AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Cyd w Krakowie

Kiedy zaczyna się przedstawienie Cyda, na podworcu Biblioteki Jagiellońskiej jest jeszcze jasno i nad głowami widzów przelatują ze skwirem jaskółki. Podwórze zastawione gęsto krzesłami tworzy piękną teatralną salę — sufitem jest niebo, zmieniające powoli barwy, od jasnego błękitu, poprzez fiolet aż do ciemnego granatu. Światło reflektorów odbija się na bluszczu oplatającym krużganki. Jest w tym piękno i słodycz Krakowa, ta atmosfera jakby włoskich miast, którą nauczyli się cenić przybysze z innych, bardziej gorz-kich i trudnych okolic Polski.

Dobra to była inicjatywa Jerzego Ronarda Bujańskiego, aby wystawić Cyda w tej małej sali o suficie zbudowanym z lotu jaskółek. A że dobra inicjatywa rzadko się u nas realizuje, gotów jestem wybaczyć usterki przedstawienia. O nich jednak muszę napisać, bo w tej drodze ku prawdziwemu teatrowi, jaką odbywają wszyscy ludzie dobrej woli, artystyczny wysiłek zasługuje na rzeczową krytykę.

Czy Cyd jest utworem żywym, w tym znaczeniu, że potrafi poruszyć, że z jego postaciami potrafimy nawiązać uczuciowy kontakt, jak potrafimy nawiązać kontakt z postaciami Szekspira czy Słowackiego? Nie waham się odpowiedzieć: nie. Konwencje życia dworskiego, które stanowią treść tragedii Corneilie’a, już dawno wygasły. Pozostała natomiast znakomita budowa utworu i retoryka wiersza — ktoś mógłby oczekiwać, że dopowiem: pusta. Istnieje też retoryka pełna, posiadająca władzę budzenia wciąż nowych i niespodziewanych skojarzeń. Kiedy ze sceny padły słowa, oznajmiające, że okręty Maurów wpłynęły w ujście rzeki — przyszła mi na myśl nie współczesna wojna, tak inna, tak obejmująca całe nasze istnienie — przyszły mi na myśl mniejsze opowieści Józefa Conrada, wielkiego tragika namiętności i honoru, zobaczyłem malajskich wodzów szarpiących się między obowiązkiem zemsty i miłością — ich i bohaterów Corneille’a łączy to samo znamię feudalnej epoki. I dopiero od problematyki Conrada biegłem ku wielu dzisiejszym sprawom. Pozostała z Cyda stara ludzka sprawa walki pomiędzy namiętnością i wolą, pozostał schemat czysty jak kryształ, schemat, do którego sprowadza się większość naszych czynów. Działanie osób tragedii jest tylko ilustracją tego schematu. Przyjemność, jaką możemy czerpać z oglądania Cyda, jest przyjemnością doskonałych matematycznych proporcji. Świat, w który wkraczamy, jest światem z kryształu: każde uderzenie wywołuje pęknięcie najściślej zgodne z kształtami drobniejszych części składowych.

Reżyseria, jak się zdaje, zmierzała właśnie w tym kierunku, nie starając się zbliżyć i uwspółcześnić postaci, próbując natomiast wydobyć symetryczność budowy. Ktoś mógłby co prawda powiedzieć, że stary przekład Morsztyna lepszej tu mógłby udzielić przysługi niż przekład Wyspiańskiego, bo Wyspiański Comeille’a modernizował i... dynamizował. Mniejsza o to. Ważniejsze pytanie: jak daleko inscenizacja ma prawo posunąć swobodę w doborze stylu: stylu ruchów, kostiumów, dekoracyj?

Ciągle pokutuje jeszcze w naszym malarstwie nowoczesność z dziesiątej ręki. Architektura dziedzińca Biblioteki Jagiellońskiej jest tak czysta, architektura tragedii jest tak czysta, że najdrobniejsza "mieszaność” inscenizacji staje się zgrzytem. Podium, na którym rozgrywała się akcja, przypominało wczesny okres kubizmu. Malowidło nad tronem przywodziło na pamięć trochę Légera, trochę Stryjeńską. Kostiumy? Nie były ani kostiumami z czasów Jana Kazimierza, gdy pierwszy raz wystawiono Cyda w Polsce, ani kostiumami z czasów Ludwika XIII, gdy został napisany Cyd, ani kostiumami z epoki walk hiszpańsko-maurytańskich. Jak należy się domyślać, miały to być „stylizowane” kostiumy Hiszpanii Velasqueza. W tej stylizacji zapodziała się gdzieś miękkość, kulistość sukien hiszpańskiego baroku. Aktorkom kazano nosić obręcze o kilkumetrowej średnicy, z których prostopadle opadała tkanina spódnic. Szimena była w tym stroju zupełnie podobna do Lajkonika-Tatara i jej tyrada „Umilkaj serce dziewicze” nie budziła wiary. Ruchy aktorów i aktorek rozpaczliwie borykających się ze stromymi schodami i niewygodnym ubraniem przypominały ruchy pasażerów statku w złą pogodę. Zamiast Corneille’a było w tym przedstawieniu coś z Cyrana de Bergerac, coś z Turandota, coś z opery.

Nie chcę być niesprawiedliwy. Jestem zwolennikiem czystości stylu i tym tłumaczy się moja niechęć do oglądania klasycznej tragedii w młodopolskiej przeróbce i w groteskowym ujęciu malarskim, z którego drwi zielony bluszcz na murach Biblioteki Jagiellońskiej. Czystość stylu to takie panowanie nad materiałem, że wybiera się tylko pierwiastki niezbędne, czego nie da się powiedzieć np. o tronie królewskim, którego oparcie stanowi czerwony, ukośny szpikulec…

„Boże, jakie to dawne czasy” — chciałoby się powiedzieć słowami piosenki — jakie dawne to czasy, gdy to wszystko było modne. Jest coś wzruszającego i pięknego w awangardowości Krakowa, spóźnionej najczęściej o lat dwadzieścia.

Dekorator (Kantor) raczej więc zawiódł. Reżyseria również nie zdołała wykrzesać z zespołu dostojeństwa, właściwego tak wysoko postawionym postaciom. I na pewno brakiem atmosfery tamtej epoki da się również wytłumaczyć obcość, jaka wieje z tragedii. Jeden Warnecki wielkim wysiłkiem przełamuje tę przegrodę.

Ale niebo nad starym podworcem jest tak piękne, bluszcz w świetle reflektorów tak błyszczy, że warto pójść na przedstawienie — przedstawienie na wolnym powietrzu w najbardziej włoskim z naszych miast.
Przedstawienie: Zespół Starego Teatru na dziedzińcu dawnej Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie, 25 VII 1945.

Czesław Miłosz, "Cyd" Corneille’a w Krakowie, „Odrodzenie” 1945 nr 37. 

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
siedem minus cztery jako liczbę: