AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

Egzamin z Księcia

Fot. Dorota Awiorko-Klimek  

Juliusz Machulski napisał sztukę o Niccolo Machiavellim, ojcu nowożytnej filozofii politycznej, której tezy zawarł w najsłynniejszym ze swoich dzieł – Księciu. Przy tym człowieku owianym czarną legendą. W powszechnej opinii uchodzi on bowiem głównie za cynika i manipulanta.

Często powtarza się pogląd, że jest nauczycielem oszustów i szalbierzy oraz napisał podręcznik dla tyranów, po który do dzisiaj chętnie sięgają politycy dla usprawiedliwienia swoich łajdactw. Znacznie mniej jest  pamiętany jako wierny obywatel Florencji i zaciekły zwolennik idei powstania zjednoczonej Italii.

Autor sztuki pokazuje swojego bohatera w chwili, kiedy jako pięćdziesięcioośmiolatek ma stanąć na przesłuchanie przed Komisją Pięciuset, ubiegając się o sprawowane już przed trzema dekadami stanowisko Sekretarza II. Machiavelli (Adam Ferency) – obecnie strażnik murów miejskich, odpowiadający za stan florenckich fortyfikacji – czeka, aż Signoria zaprosi go na rozmowę. W tym czasie towarzystwa dotrzymuje mu Tarugi (Piotr Głowacki), Sekretarz Rady. Młody człowiek wykorzystuje okoliczność na zadawanie mu „pytań natury przygotowawczej”, mających dopomóc kandydatowi. Przegląda posiadaną teczkę personalną i zgromadzone w niej materiały podsuwają mu treść dociekań.
 
I tak życiorys Machiavellego staje się jednoczesną powtórką z historii Florencji. Jej rozkwit pod rządami jednego z Medyceuszy i zamach Pazzich w niedzielę wielkanocną w katedrze Santa Maria del Fiore, kiedy sygnał do mordu dał kardynał Riario podniesieniem hostii. Pojawia się Savonarola, który obalił Medyceuszy i stworzył I Republikę, ale zginął na stosie. Międzynarodowa polityka Florencji, w którą Machiavelli był zaangażowany jako Ambasador Republiki i odbywał długie podróże z misją do papieża, króla Francji, cesarza niemieckiego. Projekt zmiany biegu rzeki Arno z 1503 roku, opracowany inżynieryjnie przez Leonarda da Vinci, dający możliwość odcięcia zbuntowanej przeciw Florencji Pizy, i zaniechanie pomysłu z powodu jego zbyt wysokich kosztów. Zdobycie Prato przez Hiszpanów, które dało koniec zarówno florenckiej Milicji, jak i Republice. Powrót Medyceuszy. Zwycięskie przejście tortury „wahadła”, jakiej poddano bohatera, podejrzanego o udział w spisku przeciw aktualnym władcom. Rok 1513 – Machiavelli dostaje zakaz przebywania w mieście i, osadzony w areszcie domowym na prowincji, oddaje się pisaniu Księcia, co dziwne, zadedykowanego Medyceuszom. Jeszcze wigilijny mord Borgii w Cesenie na Ramiro del Orco. Okrucieństwa epoki mamy jak na dłoni. Jej przekleństwo – walki rodowe ukazane w całej pełni.

Machia nie jest dramatem zbudowanym z realistycznej tkanki, chociaż przez dłuższą część przedstawienia takie przekonanie może towarzyszyć odbiorcom. Historyczna kronika, czasem przytłaczająca swą obszernością, ma być opisem pola obserwacji, które dostarczają spostrzeżeń o dwoistości natury ludzkiej. Przenikliwy obserwator, jakim jest Machiavelli, na tej bazie konstruuje system pozwalający znaleźć społeczny konsensus w nieuniknionym konflikcie między rządzącymi a rządzonymi. Formułuje postulaty w sprawie stabilnych i skutecznych instytucji politycznych. Lansuje reformatorską ideę zjednoczenia Królestwa Neapolu, Księstwa Mediolanu, Republiki Weneckiej, Państwa Kościelnego i Republiki Florenckiej w jedno silne państwo. Stworzenie Milicji Obywatelskiej w miejsce wojska zaciężnego, gdyż „nie ma dzielniejszych, wierniejszych i bardziej oddanych żołnierzy od własnych obywateli. Tylko oni posiadają patriotycznego ducha walki. I to oni, a nie pieniądze, są nerwem wojny”.

Sztuka daje też okazję do obszernego cytowania Księcia. Zawarte w niej stwierdzenia  potrafią szokować: „Książę musi mieć tyle siły woli, by postępować dobrze, kiedy to możliwe, i źle, kiedy to konieczne. Musi postawić sobie za wzór lisa i lwa. Lew nie wydobędzie się z sideł, a lis nie ucieknie przed wilkiem. Książę więc musi być lisem, by w porę zwietrzyć sidła, i musi być lwem, by odstraszyć wilki. Kiedy oszustwo wystarczy, należy rezygnować z przemocy. […] Musi być zdolny i do okrucieństw, i do dobrodziejstw. Tyle że okrucieństwa wymierzać ryczałtem – za jednym zamachem, dobrodziejstwa zaś cedzić drobnymi dawkami. Kto chce mieć sukces w polityce, nie może kierować się zasadami moralnymi. Często jest zmuszany do tego, by nie działać w imię dobra. Czasem mniejsze zło jest dobrem”. Albo to: „Bo zbrodnia jest zbrodnią tylko wtedy, gdy się nie uda. Jak w przypadku spisku Pazzich. A zamordowanie Ramira del Orco i kondotierów w Sinigalii udało się i było sukcesem na całą Italię”.

Te przypomnienia z kolei stanowią znaczący kontekst wobec samego życia bohatera. Dlatego w czasie rozmowy mężczyzn Machiavelli poświęca dużo wysiłku, by się przedstawić jako człowiek, którego przenikliwe odkrycia nie są tożsame z jego własną postawą. Przede wszystkim prezentuje się jako prawy obywatel. „Nikt nie może mi zarzucić, że coś robiłem dla siebie”, „Wszystko, co robiłem, robiłem dla Republiki. Byłem jej wiernym i uczciwym sługą”, „Włochy zasługują na lepsze miejsce w Europie. Zasługują na Księcia, który je zjednoczy”, „Nigdy nie wysługiwałem się Medyceuszom!… Fala, która wprowadziła Medyceuszy do Florencji, cofając się, zmiotła Republikę. Mimo to pomyślałem, że skoro znów rządzą Medyceusze, a ja mam służyć Florencji, będę służył Medyceuszom! Nie można się obrażać na fakty”.

Ciągle podkreśla kierujące nim motywy i istotę wniosków wynikłych z wieloletniej obserwacji: „Moim zadaniem było pokazać, jak się zdobywa władzę i jak ją potem utrzymać. Opisałem po prostu, jak wygląda świat, a nie jak chcielibyśmy, żeby wyglądał!” A na zarzuty rozmówcy, że Książę to poradnik odpowiada: „To raczej atlas roślin i zwierząt. Ja tylko opisuję to, co widzę”. A w innym momencie dorzuca: „Mnie nie o osobę chodziło, tylko o istotę rządzenia… Chciałem napisać traktat o tym, jak działa mechanizm władzy…” Toteż kiedy Tarugi wywołuje zdarzenia z przeszłości i dosyć powierzchownie ocenia postawę Machiavellego, ten odpowiada głębokimi, choć niekiedy zaskakującymi swą logiką wyjaśnieniami. Poszczególne historie obrastają w paradoksy o człowieku.

Akcja osadzona w XVI w. stwarza wiele okazji, by jej kwestie wybrzmiewały aluzyjnie wobec naszej rzeczywistości. Gdyby Juliusz Machulski na tym poprzestawał, mielibyśmy do czynienia z utworem popularyzatorskim, powstałym dla uczczenia 545. urodzin tytułowego bohatera, a tak nie jest. Już różnica osobowości między mężczyznami wprowadza konflikt w sensie dramaturgicznym. Starszy, na którym przeszłość odcisnęła swoje piętno, a i on je zaznaczył na swojej epoce, jest człowiekiem dumnym, co nie ma nic wspólnego z zarozumiałością, ale wynika z poczucia własnej wartości bez względu na sytuację, w jakiej się znalazł. Szanując siebie, szanuje innych. Natomiast ten młodszy sprawia wrażenie kogoś pokrywającego swoją arogancję fałszywą grzecznością, która zamienia się w przykry dla interlokutora protekcjonalizm. „Jak to miło z pana strony, że zechciał się pan do nas pofatygować!… To czysta formalność. No, naprawdę! Pan wybaczy, messer Niccolo! Kto jak kto, ale pan ma tak wielkie zasługi dla miasta, dla Signorii, dla całej Republiki wreszcie, że… no, ja naprawdę nie wyobrażam sobie innego obrotu sprawy!”

Arystokrata ducha przy prostaczku. Ktoś, czyim zachowaniem rządzi głęboki namysł i gotowość poniesienia konsekwencji za swoje poglądy i czyny w imię określonej racji, i osoba nienaturalnie giętka w postawie, koniunkturalista, ktoś, jak się wkrótce okaże, „siedzący okrakiem na barykadzie”. Jeden spisał traktat o naturze ludzkiej, drugi igra z jej słabościami. Podpowiada: „To też bardzo dobrze byłoby powiedzieć na sali… (po chwili) Jak już pan wspomniał, nigdy nie lubił pan rodu Medyceuszy, tak? To dla komisji bardzo ważne i dobrze byłoby to uwypuklić. Tego lepiej niech pan dziś tam nie mówi. O! I tak niech pan mówi komisji, to zrobi na niej dobre wrażenie”.

Ale przecież Machia nie jest dramatem zbudowanym z realistycznej tkanki, chociaż przez dłuższą część przedstawienia takie przekonanie może towarzyszyć odbiorcom. Przychodzi jednak moment, kiedy się przekonujemy, że retrospektywa jest tylko swego rodzaju tłem do rozgrywającego się na naszych oczach dramatu. I że relacja kandydata i towarzyszącego mu mężczyzny jest znacznie bardziej skomplikowana, niż mogliśmy ją z dotychczasowego przebiegu akcji ocenić. Chociaż szansę wyłowienia drobnych sygnałów tego mieliśmy od początku.

Kiedy na dźwięk gongu Tarugi znika na chwilę za drzwiami sali obrad, na scenie pojawia się zapowiedziana śpiewem kobieta, którą filozof wita tylko westchnieniem: „Barbera?! To niemożliwe…!” Dotychczasowa konwencja przełamuje się. Śpiewaczka i poetka Barbera (Marta Ledwoń) – była kochanka filozofa – znika. Jak mgliste wspomnienie.

Każde kolejne z czterech pojawień się Barbery jest potwierdzeniem odstąpienia od dosłowności. Uosabia podświadomość autora Księcia, jest wyrzutem jego sumienia, bolesnym testem pragmatyki własnych tez, rozliczeniem z przeszłością. Najpierw tylko subtelnie ostrzega eksprzyjaciela: „Na tym przesłuchaniu nie mów za dużo. Uważaj na słowa!…” Potem igra z jego marzeniem, aby „po nim coś zostało”, wspominając o dziecku, które się nie urodzi. A na pytanie mężczyzny, który domyśla się, że zaproszenie do pałacu zawdzięcza swojej byłej kochance („Z iloma priorami musiałaś się przespać?”), odpowiada: „Cel uświęca środki! Czyż to nie twoje słowa?” . Następnie zdradza, że to przesłuchanie to pułapka. W końcu zaprzecza, jakoby znała Tarugiego i stwierdza, że Rada w ogóle nie ma sekretarza.

Te słowa sprawiają, że teraz i młodszy mężczyzna stanie przed nami w „innym świetle ontologicznym”. Objawi się jako byt abstrakcyjny. Istota symboliczna. „Bo to ja jestem twoim piekłem, Machia! Jestem Tarugi dla ciebie. Dla Juliusza Cezara byłem Brutusem. Dla Napoleona będę Wellingtonem…” Może chcący uchodzić za diabła Tarugi jest racją historii, wyciągniętą z jej dłuższych statystyk? Figurą zwycięskiego praktyka, ogarniającego mniejsze pole działania nad teoretykiem dążącym do objęcia całości, gdyż nie rozumienie systemu, ale stosowanie pojedynczych reguł daje wygraną? Wyobrażeniem metafizycznej sankcji, której doznaje czekający na przystąpienie do konkursu? Bo ktoś mówiący: „A tobie messer nie mieści się w głowie, że jeden człowiek może być naraz zimny i gorący!? Że może być cynikiem i idealistą?! Takim, który pogardza ludźmi i w nich wierzy?! Sceptykiem, który w biedzie wzywa Boga?” – może się poddać takiej tęsknocie. Trudno jednoznacznie określić, jednak zmieniający się w pewnym momencie styl aktorstwa Piotra Głowackiego również potwierdza zmianę sensu istnienia postaci z czynnika napędzającego narrację w budujący agon.

Na potwierdzenie własnej mocy Tarugi pstryka palcami i zaczyna padać śnieg, jaki pisarz widywał w miejscu urodzenia, a którego nigdy nie lubił, bo mu mącił rozum. Po czym wszystko wraca do wyjściowej sytuacji. Ostatnia scena jest wierną kopią pierwszej. Filozof znowu staje do konkursu, jak Syzyf powtarza swój nadaremny trud. Przeżywa – zapowiedzianą przez Tarugiego – torturę nadziei. Znowu widzimy starzejącego się człowieka, który staje u drzwi Pallazzo Vecchio we Florencji z przeświadczeniem, że jako ktoś przez czternaście lat odsunięty od polityki „miał czas, żeby się dobrze przygotować. Zwłaszcza że Republika potrzebuje dziś doświadczonych ludzi…”

Akcja osadzona w XVI w. stwarza wiele okazji, by jej kwestie wybrzmiewały aluzyjnie wobec naszej rzeczywistości. Sam schemat przesłuchania, zaczynający się od „imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia” i ironiczna konkluzja: „Czyli posadzili pana jak wszystkich? Za niewinność…?!” A także Tarugi wyciągający z fałdów ubrań sztylet typu mizerykordia z komentarzem: „Dają nam to na wyposażeniu…” Innym znów razem sięgający po zawiniątko z… jajkiem na twardo, które spożywa w trakcie rozmowy. Popularny schemat tłumaczenia niechlubnych zachowań: „Miałem rodzinę na utrzymaniu…”

W tej poważnej sztuce jest też miejsce na subtelny komizm. Również w posługiwaniu się anonimami znajdziemy odbicie naszej epoki. A Savonarola – posiadacz „wielkiej prawdy”, sypiący z ambony przepowiedniami nieszczęść, bardzo przekonujących dla motłochu niezastanawiającego się nad nimi, uosabia populizm, mający się tak świetnie w naszym kraju. Aktualny jest także problem moralności człowieka w sferze prywatnej i jego przydatności do sprawowania służby politycznej, bo „zdradę małżeńską od zdrady stanu dzieli mały kroczek”.

Do tego jeszcze te zdania tak naturalnie brzmiące dla naszego ucha: „Drogowskaz nie musi podążać drogą, którą sam wskazuje! Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Toż to z naszego codziennego języka. I języka reklamy: „Postaramy się znaleźć w nim blaski, którymi olśnimy komisję… i cienie, które trzeba będzie rozjaśnić”. I z publicznej debaty: „W życiu często bywa tak, że praktyka ma w dupie teorię!!! A politycy są po to, żeby umieli to przewidzieć!”

W tej poważnej sztuce jest też miejsce na subtelny komizm. Wywołuje go na przykład antycypacja turystycznej potęgi Toskanii: „Będą się tu zjeżdżać ludzie z całego świata. Dla słońca i wina! I będą nam zazdrościć wina. I kiełbasy! Tych vini santi i kiełbasy finocchiona”. Rozbawia też ówczesna wiedza o Polsce: „Cracovia…??? Gdzie to jest? W Transylwanii? Na Węgrzech? Na Północy. W kraju, co się nazywa Polonia. Tam zawsze leży śnieg. To po co tam Medyceuszom banki??? Dla białych niedźwiedzi? (śmieje się)”

Inscenizacyjnie jest to skromne przedstawienie. Dekorację stanowi zastawiony skromnym posiłkiem stół, dwa fotele, a tłem jest ascetycznie zaaranżowana ściana pałacu z drzwiami do sali obrad. Kiedy na początku spektaklu światło powoli wydobywa kształty na scenie, pierwszą postacią staje się zajęty jedzeniem Tarugi. Machiavelli zwrócony plecami do widowni dłuższy czas zdaje się nie istnieć. Po chwili dopiero okazuje się, że czeka na przesłuchanie, ale najpierw poznajemy życie, będące tylko cząstkowym zbiorem faktów, a w większości efektem mimowolnych przekształceń, fałszywych interpretacji i jawnych pomówień.

Muzyka (Piotr Selim) obejmuje spektakl swoistą klamrą. I chociaż otwierająca i zamykająca partia brzmią identycznie lub bardzo podobnie, to nabierają różnych znaczeń w zależności od naszej wiedzy o bohaterze. Sam utwór zaś ma taką właściwość, że zwraca uwagę na swe kontrastowe elementy. Wyraźnie zaznaczony rytm instrumentu perkusyjnego i nabudowana na nim linia melodyczna i wysoka fraza wokalna. Śpiew w uniesieniu jest jak głos chwały, która przetrwała. Nisko wybijany rytm muzyczny – życiowe perturbacje, o których mało kto pamięta.

16-05-2014

galeria zdjęć Machia, reż. J. Machulski, Teatr Stary w Lublinie Machia, reż. J. Machulski, Teatr Stary w Lublinie Machia, reż. J. Machulski, Teatr Stary w Lublinie Machia, reż. J. Machulski, Teatr Stary w Lublinie ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Stary w Lublinie
Juliusz Machulski
Machia
reżyseria: Juliusz Machulski
scenografia, kostiumy i reżyseria świateł: Justyna Łagowska
muzyka: Piotr Selim
obsada: Adam Ferency, Piotr Głowacki, Marta Ledwoń
premiera: 04.05.2014

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
jeden razy osiem jako liczbę: