina patologa Ludmiły Teatr Złota Brama (Kijów, 2020). W 2019 wyróżniona Specjalną Nagrodą Studenckiej Rezydencji Teatralnej 18. Festiwalu Prapremier za najlepszy debiut – za spektakl Więzi. W Teatrze Zagłębia w Sosnowcu zrealizowała spektakl Kreszany (2021), prezentowany na ubiegłorocznym festiwalu Boska Komedia.


skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: