AKCEPTUJĘ
  • Strona używa plików cookies, korzystanie z niej oznacza, że pliki te zostaną zamieszczone na Twoim urządzeniu. więcej »

One man reality show (all inclusive)

Beznudna wyspa, reż. Marek Chojnacki, Teatr Muzyczny w Poznaniu
Profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, doktor habilitowany. Teatrolog, kulturoznawca, performatyk, kierownik Zakładu Performatyki Instytutu Kulturoznawstwa UAM. Autor, redaktor, współredaktor książek z zakresu historii teatru i teatru współczesnego, twórca wielu artykułów opublikowanych w Polsce (m.in. w „Teatrze” i „Dialogu”), a także za granicą.
A A A
fot. Michał Kordula  

Jesteśmy nie w poznańskim Teatrze Muzycznym, lecz w telewizyjnym studiu: na scenie stoją wycięte z dykty trzy sylwetki kamerzystów, a scenografię stanowi między innymi stojąca pośrodku palma z usadowionym na niej nieruchomym tukanem, który świeci wielkim dziobem. Wielce zagadkowym (na razie) elementem „wyposażenia” palmy jest błyszcząca nieco szklana półkula w czerwone kropki umieszczona pośrodku korony drzewa.

Istotnym uzupełnieniem scenografii „studia” są: spoczywająca dostojnie na podłodze wielka, drewniana skrzynia, która nieźle komponuje się z palmą, przywodząc na myśl Karaiby, piratów i inne tym podobne elementy masowej kultury, oraz kolorowy leżak w paski, kojarzący się z kolei z beztroskim wypoczynkiem typu all inclusive. Być może nawet również na Karaibach.

Za moment okazuje się, że jesteśmy na planie kolejnego, rewelacyjnego reality show: oto Wielki Głos z offu (Arnold Pujsza), kolejne wcielenie Wielkiego Brata z hitowego, do dziś wzorcowego Big Brothera, sprawdza technikę planu, rytualnie opieprza oświetleniowców, a potem dyryguje nami, czyli ludźmi siedzącymi na widowni Teatru Muzycznego w Poznaniu, traktując nas jak widzów zaproszonych do studia na program Beznudna wyspa. Bohater takiego programu ma do wykonania jedno, ale za to prawie niewykonalne zadanie: musi postępować tak, aby nie znudzić ludzi z widowni, a przede wszystkim producentów programu, umiejscowionych poza kadrem (i poza sceną), którzy dysponują niezawodnym środkiem nacisku: w każdej chwili mogą włączyć „czujnik nudy”, czyli wspomnianą tu już przed chwilą szklaną półkulę w czerwone kropki, sterczącą na samym środku palmowej korony. Gdy producenci, których nastroje i oceny wyraża Wielki Głos, uznają, że robi się nudno, uruchamiają przeciwpożarowy sygnał, a półkula dziko miga na palmie, wywołując panikę u bohatera programu i drażniąc nerwy widzów.

Najwyższa już pora, by przedstawić bohatera Beznudnej wyspy. Jest to osobnik absolutnie na pierwszy rzut oka bezbarwny, przeciętny i do przysłowiowego zdechu nudny. Kto go wybrał, jaki był cel tego wyboru? Czyżby upokorzenie tego biedaka i totalne zanudzenie widzów w studio i przed telewizorami? Lekki śmiech przebiega przez widownię, gdy pan ów – łysawy okularnik w znoszonej marynarce, przekrzywionym rozluźnionym krawacie i ciut znoszonych butach przedstawia się jako… księgowy o imieniu Wiesław.

Pan Wiesław to popisowa rola, którą Marek Chojnacki wymyślił i napisał specjalnie dla Wiesława Paprzyckiego, którego sceniczną, magiczną obecność tak opisał w programie spektaklu: „...gdy Wiesław Paprzycki wchodzi na scenę, na widowni pojawia się wyczuwalny stan oczekiwania. Zrobił dwa kroki, co będzie dalej? Zaśpiewał jedną zwrotkę, jaka będzie następna? (…) ...tym, co koncentruje uwagę widza na aktorze Wiesławie Paprzyckim, jest trafność jego szybkich reakcji na rozmaite bodźce: słowa, dźwięki, skojarzenia. Jest to aktor, który otrzymawszy jakiś przedmiot, potrafi w kilka sekund pokazać taką scenę, jakby z tym przedmiotem nigdy się nie rozstawał. I tu trzeba koniecznie dodać, że jest to pokaz scen zabawnych. Postanowiłem zatem mistrza ról komediowych wprowadzić w scenariusz, w którym będzie posługiwał się wieloma przedmiotami, zwinnie przechodząc z jednej postaci do następnej”.

Jako zachwycony widz aktorskiego popisu Wiesława Paprzyckiego w Akompaniatorze, gdzie razem z Lucyną Winkel-Sobczak stworzył on niezapomniany duet komiczno-dramatyczny, oczekiwałem po uważnej lekturze tego odautorskiego i odreżyserskiego tekstu czegoś na kształt dawnych wystrzałowych popisów-benefisów.

Jak ów quasi-benefis przebiega? Cóż – nierówno. Główny wykonawca tego przedsięwzięcia faktycznie ma do czynienia z bardzo wieloma przedmiotami, które wyciąga z „pirackiej” skrzyni, a potem sprawnie (czasem jednak zbyt zdawkowo) ogrywa, a poza tym „udaje naiwnego”, „robi mnóstwo głupich min”, gada głupoty, żartuje, malowniczo „się przeraża”, gdy włączany jest „czujnik nudy” (zdarza się to dość często), a przede wszystkim śpiewa i tańczy w ramach kilku solowych występów piosenkarskich. Prezentuje w tym wszystkim rzetelny, autentyczny profesjonalizm, imponując na przykład brzuchomówczym, lecz mocnym, świetnie słyszalnym wokalem, gdy udziela głosu animowanemu przez siebie tukanowi.

A w kilku momentach całkiem autentycznie śmieszy.

Niestety, scenariusz jego solowego występu jest nierówny. Nadmiar tekstu, przegadanie, nasycenie scenariusza wysłużonymi stereotypami – to kilka głównych zarzutów, jakie można od razu, bez głębszego zastanowienia wytoczyć literackiej warstwie tego widowiska. Z ilu żartów śmiała się premierowa widownia? Z niewielu. Czy zrozumiała ich sens? Siedziałem na widowni, czułem jej nastrój i mogę powiedzieć: oczywiście zrozumiała, ale żarty owe nie pobudziły nas do śmiechu. Reakcja była taka: „Ot, hehe (wewnętrzny, niesłyszalny, cichy chichot), to był żart, ale taki sobie, nie ma sensu uruchamiać przepony”.

Gdy jednak Pan Wiesław, wkurzony na polecenia wydawane mu przez  Wielki Głos, z impetem „zatrzaskiwał” niewidzialne drzwi nieistniejącego samochodu, z którego przed chwilą wysiadł, albo gdy, myląc sanie z samochodowym ssaniem, przesiadał się na wyczynowe sanki i „szusował po lodowym torze”, śmiech na widowni się rozlegał – wyraźny, donośny, pełen zadowolenia, że nas dobrze rozrywają.

Szczyt nudy na widowni przyniosło ogrywanie motywu konfliktu ze szkolną koleżanką Pana Wiesława, niejaką Jolą: producenci Beznudnej wyspy usiłowali mianowicie naprawić fatalny faux pas, jaki bohater programu popełnił w czasach szkolnych. Oto nieopatrznie zasnął podczas występu koleżanki w roli Fredrowskiej Klary.

Nuda rozlewała się nieuchronnie i bezlitośnie po widowni Teatru Muzycznego podczas przydługiego ogrywania tego wątku. Nie pomogła ani puszczana z głośników rozmowa z dojrzałą już Jolą (kiepsko napisana), ani poszukiwanie Joli na widowni (nie stawiła się, choć ją zaproszono – chyba miała rację, że nie przyszła), ani tym bardziej miny i wygiby pana Wiesława. Dziura! Koniec tej przydługiej sceny uratowany został dzięki brawurowemu występowi wokalno-instrumentalnemu głównego bohatera, który odegrał nieśmiertelną piosnkę o kocie i łoskocie na gitarze elektrycznej, odśpiewując ją „po rockowemu” w malowniczej długowłosej peruce na głowie. Gitara została „prawidłowo rockowo” zniszczona, tyle że dynamika sceny została potem osłabiona, bo Pan Wiesław zamiast podbijać bębenek, kontynuować nastrój i dalej grać ostrego rockmana, zaczął jojczyć, że łoj, co on narobił, że nie chciał itp. I nastrój na widowni znowu beznadziejnie przysiadł.

Potem był jeszcze pastisz programu kulinarnego, zrobienie poncza z materiału pokrywającego leżak (Pan Wiesław ożywił widownię, śpiewając na nutę La Bamby, że „se zrobił” ponczo z leżaka; trudne, stresujące kontakty z nasłaną perfidnie przez telewizyjnych producentów Wielką Nudziarą; ręcznik z Wieżą Eiffla ogrywaną jako element falliczny (falliczoność to motyw ever green w świecie komedii wszelakich, który jednak podczas premiery Beznudnej wyspy nie wywołał na widowni Teatru Muzycznego jakiejś wyraźnej reakcji); przywoływanie seriali z dzieciństwa Pana Wiesława: Stawki większej niż życie (niezłe odegranie trzech podstawowych min kapitana Klossa), no i równie emblematycznego Zorro, który Pana Wiesława śmiertelnie nudził (wstawka prywatna: ja natomiast się świetnie bawiłem na Zorzrze, czekałem niecierpliwie na kolejne odcinki, a rekord oglądalności w pokoju z telewizorem w mieszkaniu moich rodziców to dwunastu chłopaków: jedenastu kolegów plus ja, oglądających czarno-białe przygody Don Diego de la Vegi, jego sługi Bernarda, sierżanta Demetria Lopeza Garcii, no i złowrogiego, wrednego kapitana Monastario).

Ironiczne nawiązania do wielkich hitów kultury masowej zwieńczone zostały przez Pana Wiesława przywołaniem straszliwej miny Hannibala Lectera, czyli Anthony'ego Hopkinsa z Milczenia owiec.

Ciut żenadne było natomiast „wchodzenie od tyłu” w dziób tukana, poprzedzające wspomniany wcześniej występ wokalno-brzuchomówczy. Nieco mniej żenadna, lecz genderowo ryzykowna, no i też ciut nudna, była natomiast scena odgrywania przez Pana Wiesława i Wielką Nudziarę przydługich zakupów, w których bohater został zmuszony uczestniczyć wraz z żoną.

W tym konkretnym kontekście, a także (i przede wszystkim) „w kontekście całokształtu” bardzo perwersyjnie zabrzmiało ostatnie wezwanie-przesłanie Pana Wiesława, byśmy nie bali się nudzić. „Ludzie! Padajcie z nudów” – krzyknął do nas m.in. bohater spektaklu. Chciałoby się odpowiedzieć: „No i w porządku. O mało co nie padliśmy”.

Spektakl Beznudna wyspa ma być „forpocztą” innych produkcji Teatru Muzycznego, graną poza jego siedzibą, głównie w domach kultury. Po niewielkich przeróbkach może nawet się tam sprawdzić, zachęcając lokalną publiczność do przyjścia na inne spektakle. Oprócz kilku przeróbek w scenariuszu sugerowałbym także jak najintensywniejsze „ogrywanie” Beznudnej wyspy, aby nabrała ona tempa i aby wykonawcy uchwycili odpowiedni rytm gry. Wtedy być może ta końcowa apologia nudy i wezwania do nudzenia się na potęgę wybrzmią z odpowiednią ironią i dystansem, nie będąc tym, czym były podczas premiery – nieco bezradnym przyznaniem się do porażki i zrobieniem oka do widza – „nie wyszło, ale wiemy o tym i będziemy dalej pracować”.

04-01-2018

galeria zdjęć Beznudna wyspa, reż. Marek Chojnacki, Teatr Muzyczny w Poznaniu <i>Beznudna wyspa</i>, reż. Marek Chojnacki, Teatr Muzyczny w Poznaniu <i>Beznudna wyspa</i>, reż. Marek Chojnacki, Teatr Muzyczny w Poznaniu <i>Beznudna wyspa</i>, reż. Marek Chojnacki, Teatr Muzyczny w Poznaniu ZOBACZ WIĘCEJ
 

Teatr Muzyczny w Poznaniu
Beznudna wyspa
scenariusz i reżyseria: Marek Chojnacki
scenografia i kostiumy: Mariusz Napierała
ruch sceniczny: Paulina Andrzejewska
reżyseria świateł: Roland Łysów
reżyseria dźwięku: Agata Dankowska
obsada: Wiesław Paprzycki, Arnold Pujsza, Anna Maria Sobczak (podczas premiery, w ramach nagłego zastępstwa, wystąpiła zamiast niej Paulina Andrzejewska)
premiera: 8.12.2018

skomentuj

Aby potwierdzić, że nie jesteś robotem, wpisz wynik działania:
trzy plus dziesięć jako liczbę: