AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Aleksander Zelwerowicz

„Na następną lekcję każde z was przygotuje jakiegoś źwierzaka, ruchowo i dźwiękowo” – zapowiedział Zelwerowicz, stojąc jak zwykle pod oknem z rękami założonymi na potężnym jeszcze w owym czasie brzuchu.

Rzecz działa się na pierwszym kursie Oddziału Dramatycznego Konserwatorium Warszawskiego w roku 1926. Nie wiem, jak dla innych, ale dla dwóch uczniów tego kursu zapowiedź ta była przerażająca. Jednym z tych dwóch był nieżyjący dziś Wacław Pawłowski, drugim byłem ja. Wyszliśmy ze szkoły przygnębieni. Jak to? My, romantyczni amanci, pragnący być celem westchnień uroczych koleżanek, mamy wygłupiać się, udając przed nimi psy, osły, tygrysy czy małpy? Straszne. Grozi to całkowitą utratą powodzenia u koleżanek i autorytetu na kursie.

Pierwszą myślą było nie przyjść na następną lekcję. Ale zaraz zdrowy rozsądek skrytykował taki pomysł jako nie prowadzący do niczego: przecież odwlecze to tylko katastrofę, ale bynajmniej przed nią nie uchroni. Nie było rady. Trzeba jakoś wybrnąć z tego z honorem. Nie pamiętam już, co zrobił Wacek, za to pamiętam dobrze, że ja postanowiłem wybrać takie zwierzę, którego pokazywanie nie zmusza do nadmiernego wygłupiania się. Takim zwierzęciem w moim mniemaniu był niedźwiedź. Poczciwy miś pozwala na wydobycie względnie męskiego głosu i na demonstrowanie ruchów godnych i dostojnych.

Wkrótce nadeszła owa przerażająca lekcja. Obaj z Wackiem siedliśmy na ostatniej ławce i schyliwszy głowy, jak to robią sztubacy w obawie przed „wyrwaniem do tablicy”, ukryliśmy się za plecami siedzących przed nami koleżanek. Niestety. Przeczuwałem, że tak się stanie. Zelwer powiódł okiem po klasie i wśród grobowej ciszy wywołał mnie na środek. Wyszedłem z mocnym postanowieniem „szanowania się”. Stanąłem na podwyższeniu, wyciągnąłem przed siebie ręce z dłońmi bezwładnie spuszczonymi ku ziemi i zawyłem rzewnie głosem przypominającym raczej bek starego capa niż ryk niedźwiedzia. Powtórzyłem ten zabieg kilkakrotnie, po czym stanąłem posłusznie w pozycji „spocznij”, co oznaczało, że zakończyłem ćwiczenie. Zduszone śmiechy koleżanek nie zaskoczyły mnie bynajmniej: oczekiwałem tego. Nie oczekiwałem natomiast głuchej ciszy i nieskończenie długiej pauzy, jaką wytrzymał Zelwerowicz po moim „występie”. Groźny nasz Jowisz milczał pod oknem z założonymi na brzuchu rękami i wzrokiem błądził po podłodze. Jakby nie słyszał i nie patrzał, jakby mnie nie było na estradzie i jakbym nie był podjął wcale owego heroicznego wysiłku zwierzęcej transformacji. Wreszcie podniósł głowę i rzekł jedno krótkie, ale najokrutniejsze w swoim repertuarze słowo:

- No? – Zdrętwiałem. – Cóż jeszcze?

Odpowiedziałem równie lakonicznie:

- Już.

Zelwer boleśnie westchnął i potoczył okiem po klasie. Po czym zapytał:

- No, kto powie, co to było za źwierzę? (Zawsze wymawiał to słowo z kresowym zmiękczeniem.)

Nastała cisza. W moim sercu zaczynał się już rodzić niesprawiedliwy żal do kolegów i koleżanek, gdy podniosły się w górę dwa palce i rozległ się głos niewieści:

- Ja!

O, Boże, więc jednak! Szlachetna, droga Reniu, nigdy ci tego nie zapomnę.

- Słucham – burknął Zelwer.

Moja zbawczyni oświadczyła śmiało i dokładnie:

- To był niedźwiedź.

Odetchnąłem z ulgą, ale niestety, szczęście trwało niedługo. Zelwer chrząknął, sapnął, zdziwił się mimicznie, ale nader wyraziście, po czym zwrócił się do mnie:

- Tak?
- Tak – odrzekłem pewnie, ośmielony jawnym dowodem komunikatywności mojej kreacji.
- Nigdy bym się tego nie domyślił – zaczął Zelwer. – ale skoro pan twierdzi, że miał to być niedźwiedź, to proszę mi powiedzieć, czy widział pan kiedy to źwierzę?
- Owszem – odparłem. – widziałem w zoo.
- Pięknie – kontynuował nasz tyran. – i ten niedźwiedź w zoo to tak ciągle stał na baczność z łapkami przed sobą i beczał?

„O, Boże, do czego on zmierza?” – przemknęło mi przez głowę i odpowiedziałem nieco niepewnie:

- No, nie ciągle, ale czasem tak stawał. (Ratowałem się rozpaczliwie.)
- Czasem, czasem – Zelwer zaczynał tracić cierpliwość. – ale jak nie stał na dwóch łapach, to co robił?
- No… chodził… przewracał się… lizał łapy, biegał, skakał… – brnąłem, nie licząc się już z niebezpieczeństwem.
- Aha, aha! no, to już, na ziemię, na cztery łapy i ganiaj pan! – Zelwer zniecierpliwił się na dobre.

Cóż było robić? Już prawie bez świadomości, w skrajnej rozpaczy i z zupełnym zaparciem się siebie padłem na czworaki i zacząłem niezdarnie biegać i skakać bez sensu, nie usiłując nawet naśladować niedźwiedzich igraszek. Kilkakrotnie próbowałem przestać, ale Zelwer uparcie trzymał mnie „w parterze” i żądał coraz nowych wyczynów. Początkowo nie słyszałem śmiechów koleżanek: krew tętniła mi w uszach, nie widziałem sali – krew zalewała mi oczy. Wstyd, straszliwy wstyd i złość na siebie samego opanowały mnie całkowicie. Był to upadek zupełny, klęska ostateczna. Ale w końcu zrobiło mi się już wszystko jedno i zacząłem nawet próby naśladowania niedźwiedzich ruchów, przypomniały mi się gesty łap, kroki, potrząsania głową, zwroty, zaobserwowane w zoo. I wtedy właśnie Zelwer skończył tę wiwisekcję. Pozwolił mi wrócić na miejsce. Szedłem między ławkami ze wzrokiem wbitym w ziemię, zrezygnowany, zniszczony, upokorzony. Dopiero gdy usiadłem, rozejrzałem się nieśmiało po ożywionej i rozweselonej klasie. Ubawili się moim kosztem! Nastąpiły inne „występy”, mniej lub więcej udane, muszę przyznać, na ogół lepsze i celniejsze niż mój, ale wszystkie z trudem przewalczające wstyd i lenistwo ciała. Wacek, wbrew uprzednim obawom, brawurowo prowadził swoje ćwiczenie i odniósł niewątpliwy sukces, rozśmieszając samego Zelwerowicza.

Przez jakiś czas czułem żal do ubóstwianego profesora, że tak się nade mną spastwił, że mnie, intelektualistę i romantyka, zmusił do tak przyziemnych, poniżających wyczynów. Potem zapomniałem o swojej klęsce, przyszły inne, pasjonujące zadania, ale nadal nie rozumiałem, dlaczego i po co stosował świetny, doświadczony pedagog podobne zabiegi. Zrozumiałem do¬piero znacznie później.

Jednym ze szczególnych walorów Zelwerowicza-pedagoga była umiejętność przewalczania w uczniach zahamowań i wstydów tak bardzo utrudniających im pierwsze kroki w nauce aktorstwa. Zelwer nazywał te zabiegi „otwieraniem delikwentów” i przeprowadzał je z bezwzględną stanowczością. Od tego zawsze zaczynała się jego praca z uczniami pierwszego roku.

J. Kreczmar, Moi Nauczyciele. Aleksander Zelwerowicz, [w:] J. Kreczmar, Notatnik aktora, PIW, Warszawa 1966, s. 9-13.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany kasia
    kasia 2015-05-18   15:39:45
    Cytuj

    niewiem