AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Wolna amerykanka

Andrzej wrócił z premiery sztuki Witkacego. Redakcja zleciła mu napisanie recenzji. Andrzej nie jest zawodowym recenzentem, jest pisarzem, teatrem zajmuje się od przypadku. Wrócił zdegustowany. „Wynudziłem się – powiada. – Skoro wszystkie chwyty są dopuszczalne, nic mnie nie interesuje”. Winą za niepowodzenie gotów jest obarczyć Witkacego: najedliśmy się go ostatnimi laty do syta i teraz mamy ochotę na zmianę jadłospisu. Myślę, że jest w tym sporo racji: nie podejrzewam, aby twórczość Witkacego stała się w najbliższym czasie przedmiotem żywszych sporów w teatralnym światku. Z czego wcale nie wynika, że złoży się go do lamusa. Któż mógł się spodziewać, że w kilka lat zaledwie po festiwalu Wyspiańskiego zawładnie on znów polską sceną, poza rocznicowym protokołem, po prostu na wezwanie teatru. Natomiast nie mogę się zgodzić z opinią, że dramaturgia Witkacego jest dramaturgią artystycznego i myślowego chaosu, choć nieraz służyła za pretekst chaotycznym inscenizacjom. Być może i tym razem zawinił nie tyle autor, co reżyser.

„Problem jest szerszy” – jak mawiają ludzie bywali na naradach. Nie o Witkacego tu chodzi. I nawet nie o teatr. Także o plastykę, muzykę, literaturę. Wszędzie obserwujemy podobne zjawiska. Coraz to inne reguły i dogmaty zostają obalone, o nic nie można się oprzeć bez lęku, że podpora zostanie nam wyjęta spod łokcia. Jednorodność stylistyczna przestała być cnotą, jeśli obowiązuje jakaś zasada, to jest nią „catch as catch can”. Taka teraz przyszła moda. Jeżeli więc nawet krytyk czuje się pewnego dnia pozbawiony kryteriów oceny, tym bardziej dotyczy to odbiorcy. Zresztą – mniejsza o kryteria! W końcu sztuki nie tworzy się po to, aby krytycy mieli z czego żyć, choć niektórzy sądzą, że to właśnie jest sensem jej istnienia. Smutniej, gdy odbiorca zadaje sobie pytanie „cui bono” i nie znajduje odpowiedzi, gdy czuje się zagubiony lub po prostu wyprowadzony w pole, ponieważ nie rozumie, co do niego mówią, nie potrafi uchwycić reguł gry.

Można się założyć, kto zje więcej pączków w określonym czasie, i chociaż wyższa racja takiej próby może u wielu budzić wątpliwości, to przecie wiadomo, o co chodzi i jakie są reguły. Wiadomo, że musi być określona dopuszczalna ilość płynów do popijania, wiadomo, że nie wolno zamienić dwóch pączków na jeden befsztyk tatarski. Trudno natomiast założyć się, kto w ogóle zje więcej, nie precyzując, czy miarą będą tony czy kubiki i czy chodzi o dzień, miesiąc czy cały żywot. Powie ktoś, i pozornie będzie miał słuszność, że uprawianie sztuki to nie zawieranie zakładu. Sztuka to nie zawody, które można wygrać. To prawda. Wygrać trudno – za to przegrać łatwo.

Nie chcę zostać posądzony o to, że tropię formalizm. Sądzę wszakże, że jeśli nie obowiązują żadne, powszechnie przyjęte rygory, to wcale nie znaczy, że wolno bezkarnie zrezygnować również i z tych, które stawia sobie sam artysta. Jeśli nie istnieją żadne kryteria pozwalające porównać dwa różne dzieła sztuki, pozostaje zawsze to, które tkwi immanentnie w każdym dziele sztuki: stosunku, w jakim efekt ma się do zamierzenia. Innymi słowy: czy i na ile udało się artyście zrealizować jego założenie, czy środki, których użył, są skuteczne, czy służą założonym treściom? Jak odróżnić sztukę od artystycznego hochsztaplerstwa, którego tak się ostatnio namnożyło, jeśli nie po dyscyplinie myślowej i formalnej dzieła? Łatwo zasłonić się argumentem, że w imię niczym nie skrępowanej swobody sztuki wolno przekroczyć wszystkie granice. Pięknie, nie należy wszakże zapominać, że przekraczając stare granice, tworzy się nieuchronnie nowe. Hasło wolności sztuki nie może być równoznaczne z odpustem całkowitym. Nikt nie może zostać zwolniony z odpowiedzialności wobec siebie.

W teatrze sprawę komplikują dodatkowo widzowie. Gdyby można się bez nich obejść, byłoby bez wątpienia łatwiej, tyle tylko, że nie byłoby teatru. Jeśli już są, trzeba się z nimi liczyć. Niestety. Ich obecność hamuje rozwój sztuki. Ot, taka sztuka konceptualna na przykład – jak ją wprowadzić do teatru? Mam przed sobą instrukcję realizacji dzieła plastycznego pod tytułem Zwinięty łuk. Na arkuszu przezroczystej folii kreślimy czerwoną linię, stanowiącą część koła, następnie nawijamy arkusz na stojący pionowo walec, nie do końca wszakże: cztery metry folii pozostają niezwinięte. W ostatnim zdaniu twórca informuje, że „równie dobrze można eksponować tylko samą instrukcję”. Powiedziałbym, że nawet lepiej: taniej i prościej. W teatrze to się chyba jednak nie przyjmie. Oczywiście można sobie wyobrazić i taki spektakl: na afiszu tytuł, na scenie aktorzy, którzy opowiadają, jaki mają pomysł na zagranie roli. Jeszcze ciekawiej wypadłoby to w cyrku: akrobaci snuliby wizje ćwiczeń na trapezie, treserzy mówiliby o poskramianiu dzikich zwierząt. Co za oszczędność! Wątpię tylko, czy ktokolwiek zechce tego słuchać, musimy zatem pozostać przy staroświeckiej metodzie sztuki zmaterializowanej. A skoro już sama idea nas nie wyżywi, musimy myśleć o formie. Myśląc o formie, musimy nolens volens myśleć i o widzu. O tym, że to on weryfikuje nasze pomysły. I skoro wpierw wyciągamy mu z kieszeni białego królika, nie sądźmy, że za chwilę wstrząśnie nim monolog Hamleta.
1975

Zygmunt Hübner, Przepraszam, nic nowego, Ossolineum, Wrocław 1978, s. 51-54.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: