AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Zrzędność i przekora: Do Ireny tęskność na lato

Fot. Karol Budrewicz  

„Poetycko mieszka człowiek na tej ziemi” – pisał Hölderlin. Był poetą, więc chyba wiedział co pisze. Co prawda był też obłąkany…

Jakoś nie mogę się rozstać z poezją, odkąd wróciłem z Ostrołęki. Rozmyślam też o poetycznych ludziach. Podczas jubileuszowych pogwarek wspominaliśmy na przykład Irenę Jun, która nie dość, że w ruchu recytatorskim czy szerzej – w dziedzinie sztuki mówienia od dawna cieszy się najwyższym autorytetem, to jeszcze sama jest wcieleniem poezji.

Mam ten przywilej, że spotykam Irenę na co dzień w trakcie roku akademickiego: gdy zjawia się na Miodowej, uśmiechnięta, jasna, ciepła, emanuje od niej jakaś, bo ja wiem, jak to nazwać – aura? W kręgu młodego Mickiewicza używano słowa „promionki” na określenie tajemnej energii płynącej z człowieka; propagatorem tej podobnej do mesmeryzmu teorii był Tomasz Zan. Więc niech będzie, że Irena idzie przez życie w blasku promionków.

Przebywanie w towarzystwie Ireny jest odrobinę niebezpieczne. Chcę przez to powiedzieć, że bijąca od tej wielkiej damy teatru poetyczność może omamić, a nawet odebrać rozum. Wiem coś o tym z autopsji. 

Pracowaliśmy kiedyś wspólnie w jury konkursu recytatorskiego w Rydzynie. Miejsce ładne, historyczne, z zamkiem Leszczyńskich jako atrakcją. W pobliskim Lesznie przed wiekami osiedlili się bracia czescy i działał ich sławny współwyznawca Jan Amos Komensky, pedagog. Z Leszna pochodził Stanisław Grochowiak, poeta cokolwiek zapomniany, ale przecież znakomity. Rzec można, iż okolica sprzyjała wzlotom ducha.

Wzlatywali więc recytatorzy, wzlatywało i jury. Ja osobiście najwyżej wzleciałem, gdy podczas jakiejś dyskusji Irena, objaśniając młodzieży tajniki warsztatu, nagle zaczęła mówić niesamowity i tajemniczy wiersz wybitnego poety litewskiego Tomasa Venclovy (w przekładzie Stanisława Barańczaka):
tam gdzie ogień gdzie ogień gdzie ogień gdzie ogień gdzie ogień
tam gdzie przestrzeń się cofa i czas z nią uchodzi zarazem
moją duszę tam skreśl i zniszcz we mnie nie-ja moje wrogie
aż się nic wywyższone do miary nieziemskiej okaże
iskrą pyłu drobiną kreseczką przesieką przez ogień

Wciąż, a minęło prawie dwadzieścia lat, słyszę Irenę, jej głos, który rodzi się z jakiejś niebywałej, wewnętrznej energii. Było tak, jakby spełniło się pragnienie innego poety: chciałbym nie mówić/ lecz czynić słowami…

Zakończywszy nasz pobyt w Rydzynie, wracaliśmy z Ireną do Warszawy. Jej zależało, żeby wyjechać możliwie wcześnie, więc w piękny czerwcowy poranek znaleźliśmy się na dworcu w Lesznie, gdzie w oczekiwaniu na pociąg pogrążyliśmy się w rozmowie. „Cóż wiesz o pięknem?…” – zagadnąłem Irenę. „Kształtem jest miłości” – odparła. W tym miejscu musieliśmy przerwać, bo rozległ się przeszywający gwizd lokomotywy i na peron wtoczył się tak zwany skład.

Rozgościliśmy się z Ireną w pustym przedziale i podjęliśmy przerwaną konwersację. „I tak ja widzę przyszłą w Polsce sztukę,/ Jako chorągiew na prac ludzkich wieży” – powiedziała Irena. „Nie jak zabawkę ani jak naukę,/ Lecz jak najwyższe z rzemiosł apostoła” – kontynuowałem. „I jak najniższą modlitwę anioła” – podsumowała Irena. Następnie zaczęliśmy wymieniać uwagi na różne tematy, czyli oddaliśmy się zajęciu, które pospolicie zowią plotkowaniem.

W pewnej chwili do przedziału wszedł konduktor, wziął od nas bilety, zbadał je i spojrzał z wyraźnym zaciekawieniem. „Państwo jadą do Warszawy?” – zagadnął. „A owszem” – zgodnie odpowiedzieliśmy. „A dlaczego tak dziwnie?” – nie dawał za wygraną konduktor. „Co znaczy: dziwnie?” – spytaliśmy. „Dziwnie, bo przez Wrocław” – wyjaśnił konduktor.

No, tak, zagadawszy się, wsiedliśmy w Lesznie do pociągu jadącego w przeciwnym kierunku. Nie było jednak odwrotu – uznaliśmy, że oto przydarzyła nam się przygoda, na którą trzeba spojrzeć od poetycznej strony.

We Wrocławiu okazało się, że pociąg do Warszawy odjedzie dopiero za kilka godzin, więc zaprosiłem Irenę na obiad, który miał wszelkie cechy sympozjonu i do dziś zachowuję go w czułej pamięci.

Z Ireną przydarzały mi się też inne przygody. W latach osiemdziesiątych grała w miniaturach Becketta, które Antek Libera wystawiał w Teatrze Studio. Istnieje specjalny dar, który streszcza się w określeniu „aktorstwo beckettowskie”. Sławną aktorką beckettowską jest na przykład wielka Billie Whitlaw. Irena też ma ten dar, chyba jedna jedyna w Polsce. Wykonywała partytury Becketta po mistrzowsku: Kołysankę, Kroki, Nie ja.

Ta ostatnia miniatura stanowi szczególnie karkołomne zadanie: aktorka musi w ciągu mniej więcej piętnastu minut wypowiedzieć w szaleńczym tempie monolog, który jest strumieniem świadomości. Ale cała rzecz polega na tym, że postać aktorki została zredukowana do ust. Przestrzeń sceniczna wraz z widownią pogrążone są w absolutnej ciemności – nawet światełka wyjść awaryjnych muszą być na ten kwadrans wyłączone. Jedynym punktem, na którym widz może skupić wzrok są wydobyte z wszechogarniającej czerni, umalowane ostrą czerwoną szminką usta, oświetlone krążkiem światła z reflektora. Oddzielone od reszty niewidocznego ciała po chwili nabierają jakiegoś przerażającego wyrazu i stają się niezidentyfikowanym, pulsującym punktem w bezmiarze nicości.

Irena była genialna. Widziałem ją w Nie ja parokrotnie, raz byłem świadkiem zdarzenia niezwyczajnego. Pojechałem do Szczecina na Przegląd Teatrów Małych Form. Usta, jak potocznie mówi się o utworze Becketta, grane były w jakiejś specjalnie przystosowanej przestrzeni, już nie pamiętam gdzie, dość, że sala była spora i wypełniona ludźmi tak, że szpilki nie wciśniesz.

Zapadła straszliwa ciemność, pojawił się punkcik ust jak mała czerwona planeta, zawieszona w czarnym kosmosie, i Irena zaczęła mówić. Po paru minutach wśród widzów dało się odczuć jakieś poruszenie, ale trudno było się zorientować, co się dzieje – ktoś jakby jęczał, jakby chciał wyjść, a tu ciemno, choć oko wykol.

Już po spektaklu dowiedzieliśmy się, że podczas monologu Ireny jakaś pani na widowni – nie wiem, jak to nazwać – doznała szoku, przeżyła załamanie psychiczne, zwariowała… Dość, że przyjechało pogotowie i zabrało ją w stanie niepoczytalności do szpitala.

To się nazywa triumf aktorki, co? A poważnie mówiąc, Irena była strasznie tym zdarzeniem przejęta – do dziś je wspominamy.

Na tym kończę. Nadeszło lato i czytelnikom należy się odpoczynek od tych felietonów, że o autorze nie wspomnę. Pozostawiam Państwa ze starą wakacyjną piosenką, którą Ludwik Jerzy Kern napisał do filmu Szatan z siódmej klasy, nakręconego w 1960 roku według powieści Kornela Makuszyńskiego. Kochałem tę powieść, kochałem film. Piekielnego Adasia Cisowskiego zagrał w nim młodziutki Józef Skwark. Dwadzieścia dwa lata później jeździłem do Kielc, gdzie był dyrektorem teatru i szukał sekretarza literackiego. Pracy ostatecznie nie podjąłem, ale kiedy indziej o tym, a teraz piosenka:

Lato lato lato czeka
Razem z latem czeka rzeka
Razem z rzeką czeka las
A tam ciągle nie ma nas

Już za parę dni, za dni parę,
weźmiesz plecak swój i gitarę
Pożegnania kilka słów
Pitagoras, bądźcie zdrów
Do widzenia wam
Canto cantare.

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę:
komentarze (1)
  • Użytkownik niezalogowany KR
    KR 2015-07-08   22:00:33
    Cytuj

    Ależ gdzie Pan się wybiera?! Letnie poniedziałki też powinny być czymś umilane... Jakoś tak będzie smutno. A co to Pani Profesor Jun to warto dodać, że ma jedyny w swoim rodzaju sposób oceniania studenckiego recytowania. Wynika on zapewne z jej uroku osobistego i niezwykłego ciepła. Można usłyszeć zatem, że recytuje się: całkiem okropnie, całkiem niebrzydko i dość beznadziejnie, a przy tym wciąż jest to miłe!